niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 1 - Prolog

Cały świat rozmazał się przed jej oczyma. Próbowała złapać ostrość widzenia, ale już po chwili zapomniała, do czego miało jej być to potrzebne. Drzewo, które widać było przez okno i na którym przez cały dzień spoczywał jej wzrok, choć istnienia tego nie była świadoma,  stawało się w jej zmęczonym spojrzeniu wielką, bezkształtną kulą. Mogło zupełnie nagle zniknąć, a ona nie była w stanie tego zarejestrować. Wylała już morze łez, ale one nie chciały się wyczerpać.
Nie widziała, nie słyszała, nie odbierała niczego, co się wokół działo. Nie słyszała dzwoniącego telefonu, nie zauważała mijających ją ludzi, nie czuła pragnienia ani głodu. Jedyne, co było realne to pochłaniająca ją rozpacz.
Ożywała na chwilę, niczym obudzona ze snu, gdy białe drzwi, za które nie mogła wejść, otwierały się. Lekarze ze współczuciem rozkładali ręce, bezradnie w milczeniu przekazywali, że sytuacja jest bez zmian, że nic jeszcze powiedzieć nie mogą. Ponownie pogrążała się w łzach i otchłani cichego szlochu, ze wszystkich sił starając się usłyszeć ten cichy dźwięk, ledwie słyszalne pikanie aparatury podtrzymującej życie, które ona zniszczyła.
Bo była głupia, bo nie myślała logicznie, bo była pijana, bo ufała, bo to było nierealne, bo wierzyła, że tym coś naprawi, bo... Istniała nieskończona ilość przyczyn, a za ścianą Wrocławskiego OIOMU był skutek.
Zdawało się jej, że minęła wieczność, że jest na tym korytarzu od zawsze, bez szans na jakąkolwiek zmianę. Nagle poczuła dotyk dłoni na swoim ramieniu. Podskoczyła przerażona. Zmrużyła oczy, by widzieć wyraźniej i upewnić się, że postać stojąca przed nią jest realna.
– Ale mnie wystraszyłaś, dlaczego nie odbierasz telefonu? – usłyszała znajomy głos pełen troski i ciepła, głos jakby z innego życia.
I wtedy dostrzegł jej twarz zalaną łzami.
– Czy…? – jego głos się załamał.
Zaprzeczyła ruchem głowy, nie mogąc wypowiedzieć słowa, wciąż próbując przypomnieć sobie, kiedy go widziała ostatnio. Tak, to był poranek dzisiejszego dnia: radosny i beztroski, a tak bardzo zdawał się być już odległy.
Bała się, że zniknie. Wtuliła się w niego tak bardzo, jak tylko potrafiła.
– Kochanie, wracamy do domu, nic tu po nas. – Nie wypuszczał jej z objęć.
– Nie! – krzyknęła i w panice kurczowo uchwyciła się poręczy ławki, na której siedzieli.
– Su... – Nie krył przerażenia.
Pieszczotliwie wypowiedziane przez niego imię było niczym uderzenie pejczem. Teraz, gdy okazała się być katem, tak naprawdę zapominała, że ma imię inne niż „Winna”.
– Ja tu zostaję! – powiedziała stanowczo.
– W niczym nie jesteśmy w stanie pomóc. – Próbował ją przytulić na nowo, ale mu się opierała.
– Tak, teraz to najlepiej umyć ręce – rzuciła oskarżenie kpiącym, choć na granicy szlochu tonem i gwałtownie wstała z ławki.
– Zuza, o czym ty mówisz? – Odwrócił ją tak, by widzieć jej twarz.
Przez chwilę stała ze spuszczoną głową, próbując ukryć swój wstyd, jednak przed nim nie musiała niczego udawać, on to wszystko wiedział, przecież był z nimi wtedy, gdy wszystko zostało przypieczętowane.
– O czym? O czym! – z wyrzutem patrzyła mu w oczy. – O tym, że to moja wina, ponieważ do tego wszystkiego doprowadziłam! – Uderzyła się w pierś. – Właśnie ja, twoja cudowna żona!
Patrzył na nią przerażony, nierozumiejącym niczgo spojrzeniem.
– To są dorośli ludzie, nie możesz brać na siebie odpowiedzialności za to, co się wydarzyło – próbował jej tłumaczyć.
– Nie, Karol, nie ułaskawisz mnie, to wszystko moja wina, to ja tych dwoje na siebie skazałam. – Zrezygnowana zamknęła oczy, z trudem powstrzymując się od głośnego płaczu. – Przecież nigdy by się nie odważył jej zdobyć, ponieważ była zupełnie nie w jego typie. Był lekkoduchem, nie podejmującym wyzwań, ale podstawiłam mu ją, ekscytujące wyzwanie, drwiąc z jego ego.
– Zuza, ale… – Karol próbował ponownie tłumaczyć, zdjąć z niej poczucie winy.
– Nie ma: ale – przerwała mu nie pozwalając mu na usprawiedliwianie czegoś, co zrobiła z premedytacją. – Bawiłam się, igrając z ogniem. Zaplanowałam wszystko, a ona uznała to za świetną zabawę. A ogień pochłonął ich oboje – wyznała bardzo cicho, w zamyśleniu przypominając sobie wszystkie te chwile, które powinny były ją zaniepokoić.

Siedzieli tak przez kolejne godziny, na drewnianej ławce, przy białych drzwiach, nie zwracając uwagi na otaczający ich świat. Ale świat zwracał uwagę na ich dwoje.
Tego dnia nie działała winda i wszyscy odwiedzający wspinali się i schodzili gwarnie schodami. Największy dysonans widok tej dwójki stanowił dla gości oddziału położniczego, znajdujący się dwa piętra wyżej. Schodząc podekscytowani, radośni spoglądali mimowolnie w dół schodów i dostrzegali kruchość życia, nad którego cudem przed chwilą rozprawiali.
Ten widok nie pozwalał o sobie zapomnieć. Wysoki mężczyzna, o kręconych szpakowatych włosach tulił kobietę. Jej śniada skóra ostro kontrastowała z bladością karnacji tego, w którego tak rozpaczliwie się wtulała, cichutko łkając. Nikt nie wiedział jaki, każdy snuł własne domysły, ale dramat rozgrywający się w życiu tej pary był nie do ukrycia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz