niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 100 - Wrocław

Tak bardzo się bała. Nie było jej w mieście niemal dwa lata. I choć planowała być we Wrocławiu nie dłużej niż dwie godziny, z każdym pokonanym kilometrem narastał w niej lęk.
– Rozmawiaj ze mną – poprosiła Jacka, włączając w telefonie system głośnomówiący.
– Robimy sobie śniadanie i muszę naskarżyć na Juniora, bo nie chciał umyć zębów – próbował oderwać jej myśli od przytłaczającego powrotu do miasta.
– Ericu – skarciła go Agata – dlaczego nie umyłeś zębów?
– Wracaj tu! – rozkazał malec. – Gdzie ty jesteś? – dopominał się o jej obecność, jak zawsze ją tym wzruszając.
– Będę wieczorem – obiecała łagodnie, nie mogąc już doczekać się tej chwili, gdy bezpieczna będzie z nimi.
– To ja z tobą umyję zęby – zapowiedział.
– Jacek zrób coś, by je umył – prosiła, nie mogąc pozwolić dziecku na zaniedbanie.
– Będę uciekał – ostrzegł mały.
– Słyszałaś? – poddańczo westchnął Jacek.
– To go złap, przecież dogonisz trzylatka – powiedziała oczywistym tonem.
– Mam osiemdziesiąt dwa lata! – krzyczał chłopiec.
– A ja sto dwa! – odpowiedział Jacek.

Słyszała pisk dziecka, słyszała jak ucieka, jak skrzypi taras. Pragnęła być z nimi. Nie chciała wracać do miejsca, w którym być nie mogła. I choć spodziewała się bólu, nie sądziła, że będzie tak wielki. Bała się, by ktoś jej nie zobaczył, nie rozpoznał. Widziała w oddali samochód Bolka, wiedziała, że czuwa, jednak to w niczym jej nie pomagało. Bo ze swoimi wspomnieniami musiała walczyć sama. Miała z góry zaplanowana trasę. Od razu podjechała pod komisariat. Wbiegła, chcąc jak najszybciej ukryć się w środku.
– Dupa – powiedziała spanikowana, zadzwoniwszy do Bolka. – Ten kretyn jest na obiedzie.
– Mam podjechać? – zapytał pełen gotowości do każdego działania.
– Zwariowałeś? Mów do mnie – poprosiła.
– Widzę ciebie, aniele – mówił. – Jest ci z tym lepiej?
– Chory jesteś? – zaśmiała się panicznie.
Rozmawiali o błahostkach, ale to nie miało znaczenia, potrzebowała tego, by rozmowa oderwała ją od jej własnych, tłoczących się w głowie myśli.
– Idzie – ostrzegł nagle Bolek.
– No to nara! – Rozłączyła się gwałtownie.
Zobaczyła Koreckiego i poczuła nostalgię. Gdy widziała się z nim ostatnio, zaraz po spotkaniu pobiegła wprost w ramiona Antka. Teraz nie mogła, teraz musiała uciekać.
– Komisarzu! – zawołała łagodnie, gdy był na szczycie schodów.
Odwrócił się i patrzył na nią zaskoczony. Tak, jakby spodziewał się zobaczyć kogoś innego.
– To pani?
– Spodziewał się pan kogoś innego? – starała się być miła.
– Przez chwilę pomyślałem, że słyszę moją… dziewczynę.
– Przepraszam, to tylko ja. – Wzruszyła bezradnie ramionami.
– Proszę. – Przepuścił ją w drzwiach. – Chyba zepsuła mi pani randkę.
– Jeżeli istniała możliwość, by coś zepsuć, zapewne to zrobiłam.
Weszli do biura, wskazał jej miejsce, podsunął krzesło.
– Co się stało, że zmieniła pani nazwisko? – rozmawiał z nią swobodnie, w zasadzie nie przypominając tamtego bufonowatego mężczyzny sprzed kilku lat.
– Tamto mi się znudziło – powiedziała bez zastanowienia.
– A dlaczego wyjechała pani z miasta i tak trudno się z panią skontaktować? – spytał wprost, coraz bardziej ją zaskakując otwartością i lekkością, jakie było słychać w jego głosie.
– By nie psuć wszystkich randek – zaśmiała się.
– Przecenia się pani.
– Tak się tylko panu wydaje – zapewniła.
Położył na stole formularz, usiadł przy biurku.
– Co słychać u kolegi Bonifacego? – zapytał przeszywając ją zuchwałym spojrzeniem.
– Nie widziałam go dawno i jakoś za nim nie tęsknię – udawała, że bawi ją ta rozmowa.
– Nawet telefonicznie się pani z nim nie kontaktowała?
– Nawet – zapewniła wiedząc, że tego nigdy nie uda im się ustalić.
– Pewien mężczyzna twierdzi, że był przetrzymywany w pani apartamencie – zdecydowanie patrzył jej w oczy.
– Zaczyna mnie to intrygować. – Rozsiadła się wygodnie, oczekując na dalsze słowa komisarza.
– Ponoć Jokiel przetrzymywał tam czterech mężczyzn. Jednemu z nich udało się uciec podczas transportowania ich na statek – kontynuował.
– Nic nie rozumiem – zadumała się.
– Zapytam krótko. – Spojrzał na nią srogo. – Czy użyczała pani Jokielowi swojego apartamentu?
– Nie – odpowiedziała pewnie, bez zastanowienia.
– Czy pod pani nieobecność ktoś mógł się do niego dostać?
– Nie. Mam klucze i tylko ja znam kody. Ale jest przecież monitoring, jeżeli ktoś by próbował przemycić czterech mężczyzn, zapewniam, że nie uszłoby to uwadze ochrony – tłumaczyła.
– Czy ma pani w salonie telewizor marki Grundig, około trzydziestu cali? – odczytał z kartki.
– Nie, nie mam – zapewniła, z rozrzewnieniem wspominając telewizor Jacka. – Jeżeli ma pan ochotę zapraszam, może pan zwiedzić całe mieszkanie.
– Nie mam nakazu.
– Nie potrzebuje pan nakazu, nie mam nic do ukrycia, jeden mój telefon i może pan tam oglądać telewizję do woli, a nawet zamieszkać – zaoferowała się.
– Powiem pani tak. W sumie nie wierzę w opowiadania tego kolesia, tyle, że gdy powiedział: Jokiel, dodał do tego Hotel Zimmer, to sama pani rozumie. – Uśmiechnął się porozumiewawczo, z lekką wyższością.
– Nie bardzo. Nie prowadzę żadnej działalności przestępczej, Jokiela znam bardzo powierzchownie. Czy ten człowiek, który twierdzi, że był w moim apartamencie, to kolejny handlarz organami?
– Nie, ale ktoś jego pokroju – przyznał.
– O widzę, że zmienił pan zdanie co do winy Protowicza – wytknęła z satysfakcją.
– Wynikło kilka nowych dowodów, ale z racji tego, że nie możemy go znaleźć, nie możemy mu ich przedstawić – zdradził.
– A ten, czym się zajmował? – podpytała tonem, z którego biła pewność, że jest to coś ohydnego.
– Handel żywym towarem, do tego bardzo młodym. – Zaskoczył ją tym, że wyjawił ten fakt.
– Powiem panu tak – przejęła jego retorykę – gdyby Bolek do mnie zadzwonił i poprosił o udupienie kogoś takiego w moim apartamencie, nie wahałabym się ani przez chwilę – oznajmiła pewnym tonem.
– Ale nie zadzwonił?
– Nie, nie zadzwonił, a szkoda – udawała rozluźnioną.
Korecki był odmieniony i swobodny. Nie był nadętym komisarzem, był człowiekiem. W dodatku inteligentnym i interesującym. Może dziewczyna, z którą się spotykał, miała na to wpływ? Może odstawiony alkohol? A może zadziałał czas.
– To wszystko. – Spojrzał znacząco na Agatę przeciągając się.
– Tylko po to jechałam tyle kilometrów? – Była oburzona.
– Musiałem panią przesłuchać, by zamknąć tę sprawę. – Bezradnie rozłożył ręce.
– Rozumiem. – Podała mu rękę na pożegnanie. – Mam nadzieję, że przy następnych wyczynach Jokiela odpuści mi pan?
– Nie mogę tego obiecać – uśmiechnął się.
– To w takim razie do zobaczenia – roześmiała się, wychodząc.
– Może niekoniecznie, bo jak nie uda mi się uratować tej randki, będę na panią bardzo zły. – Miała nieodparte wrażenie, że darzy ją niezrozumiałym sentymentem.
– Jak uda mi się szybko wyjechać z miasta, to na pewno się uda – odpowiedziała mu z sympatią.
– Przed kim pani tak bardzo ucieka? – podpytywał ją, odprowadzając do drzwi.
– Przed samą sobą – powiedziała niby żartem.
Teraz był tylko jeden cel. Samochód. Zadzwonił telefon.
– Udawaj beztroską, on nie jest skończonym idiotą – instruował ją Bolek.
– Odwal się. – Czuła się już zmęczona.
Zadzwoniła Ulka, próbując ją namówić na krótkie spotkanie. I choć bardzo go pragnęła, nie mogła ryzykować. Zapisała kilka numerów, które ta jej podała.
Jej ciało wyczuło go wcześniej. Nie musiała patrzeć, by wiedzieć, że jest. To był on. Jej Antek, jej Antek, jej Antek. Nie pamiętała nic. Nie wiedziała, jak udało jej się odjechać. Bolek zablokował jej trasę pod lasem, nie pozwolił, by do niego wjechała.
– Szlag! – Wybiegł z samochodu. – Agata, przepraszam, nie sądziłem… Naprawdę, to nie miało prawa się stać – potrząsał nią, próbując do niej dotrzeć.
– Stało się. – Ciężko oddychała, trzęsąc się. – Nigdy więcej nie wchodź mi w drogę! – Rzuciła się na niego w furii, gotowa go zabić.
– Już dobrze. – Przytulił ją mocno i nie wypuszczał z ramion pełen czułości, głaszcząc jej włosy, czekając, aż się uspokoi.
– On ciebie odwiezie – ruchem głowy skinął na wysokiego osiłka.
Nie oponowała. Wiedziała, że nie jest w stanie prowadzić.
Zaparkował pod domem i bez słowa oddalił się. Nie obchodziło ją, jak rosły chłopak, z którym nie zamieniła podczas drogi nawet jednego słowa, wróci do Wrocławia.
– Chodź. – Jacek wprowadził ją do domu. Wiedział wszystko.
– Nie umyłem zębów! – Eric podbiegł do niej, ogłaszając z dumą swoje zwycięstwo nad Jackiem.
Wtuliła się z całych sił w maleńką istotę, która tak wiele jej dała, tyle nauczyła.
– To teraz umyjemy – Starała się wrócić do kolejnego świata, który znowu nie był jej. Bo jak bardzo by się nie oszukiwała, Junior także do niej nie należał.


Jechali do Zielonej Góry na rozprawę sądową. Wszystko wiedział tylko Jacek, nikt więcej, nawet Marta, która jechała jako świadek.
– Agata, zaśpiewaj mi o świnkach – prosił Junior.
Śpiewała.
– Kupisz mi chipsy? – dopominał się, podświadomie wyczuwając jej uległość.
– Wiesz, że nie. – Nie nabierała się na działania malca.
– A w sobotę? – zapytał podstępnie.
– Kupię. – Spojrzała na Jacka z bólem.
Jechali całą ekipą. Na czas rozprawy Nikola zabrała Juniora do palmiarni.
Już zanim dojechali, z daleka dostrzegła Różę. Widziała jej rezygnację, gdy zobaczyła, jak wysiadają. Wypatrywała dziecka, którego z nimi nie było. Eric nawet się z nią nie przywitał, obojętnie przeszedł obok, nawet na nią nie spoglądając. Agata nie potrafiła zrobić tego samego. Ze smutkiem spojrzała w oczy byłej rywalki, która patrzyła teraz na nią z niemym błaganiem, widząc w niej ostatnie koło ratunkowe. Choć mogła zakończyć tę nierówną walkę od razu, nie mogła. Róża musiała zrozumieć.


– Mały w ogóle nie pyta o matkę – mówił Eric na sali sądowej. Jego słowa powtarzał tłumacz.
– O ojca też nie – cicho dodał Jacek, porozumiewawczo spoglądając na Agatę.
– Uwielbia słodycze, ale mamy zasady, może je jeść tylko w soboty – ciągnął. – Kocha moją narzeczoną, a ona śpiewa mu piosenki o trzech świnkach.
– Za chwilę mu przywalę. – Jacek nerwowo ściskał rękę Agaty.
– Ma alergię na zwierzęta, o czym ona – z pogardą spojrzał na Różę – nie raczyła nikogo poinformować. Zostawiła dziecko i zniknęła.
– Przywal mu. – Agata z niedowierzaniem patrzyła na Erica.
Potem poproszono Martę. Odpowiadała rzeczowo i zgodnie z prawdą na zadane jej pytania. Agata czuła zdumione spojrzenia ławników. Gdyby tylko mogła, gdyby była w stanie, wygraliby tę sprawę. Ale nie mogła, bo cokolwiek by nie czuła, dziecko nie było jej, było tej szlochającej kobiety.
– Agata Pietrowa – przedstawiła się stając przed sądem.
– Czy jest pani gotowa podjąć się opieki nad małoletnim Erickiem Zimmerem? – zapytała formalnie sędzina.
Miała powiedzieć krótkie: tak, czego wszyscy się spodziewali, na co wręcz wyczekiwali w napięciu i zakończyłby się proces. Wstała z miejsca i podeszła do barierki, dając tym do zrozumienia, że chce zeznawać, choć nikt tego od niej nie wymagał.
– Ja tak, ale ojciec tego dziecka niestety nie – powiedziała, powodując głucha ciszę na sali. Ustał nawet przejmujący szloch Róży. – Zajmowałam się Erickiem Juniorem przez sześć miesięcy, bo nie mogłam dopuścić do tego, by znalazł się w domu dziecka. Nie chciała go matka i nie chciał go ojciec.
– Ojciec dziecka przedstawił argumenty przeciwne. – Sędzina wpatrywała się uważnie w Agatę, nie dając po sobie poznać, że jest zaszokowana tym wyznaniem.
– Proszę go zapytać, jaki kolor oczu ma mały Eric, co jada na śniadanie, jak ma na imię jego opiekunka, które zwierzę w zoo najbardziej lubi, jaka jest jego ulubiona bajka na dobranoc. – Spojrzała na Erica, który marszcząc czoło, wsłuchiwał się w tłumacza.
– Sugeruje pani, że ojciec przez ten czas nie utrzymywał kontaktu z dzieckiem?
– Ja nie sugeruję, ja to twierdzę. Jeżeli mogę o cokolwiek prosić, to błagam, by ojciec nie dostał do niego praw, proszę o to, by dziecko znalazło się tam, gdzie powinno i gdzie chce być. Przy matce. Cokolwiek nie wypowiedział Eric Zimmer na temat matki syna, to jednak dziecko często o nią pytało, a my mu powtarzaliśmy, że go kocha, że wróci po niego i zdaje się, że wróciła. – Spojrzała ze współczuciem na Różę.
Nie mieli siły pożegnać się z Erickiem. Marta bardzo długo rozmawiała z Różą, która wsłuchiwała się w każde jej słowo z powagą. Agata dała jej flakon swoich perfum, tylko po to, by dziecko spało spokojnie, czując znajomy zapach.
– Róża – Agata spojrzała na nią przenikliwie – wierzę, że chociaż tego nie zepsujesz.
– Dziękuję – ta płakała skruszona, nie dowierzając wciąż w to wszystko, co się wydarzyło.
Agata spojrzała na Jacka, który kiwnął głową na znak, że jest gotowy.


– Wiesz, Ericu, mamy dla ciebie niespodziankę – oznajmiła Agata z entuzjazmem, gdy spacerowali w trójkę.
– Kupiłaś mi chipsy? – Jego oczy błyszczały.
– Nie – przytuliła go – ktoś chce się z tobą spotkać.
– Tata – powiedział zrezygnowany.
– Nie, głuptasie, mamusia – oznajmiła tonem, jakby dawała mu najpiękniejszą gwiazdkę z nieba.
– Moja? Naprawdę? – Patrzył zaskoczony.
– Cieszysz się? – Z trudem powstrzymywała łzy.
Chłopiec spoglądał to na Agatę, to na Jacka, nie odnajdując się w zaskakującej dla niego sytuacji.
– A ma chipsy? – zapytał po chwili.
– Nie wiem, dowiesz się – śmiała się z coraz większym trudem.
– Rozmawiałem z nią, ona bardzo lubi oglądać mecze piłki nożnej. – Jacek wziął go na ręce.
– Lubi Messiego? – Był podekscytowany.
Na miesiąc zostawili z Juniorem Nikolę, by dziecko nie zostało zupełnie samo.
Przy samochodzie stał Eric i nerwowo palił papierosa.
– Dobrze się bawiliście? – naskoczył na nich z wściekłością.
– A ty? – Jacek z trudem powstrzymał swoją złość.
– Przecież był już nasz! – krzyczał rozemocjonowany, nie godząc się na zaistniałą sytuację.
– Nie, nigdy nie był. – Agata usiadła w samochodzie obok Jacka, który uruchomił silnik.


Wieczorem, po dniu pełnym emocji siedzieli na tarasie z Martą.
– Kim wy dla siebie jesteście? – zapytała, nie kryjąc zdumienia ich relacją.
– Pi i Sigma, nie poznajesz? – zadrwił Jacek, podając Marcie kolejną lampkę wina.
– Niepojęta jest ta wasza znajomość – powiedziała z przekonaniem.
– Co nie? Książkowa – zadrwił.
– Oglądaliście taką bajkę - Jacek i Agatka? – zaśmiała się.
– On tylko ogląda Krecika – Agata przytuliła chłopaka, ze smutkiem patrząc na podwórko. Tak bardzo brakowało jej dziecka, rudowłosego chłopca nadającego sens jej codzienności.
– Agata, ja cały czas nie potrafię się otrząsnąć, tak bardzo się cieszę, że ciebie poznałam, jesteś kimś niezwykle dojrzałym i odpowiedzialnym – prawiła jej komplementy Marta.
– Ja? – roześmiała się kpiąco.
– Jest – powiedziała chwilę później Marta do Jacka myśląc, że Agata nie słyszy, śpiąc w ramionach przyjaciela.
– Nie jest – pogłaskał Agatę po głowie – wciąż ucieka.
– Przed czym? – zapytała zaciekawiona.
– Przed przeznaczeniem – westchnął.


Dom bez Juniora był pusty, cichy i smutny.
– Co dalej? – zapytał Jacek opierając się o barierkę tarasu.
– Mam pewien plan, jeżeli jesteś ze mną. – Spojrzała na niego tajemniczo.
– Po co to pytanie? – parsknął.
– Cały czas mam wrażenie, że Pola i Irina na nas czekają, że tamten dom nas woła. – Na nowo poszukiwania Sophii 6 stawały się jej celem.
– Kiedy? – zapytał krótko.
– Doczekamy do tego cholernego balu dobroczynnego? – wymownie przewróciła oczyma. Obiecała to Ericowi i choć mogła zerwać każdą zawartą z nim umowę, czuła się moralnie zobowiązana, bo choć on nie miał o tym najmniejszego pojęcia i chyba na to nie zasłużył, był niezwykle ważną osobą w jej świecie.
– Ja dotrzymam, tym bardziej, że za tydzień przyjedzie twoja niedoszła świadkowa na ślub, którego nie będzie – nie krył radości na myśl o przyjeździe Anity.
– Hmm, myślę że do połowy stycznia Anita się znudzi wystarczająco, a i my będziemy już spakowani – zadecydowała.
Miała nowy cel i na nim starała się skupić. Niestety, przychodziły wieczory i lęk połączony z tęsknotą na nowo zaczynał ją dusić.
– Myślisz, że jest szczęśliwy? – spytała ze łzami w oczach patrząc na swojego najlepszego przyjaciela.
– Myślę, że to była dobra decyzja – nie odpowiedział wprost.
– Wiesz, czego się bałam? Że zacznie o nią dopytywać, ale nie teraz, tylko jak już będzie miał piętnaście lat i że może wtedy mieć do nas pretensje, a to by mi zupełnie złamało serce.
I choć wiedziała, że jej serce było miażdżone w pył nie jeden raz, nie mogła go już więcej narażać.
– A potem, gdzie uciekamy? – zapytał, chcąc oderwać jej myśli od bólu rozstania z chłopcem.
– Może już księżyc będą zaludniać – podniosła się, by zacząć sprzątać ogród. Bo musiała. Bo nadchodziła noc, a ona czuła, że będzie ciężka.
I była.
– Szukałem ciebie – szeptał jej do ucha.
– Widziałam cię – mówiła wtulona w niego. – Byłeś mój, tylko mój.
– Zawsze będę tylko twój. – Całował ją. – Nie idź z nim, zostań – próbował ją zatrzymać na zawsze.
Czuła mokry ręcznik na twarzy.
– Agata! – przywoływał ją głos Jacka.
– Nie chciał, bym poszła z tobą – powiedziała z bólem.
– Wiesz, że musisz wstać – wprowadził ją do łazienki.

– Wiem – kiwała głową posłusznie, bo znała cenę, za jaką składała każdy dzień w ofierze.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz