niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 102 - Ostatni bal

Bolała ją głowa, pragnęła ciszy, pragnęła nareszcie przestać uciekać. Kochała Anitę, ale coraz bardziej tęskniła za spokojem, jaki panował, gdy byli z Jackiem sami. Za ich własnym porządkiem dnia, ich sposobami na to, jak radzić sobie z okrutną codziennością. Gdy nikt nie pytał o czym myśli, bo on wiedział. Dlaczego o północy zaczyna szorować łazienkę, bo on wiedział. Dlaczego milczy, dlaczego płacze, dlaczego krzyczy, dlaczego jest jej zimno, dlaczego brakuje powietrza. On to wszystko wiedział.
Teraz była zła. A on wcale jej nie pomagał. Wręcz bawił się jej gniewem. Był jak nie on, śmiał się, żartował, uczył Anitę polskiego.
– Kobieta – powiedziała po szwedzku Anita. – Szczota – przetłumaczyła na polski. – Dom – burdel, żona – idiotka, mąż – palant, dziecko – brak słów, miło mi – mam w dupie, ładny dzień – jebana pogoda.
Agata ze złością patrzyła na Jacka, który z każdym dniem z coraz większą satysfakcją poszerzał zasób słownictwa Anity.
– Jesteś nienormalny. – Spojrzała na niego z wyrzutem. – Przecież ona naprawdę się tego uczy.
– Na to liczę. – Siedział przy komputerze, przy którym znowu spędzał większą część dnia.
– Nienormalny – szef? – przetłumaczyła Anita słowo, jakim posłużyła się Agata.
– Głupek – przyjaciel – Agata ze złością dodała kolejną parę słów do tego zwariowanego słownika, wchodząc na górę.

Wciąż się pakowała. Miała zajęcie. Choć postanowili nie sprzedawać domu i nie było potrzeby, by wszystko zabrali ze sobą, musiała to robić.
– Agata – Jacek stanął w drzwiach jej sypialni – przestań, to bez sensu. Chodź do nas.
– Szkoda, że tylko ja tym się zajmuję – powiedziała z pretensją.
– Nie mam takiego przywiązania do rzeczy materialnych. – Wzruszył ramionami.
– Jedziemy do Rosji, rozumiesz? Tam może nie być podstawowych rzeczy, bez których nie będziemy mogli się obejść – mówiąc to dopakowywała zapasy kremów.
– Jedziemy do Moskwy, zapewniam cię, że jest dużo bardziej cywilizowana niż Warszawa i uwierz mi, nie potrzebujesz wykupować wszystkich drogerii, bo tam są nawet apteki – kpił.
– Mam chociaż co robić – powiedziała cicho.
– To nie wkurzaj się, że ja nie mam. – Rozłożył się na jej łóżku.
– Jacek, czy ty się w ogóle cieszysz, że tam jedziemy? – Spojrzała na niego, nie rozumiejąc w ogóle braku jakichkolwiek emocji z jego strony. I choć tajemnica Sophii 6 na nowo zaczynała ją pochłaniać, stawała się nowym sensem jej życia, pragnęła zobaczyć dom Oksany, domek w lesie, miejsce gdzie urodziły się bliźniaczki, to wciąż podróż do Rosji była dla niej wielką wyprawą i napawała ją lękiem.
– Jakoś szczególnie o tym nie myślę. – Przeciągnął się.
– Dlaczego? – Nie potrafiła tego pojąć, gdyż nie była to zwykła przeprowadzka. Zmieniali kraj, wkraczali do innego świata, w inną kulturę.
– Bo jadę tam z tobą – zaznaczył oczywistym tonem.
– Ale ja pytam, czy ty chcesz jechać? – Patrzyła z powagą.
– A ja ci odpowiadam, że jeżeli ty tam pojedziesz, to ja też tam będę. – Jego spokój był wręcz denerwujący.
– Na pewno? – Usiadła na brzegu łóżka obok przyjaciela.
– Na pewno zawsze będę tam, gdzie ty – obiecał i dał jej delikatnego kuksańca.
– Dlaczego? – zadawała mu to pytanie po raz kolejny.
– Bo tak lubię – zbył ją jak zwykle. Nigdy nie zdradził podstaw swojego przywiązania.
– Jacek, ty powinieneś mieć swoje, normalne życie. – Zamyśliła się i choć nie wyobrażała sobie takiego życia, to nie mogłaby go przecież zatrzymywać, gdyby podjął decyzję o odejściu.
– A jeżeli jestem szczęśliwy właśnie w tym nienormalnym, które też jest moje? – zauważył.
– Nie jesteś w stanie nawet sobie wyobrazić, jak bardzo jesteś dla mnie ważny. – Położyła mu się na kolanach, a on głaskał jej włosy.
– Zacznę się pakować po twoich urodzinach – obiecał.
Nie obchodziła urodzin, nie świętowała tego dnia od dwóch lat. Niestety, obiecała Ericowi, że będzie mu towarzyszyć na gali, która miała się odbyć w tym właśnie terminie. Teraz bardzo żałowała tej decyzji, uświadamiając sobie, z czym się wiąże.
– Nie chcę iść na ten cholerny bal – westchnęła. – Nie chcę być w tym tłumie bez ciebie.
– Będzie Eric. – Pociągnął ją za włosy.
– Tym bardziej nie mam ochoty tam być, właśnie z nim. – Nawet nie chciała sobie tego wyobrażać. Już widziała, jak Eric się chełpi i wykorzystuje okazję, by jej dotknąć w tłumie ludzi, a ona, nie mogąc pozwolić sobie na nieprzemyślany gest, dyplomatycznie mu na to pozwala.
– Eric jest spoko – rzucił dość obojętnie Jacek, co zaskoczyło Agatę i pytająco na niego spojrzała. I choć doskonale wiedziała, że go akceptuje, to nigdy tak ciepłym tonem, oczywiście, jak na Jacka, nie wypowiedział się o jej byłym mężu.
Słyszeli, jak po schodach wbiega Anita.
– Jacek – patrzyła wyczekująco – spójrz na zegar.
– Już idę. – Wstał i zeszli na dół.
Nie rozumiała, co ich tak bardzo fascynuje w nocnych, wielogodzinnych zmaganiach w wirtualnych rozgrywkach w karty. Jednak lubiła obserwować ich z laptopami na kolanach, wymieniających się tajemniczymi uśmiechami.
Dlaczego dała się namówić Anicie na tę złotoszkarłatną sukienkę? Teraz, stojąc przed lustrem czuła się fatalnie. Nie była sobą, była przebierańcem. Nie chciała, by ktoś na nią patrzył, by ją podziwiał, nie zasługiwała na to. Tamta dziewczyna, która już dawno w niej umarła, nie miałaby żadnych obiekcji. Byłaby tym zachwycona. Ale nie ta Agata, która teraz ponuro patrzyła na swoje odbicie. Zbyt piękne odbicie.
– Nie pójdę tak – powiedziała zdecydowanie i usiadła zrezygnowana. Czuła, że nie zasługuje na to, by tak wyglądać, była niegodna swojej prezencji.
– Pójdziesz. – Anita ze spokojem poprawiała jej makijaż, w ogóle nie reagując na opory przyjaciółki.
– Przestań! – krzyknęła rozdrażniona. – Zostawcie mnie! – Wybiegła do łazienki.
Tak bardzo nie chciała tam iść, nie chciała udawać, nie chciała się uśmiechać. Czuła narastający w niej strach, panikę związane z tym, z czym przyszło jej się mierzyć.
– Agata! – Do drzwi dobijał się Jacek. – Otwórz!
– Nie.
– Bo je wyłamię – groził.
– To je wyłam – powiedziała odkręcając zamek.
– Naprawdę pięknie wyglądasz – zapewnił lekko sfrustrowany. Widziała w nim niepojęty strach przed tym, że się wycofa, że spanikuje. Nie rozumiała jego determinacji, ale poddała się jej.
– Szkoda, że tak się nie czuję. – Minęła go obojętnie.
– Już dobrze? – Spojrzała na nią pytająco Anita, z podobnym do Jacka zaangażowaniem wysyłająca ją na galę.
– Jesteś kochana, naprawdę. – Pocałowała Anitę w policzek i założyła futro, dając tym jasno do zrozumienia, że spełni ich niedorzeczne oczekiwania.
– Cipka. – Anita podała jej mały pakunek pewna, że mówi „proszę”. – Nie wiem, jak się mówi „wszystkiego najlepszego” w twoim języku.
– Całe szczęście, ale Jacek na pewno cię nauczy. Rozpakuję jak wrócę. – Uśmiechnęła się do Anity.
– Nie! – prawie krzyknęła. – Teraz.
Agata otworzyła małe pudełko, w którym znalazła piękny naszyjnik i subtelny wisiorek w kształcie łzy.
– Uważaj, bo w środku jest rtęć – powiedziała Anita.
– Rtęć. – Oglądała z uwagą intrygujące precjoza.
Jacek zapiął jej łańcuszek na szyi.
– A ty dla mnie nic nie masz? – zapytała chłopaka.
– Dostaniesz potem. – Otworzył przed nią drzwi.
– Ja też mu pomagałam w jego prezencie! – krzyknęła za nimi Anita z przejęciem.
– Chowaj się do domu! – Spojrzał na nią ze złością.
– No co, przecież pomagałam? – obruszyła się.
– Pepla – powiedział cicho, otwierając przed Agatą drzwi do samochodu.
– Co wy wykombinowaliście? – zapytała wsiadając.
– Cierpliwości – upomniał.
Nie znosiła zimy. Patrzyła na białe ulice pogrążone w śnieżnych zaspach. Po chwili uświadomiła sobie, że tak naprawdę to bez znaczenia, jaka jest teraz pora roku, bo i tak w żadnej nie czuła się lepiej.
– Dasz radę – zapewniał ją Jacek, gdy dojeżdżali do teatru.
– Niee – jęknęła, widząc czekającego na nią Erica. – Dlaczego? – Błagalnie spojrzała na Jacka.
– No co mam zrobić? Wiem, że jest skończonym kretynem. – Oboje patrzyli na Erica, ubranego w czarny frak, z gładko zaczesanymi włosami.
– On wygląda jak pingwin... – Była zażenowana.
– Bądź dla niego miła, to walnięty pingwin, ale nieszkodliwy – wypowiedział to łagodnie, starając się podnieść ją na duchu.
Jacek otworzył jej drzwi i podał rękę, gdy wysiadała.
– Wszystkiego najlepszego. – Spojrzał w jej oczy ze wzruszeniem, którego nie mogła pojąć.
Agata wzięła Erica pod ramię, poirytowana obejrzała się na Jacka wymownie, z góry patrząc na Erica. Jacek nie zaśmiał się, jak oczekiwała. Patrzył dziwnym wzrokiem jak odchodzi.
Nie potrafiła się odnaleźć w tłumie, choć Eric naprawdę się starał. Krępowały ją spojrzenia, irytowały sztuczne uśmiechy, przytłaczał gwar. Czuła się słabo. Kręciło się jej w głowie.
Czułą dziwną energię, której nie potrafiła zdefiniować. Eric wciąż się odwracał, jakby kogoś wyszukiwał.
Patrzył na nią tego wieczoru inaczej, jego pożądanie zmieniło się w czułość.
– To moja przyjaciółka – przedstawiał ją obcym ludziom. Zaskakiwał ją swoją grzecznością.
Nie wygadywał głupstw, nie mówił tego wszystkiego, czego się po nim spodziewała. Że była jego żoną, że jest kobietą jego życia, nie nazywał jej Kicią. Czuła, że ją wspiera, że przestał walczyć, że nareszcie zrozumiał.
Gdy skończyła się część oficjalna, nie nalegał, by została, pozwolił jej opuścić przyjęcie. Odprowadził ją do wyjścia.
- Tęsknię za Juniorem – zdradził, gdy czekali w szatni na jej futro.
Przytuliła go z całą mocą, pobudzona jego wyznaniem. Myśl, że mały Eric będzie miał kontakt z ojcem, któremu będzie na nim zależeć, była dla niej niezwykle uspokajającym doznaniem. Pomyślała, że zostawia w miarę uporządkowany świat.
– Byłaś ze mną szczęśliwa? – zapytał z pełną powagą, gdy mieli się rozstać.
– Tak, Ericu, byłam szczęśliwa. – Uśmiechnęła się do niego smutno.
– Wszystkiego najlepszego, Agata. – Przytulił ją. – Naprawdę, wszystkiego najlepszego –powiedział łagodnie i szybko odszedł, zostawiając ją samą przed wyjściem.
Zamyślona wyszła na zewnątrz. Nie mogła mieć wszystkiego najlepszego.
Dlaczego nie było jej zimno, choć panował siarczysty mróz, choć wszystko pokrywał biały śnieg?
Wyszukiwała samochodu, rozglądała się za Jackiem. Chciała podzielić się z przyjacielem dobrą wiadomością, zwierzeniem Erica odnośnie Juniora.
Nie potrafiła tego pojąć, ale doznała czegoś, o czym zapomniała. Nabrała powietrza. Nie mogła w to uwierzyć, ale oddychała. Po raz pierwszy od tak dawna.
Stała na środku placu próbując odpalić papierosa.
– Wszystkiego najlepszego – usłyszała głos z zaświatów. Odwróciła się gwałtownie i nagle patrzyła w oczy, które się śmiały, które ożywiała swoim spojrzeniem, z każdą sekundą bardziej.
– Antek... – z trudem wypowiedziała jego imię. – Ja… jak? – Ciężko oddychała. Pocałował ją.
Był styczeń, padał śnieg. Każdy przystawał, nikt nie potrafił przejść obok tego widoku obojętnie. Kobieta w szkarłatnozłotej sukni i wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu zaczynali żyć na nowo.

„Znalazłem ją. Zapytaj Antka, jak ma na imię jego siostra. I dlaczego porypało ją do tego stopnia, by w tak idiotyczny sposób się zakamuflować. – Jacek.” Kartka tej treści czekała na nią na stole w domu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz