niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 104 - Spotkanie

Nie mogła uwierzyć w to, że tam jadą. Nie pojmowała, jak udało mu się ją do tego nakłonić i jak to się właściwie stało, że się zgodziła. Choć się buntowała i zapierała z całych sił, teraz siedziała w samochodzie i w napięciu odliczała kilometry do Wrocławia. Czuła tysiące skrajnych emocji.
– Prawie wszystkich znasz, obiecałaś Zośce. – Przyciągnął ją do siebie i pocałował.
– Wiem. – Nabrała głęboko powietrza patrząc przez okno. Tak naprawdę robiła to tylko ze względu na córki Antka. Marta Fibich zapewniła ją, że jej obecność na komunii Eli pomoże wszystkim, że dziewczynki potrzebują pojednania z nią na bezpiecznym gruncie. Spotkanie w tak wielkim gronie rodzinnym było najlepszą sposobnością, by zapewnić im do tego najbardziej komfortowe warunki, ale wiązało się też z nieopisywalną traumą dla Agaty. Jednak musiała się temu poddać, obiecała sobie, że zrobi dla nich wszystko, bez względu na koszty.

– Ej – upomniał ją Antek widząc, że odpłynęła w zamyślenie.
– Kocham cię. – Spojrzała na niego, szukając w nim wsparcia, odwagi.
– Ale nie chcesz zostać moja żoną – wypomniał.
– Wiesz dobrze, że małżeństwo to coś bardzo nietrwałego, a to, że ciebie kocham tak, że bardziej się nie da, nigdy się nie zmieni – zapewniła go z całą mocą.
– To małżeństwo akurat byłoby trwałe – upierał się.
– Antek – spojrzała na niego z pretensją – nie rozmawiajmy o tym teraz. – Była zbyt pochłonięta myślami o zbliżającym się spotkaniu i nie miała siły, by toczyć z nim tę niekończącą się rozmowę.
– To nieetyczne – po chwili zastanowienia przedstawił kolejny argument.
– A od kiedy ci to przeszkadza? – zakpiła, mierząc go ironicznym spojrzeniem.
– Zawsze byłem tradycjonalistą – brnął dalej, nie reagując na jej sarkazm.
– Co nie przeszkadzało ci zdradzać żony – wyśmiewała go.
– Zaczynasz? – Spojrzał na nią ze złością.
– Sam zacząłeś – zaznaczyła, na nowo pogrążając się w zamyśleniu, walcząc ze swoimi lękami.
Był maj. Ciepły, słoneczny, sobotni dzień. Zostało im tylko kilka kilometrów, kilka minut, by stanąć przed bramą, by ją pokonać, by pogodzić przeszłość z przyszłością.
– Nie dam rady. – Spojrzała z lękiem na Antka, gdy wjechali w brukowaną drogę, prowadzącą do domu, który on wybudował dla swojej rodziny. Pozostało im tylko pokonać ostatni zakręt. Agata gotowa była uciec. To wyzwanie okazało się być ponad jej siły.
Antek zatrzymał samochód na poboczu i pierwszy raz zobaczyła, że on również jest tym bardzo przejęty.
– Przecież ja też się denerwuję. – Pocałował ją. – Ale razem damy radę.
– Przepraszam. – Patrzyła na niego zawstydzona tym, że myślała tylko o sobie.
– Za chwilę poznam faceta, który zasypia pod jednym dachem z moimi córkami, robi im śniadanie, słucha ich opowiadań ze szkoły – odkrywał swoje rozterki, które nagle powodowały w Agacie determinację, by pokonać swoje słabości, już nie tylko dla dziewczynek, ale również dla ich ojca.
– Sypia z Dorotą – dodała.
– Jeżeli ją kiedyś skrzywdzi, zabiję go – zapowiedział otwarcie.
– Nie, bo wtedy będziesz miał dożywocie. Jak coś, to zrobi to Bolek – roześmiała się.
– Serio? – upewnił się, porzucając patos, jaki im do tej pory towarzyszył.
– Nie znosi Koreckiego, więc myślę że tak – swobodnie przytaknęła.
– Nareszcie na coś się przyda. – Przytulił ją.
– Jedź. – Odetchnęła głęboko, po czym zamknęła oczy, jakby to miało dodać jej odwagi.
Otworzyła je dopiero, gdy zahamował. Patrzyła na bramę, którą kiedyś przekraczała tak często, za którą zawsze czekał na nią Antek, za którą była Dorota. Jej przyjaciele.
Teraz stała tam tylko Dorota.
Była tam i patrzyła wprost na nią. Agata nie potrafiła rozpoznać jej uczuć, emocji.
– Cześć. – Antek pocałował delikatnie byłą żonę w policzek, ale ona wciąż był skupiona tylko na Agacie, tylko na nią patrzyła.
A ta spojrzała na brzuch Doroty i nie potrafiła opanować wzruszenia.
– Gratuluję – powiedziała nieśmiało. Wciąż na nią patrzyła. Wreszcie podeszła bliżej i ku największemu zaskoczeniu Agaty przytuliła ją.
– Przepraszam – powiedziała Agata bardzo cicho do ucha dziewczynie z największą szczerością. – Naprawdę, próbowałam z tym walczyć. – Nie miała pojęcia, co jeszcze może jej powiedzieć, by ta uwierzyła.
– Wiem. – Tuliła ją tak, jak ona kiedyś Dorotę. – Walczyłaś do samego końca.
– Wybaczysz mi to kiedyś? – zapytała bez najmniejszej nadziei.
– Nie wiem. – Dorota odważnie i szczerze spojrzała jej w oczy. – Potrzebuję naprawdę dużo czasu, byłaś dla mnie kimś bez skazy, kto nie miał prawa zawieść. Zawiodłaś, oszukałaś mnie, ale wiem, że to miało sens. – Dotknęła czule swojego brzucha.
– Jesteś szczęśliwa? – Agata z wielka nadzieją patrzyła w błyszczące oczy ciężarnej kobiety i pragnęła, by ta to potwierdziła, by choć trochę uleczyła jej zbrukane sumienie.
– Tak, bardzo. – Uśmiechnęła się rozpromieniona.
Agata czuła się skrępowana, zawstydzona i wzruszona. Nie chciała obsesyjnie trzymać się Antka, jednak wciąż szukała go wzrokiem. Było dużo ludzi, którzy udawali, że nie zwracają na nią uwagi.
– Agata! – Biegła do niej już nie dziewczynka, a kobieta.
– Cześć, Haniu, jak zwykle czarujesz. – Patrzyła z zachwytem na dziewczynę.
– Jesteś! – Zośka z dumą i nieukrywanym podziwem patrzyła na nią wiedząc, jak wielką odwagą i determinacją musiała się wykazać, by się pojawić w tym miejscu wśród tylu ludzi, by spotkać się z Dorotą. – Wiedziałam, że cię namówi. – Spojrzała z satysfakcją na brata.
Poznała Andrzeja, Artura i Adriana, braci Antka. Kolejnych zagubionych chłopców, o których kiedyś, w lesie, wysłuchiwała opowieści.
Początkowo wszyscy byli skrępowani, ale trwało to krótko. I choć bardzo szybko zaakceptowali nowe realia, Agata wciąż nie potrafiła się zupełnie rozluźnić.
– Dzień dobry, komisarzu. – Uśmiechnęła się do Filipa, naprawdę rozbawiona sytuacją, w jakiej przyszło im się ponownie spotkać.
– Nareszcie nie spotykamy się w komisariacie – powiedział z lekką ironią.
– Agata. – Podała mu rękę.
– Filip – roześmiał się, kręcąc głową z niedowierzaniem.
– Cześć. – Podszedł do nich Antek. – Antek – przedstawił się dość oficjalnie, nie kryjąc swojego uprzedzenia.
– Filip. – Policjant podał mu rękę, którą ten uścisnął i przez długą chwilę patrzyli sobie w oczy.
Agata odeszła, nie chcąc wnikać w relacje, jakie musieli między sobą ułożyć.
Usiadła na schodach i przyglądała się gościom. Chciała stać się niewidoczna, by móc w spokoju ich wszystkich obserwować, uczyć się tych wszystkich ludzi, których dopiero co poznawała.
W zadumie patrzyła na ogród. Otulała się tysiącem wspomnień, jakie ją z nim łączyły i ze spokojem odkrywała, że wszystkie były dobre.
– Ciociu, a tata mówi, że nie przyjdziesz jutro do kościoła? – Ela jako pierwsza pokonała barierę, jaka ją dzieliła z córkami Antka.
– Będę w hotelu, muszę pilnować, by twoje przyjęcie było takie, jakie być powinno: piękne. – Pogłaskała ją ze wzruszeniem po jasnej główce.
– Dlaczego nie przyjdziesz? – Dosiadła się do nich ostrożnie Ola.
– Kiedyś wam to wyjaśnię, jak będziecie troszkę starsze, obiecuję. – Z całych sił starała się stosować wszystkie rady Marty, skupiając się mocno na tym co robi i mówi, by nie zepsuć tej ważnej dla nich chwili.
– No, ale tacie może być smutno – Ela próbowała ją przekonać. – Filip będzie z mamą – wytoczyła argument, jasno komunikując, że jest pogodzona z tym, że Korecki jest w ich życiu, że jest z ich matką.
– A tata będzie z twoimi siostrami. – Patrzyła z czułością na dziewczynki. To było ważne, by uświadomić dziewczynkom, że nie chce odebrać im ojca, ani jego uwagi w tak doniosłej chwili.
Kasia usiadła niżej, ale się nie odezwała. Była najstarsza, mądrzejsza, ostrożniejsza i najbardziej to przeżyła, zapewne najwięcej pamiętała.
– Cześć, Kasiu. – Agata delikatnie dotknęła jej ramienia, wiedząc, że tę więź musi naprawić z większym staraniem.
Czuła napięcie dziewczynki, jej głęboki oddech, jej zmagania ze sobą. To, że podeszła oznaczało, że chce to pokonać, dać Agacie szansę, co było dla niej niezwykle cenne.
– Wybaczysz mi kiedyś, Kasiu? – zapytała cicho dziewczynkę.
– Czy mój tata jest szczęśliwy? – Spojrzała na Agatę szklanymi oczami.
Agata nie mogła uwierzyć w dojrzałość córki Antka i Doroty. To uświadomiło jej, jak bardzo wszyscy cierpieli, jak cierpiały dzieci obserwując dwójkę nieszczęśliwych rodziców.
– Jest – zapewniła, z trudem opanowując emocje. – Ale bardzo mu was brakuje.
– To go więcej nie zostawiaj. – Nie potrafiła dłużej panować nad uczuciami, z jej oczu popłynęły łzy.
– Nie zostawię – obiecała, mocno ją do siebie przytulając.
– Mamy psa, nazwałyśmy go Ozzy, bo jest taki biały, jak ten twój – Kasia nieśmiało mówiła do niej na ty.
– Musicie mi go pokazać. – Wstała, gotowa od razu zapoznać się z ich nowym przyjacielem.
Ela wyciągnęła z kojca białego szczeniaka.
– Jest słodki. – Agata głaskała puchatego psa, mocno go do siebie tuląc.
– Wiem, jak przekonać do siebie dzieci. – Filip stał nad Agatą, lekko się do niej uśmiechając.
– To jakiś konkurs? – zapytała.
– Jasne, kto bardziej przekupi pasierbice – powiedział z lekkim przekąsem, gdy dziewczynki odeszły.
– Nie jestem ich macochą – zaznaczyła mocno. Chciała podkreślić, że czuła się o wiele bardziej z nimi związana z racji tego, że była w ich życiu wiele lat przed Koreckim.
– Dlaczego nie wzięliście ślubu? – zapytał zaciekawiony.
– Pytasz, dlaczego w trzy tygodnie po rozwodzie nie zaciągnęłam Antka do urzędu? – wytknęła mu ich szybki ślub.
– Niedługo urodzi nam się dziecko – zauważył z dumą.
– A nam nie. – Udała obojętną, nie czując się tym w żadnym stopniu zdyskwalifikowana.
– Jesteś kolekcjonerką nazwisk? Może czas pożegnać Pietrową? – zasugerował z ironią.
– Miałam już w swoich trofeach „Z” w nazwisku, jakoś nieszczególnie mnie nęci ta litera – parsknęła wyniośle.
– Agata – lekko się zawahał – osobiście to nawet cię lubię, ale nie rozumiem, po co tobie znajomi tacy, jak Piskorz i Jokiel? – Pokręcił bez zrozumienia głową.
Była gotowa niegrzecznie zauważyć, że jego sympatia nie jest dla niej niczym znaczącym. Tym bardziej, że nie podobał jej się protekcjonalny ton, jakiego ten nie potrafił kontrolować. Czuł się kimś lepszym, ważniejszym. Komisarzem Koreckim. Spojrzała mu w oczy i w ostatniej chwili zmieniła taktykę, uświadamiając sobie, że riposta i złośliwość niczego nie rozwiążą, a jedynie skomplikują i tak niezwykle trudne relacje. Owszem, Antek może miałby z tego satysfakcję, Jacek i Bolek też, jednak tu gra toczyła się o spokój Doroty, o więzi jej córek z ojczymem.
– Oni są po to, by mnie strzec, gdy sama nie będę mogła – powiedziała tajemniczo bez najmniejszej uszczypliwości.
– Od tego jest policja – zaznaczył z właściwą sobie pewnością.
– Oni strzegli mnie przed mną samą. – Poklepała go po ramieniu i odeszła.


Dorota stała przy oknie kuchennym, delikatnie głaszcząc swój brzuch i nie potrafiła przestać patrzeć na Agatę. Widziała, jak ta bardzo się stara, jak próbuje nie schować się przytłoczona wszystkim, z czym musiała się mierzyć. Chciała ją przed tym uchronić, jednak to była jedyna droga, by już zawsze było dobrze.
– Jak się czujesz? – Antek objął Dorotę i patrzyli na ogród pełen gości.
– Dobrze. – Spojrzała na niego ze złośliwymi iskierkami w oczach. – A zapytaj mnie, co się urodzi?
– Nie?! – zaprotestował, od razu domyślając się, do czego nawiązuje była żona i jaka jest odpowiedź.
– Tak – zaśmiała się. – Syn – powiedziała z dumą.
– Nie bądź taka pewna, przecież Ela też miała być chłopcem – wypomniał.
– To będzie chłopiec. Wiem to. – Pewnie patrzyła mu w oczy.
– A co na to dziewczynki?
– Są zachwycone, trwa konkurs na imię. Filip pozwolił im wybrać – podkreśliła z satysfakcją, zaznaczając dobre stosunki, jakie panowały pomiędzy nowym mężem a ich córkami. Była z nich niezwykle dumna.
– Ale ten Filip jest super – ironizował pełen uszczypliwości i choć wiedziała, że jest to zazdrość o córki, czuła zadowolenie z tej reakcji. Jasno komunikował, że nie jest mu obojętne to, co działo się w tym domu, pomimo pełni szczęścia, jaką osiągnął u boku Agaty. Dawało jej to poczucie, że Antek zawsze będzie częścią jej życia, a co najważniejsze – częścią życia dziewczynek.
– Ela wymyśliła imię: Antek – roześmiała się.
– Dorota? – Spojrzał na nią z powagą. – On – wskazał na Filipa, rozmawiającego z Agatą – czy on jest tym? – zapytał, jakby bojąc się odpowiedzi.
Uśmiechnęła się do siebie, uświadamiając sobie ironię sytuacji, do końca nie mogąc uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.
– Jest tym, kim ty nie umiałeś być – odpowiedziała poruszona. Zbyt dobrze pamiętała słowa Antka, gdy próbował ją zostawić, tłumacząc że zasługuje na kogoś, kto będzie kochał ją tak, jak on nie potrafił. Teraz to wszystko nie było zwykłym frazesem, było ziszczonym szczęściem.
Stał zamyślony, delikatnie głaszcząc jej ramię.
– Naprawdę nam wybaczyłaś? – zapytał z niedowierzaniem.
– Wybaczyłam tobie. – Spojrzała mu w oczy i widziała w nich rozczarowanie. Nie to spodziewał się usłyszeć. W amoku szczęścia nie zrozumiał istotnej różnicy. – Wciąż zastanawiam się, czy powinnam jej pozwolić na tak swobodny kontakt z moim kolejnym mężem – zaśmiała się, wskazując na dwójkę w ogrodzie, rozładowując tym chwilę niezręcznej ciszy, jaka między nimi zapanowała. I choć wiedziała, że Antek nie będzie miał odwagi ani czelności polemizować z nią, to pragnęła pozostać w tej przyjaznej atmosferze.
– Nie ma u niej szans – powiedział z dumą.
– To ona u niego – przekornie parsknęła.
– Ma facet naprawdę cudowną żonę – uśmiechnął się do Doroty porozumiewawczo.
– A dlaczego ona nie ma cudownego męża? – zadała pytanie, na jakie odpowiedź próbowały z Zuzą znaleźć przez wiele wieczorów.
– Nie zgadza się. – Patrzył na Agatę z taką pasją, jak zawsze. – Pracuję nad tym, ale jest uparta. Jednak ja bardziej – zapowiedział.
– Pewnie, że się nie zgodzi. – Zuza podeszła do nich i chowając się za plecami Antka obserwowała ogród.
– Nie rozumiem, dlaczego? – Dorota spojrzała na Zuzę.
– Bo to Górska, zawsze taka była. Jak sobie coś uroiła, to nie było mocnych – ostrzegła Zacharewicza.
Zadzwonił telefon i Antek sięgnął po torebkę Agaty, wyjmując go.
– Nie! – zaśmiał się, pokazując wyświetlacz.
– Ruda świnia? – Zuza nie mogła uwierzyć wpatrując się w migający napis.
– Cześć, Eric – powiedział Antek do telefonu, z rozbawieniem włączając głośnik.
– Dasz mi Kicię? – pospiesznie pytał Eric.
– Nie może teraz rozmawiać.
– Cholera, potrzebuję jej bardzo – wzdychał ciężko.
– Naprawdę nie może, a z czym masz problem?
– Mam dziś kolację służbową i nie wiem czy powinienem iść w zielonym czy lepiej czarnym garniturze – zapytał z dramatycznym rozdarciem.
– Ja bym poszedł w zielonym – Antek ze złośliwością doradził, patrząc na Zuzę i Dorotę.
– Krawat założyć czy lepiej nie? – dopytywał z zaangażowaniem Eric, wdzięczny Antkowi za pomoc.
– Ja bym założył muszkę – podpowiadał z pewnością w głosie.
– W zasadzie to niegłupi pomysł, mam nowe lakierki, będą pasowały – Eric jak zawsze przeżywał kwestię swego ubioru. – Stary, dzięki.
– Nie ma sprawy, stary – Antek uśmiechnął się triumfalnie, widząc konsternację kobiet.
– Ja chyba śnię. – Zuza stała nieruchomo, wpatrzona w milczący telefon.
– Nie, to codzienność. – Wzruszył ramionami z rozbawieniem przyjmując niedowierzanie Lisowej.
– I do tego mieszkacie z psychopatą? – Wpatrywała się pełna wątpliwości w Antka.
– Jacek jest zupełnie niezauważalny – zapewnił spokojnie, nie widząc w tym nic dziwnego.
– Jak: niezauważalny? Mieszkasz z kobietą i jej przyjacielem! – Zuza obruszyła się.
– Nie zrozumiesz tego, on naprawdę jest niewidoczny. Potrafi przez tydzień nie wypowiedzieć słowa, czasem przez kilka dni nawet nie wychodzi z pokoju. – Wzruszył ramionami.
– Ale może powinniście Jacka jakoś wyprowadzić? – zasugerowała nieśmiało Dorota.
– Agacie jest tak dobrze, mi to w niczym nie przeszkadza, jemu też. Poza tym, to ja się do niech wprowadziłem – mówił to zupełnie pogodzony z sytuacją.
– Nie czujesz się tam, jak u siebie? – Dorota spytała z troską.
– On się czuje tu, jak u siebie – z pogardą spojrzał na Filipa – to dlaczego ja nie miałbym?
– Dobra, nie wtrącam się. – Zuza znów wychyliła się zza pleców Antka, wyglądając tęsknie na ogród.
– Co ty wyprawiasz? – Dorota dopiero teraz zainteresowała się dziwnym zachowaniem przyjaciółki.
– Chowam się przed nią – odpowiadając wskazała na Agatę.
– Po co? – Antek spojrzał zaskoczony.
– Niech sobie nie myśli, że będę za nią biegać, niech się zastanawia, dlaczego nie rzucam się jej w ramiona, dlaczego jej unikam – mówiła, nie odrywając wzroku od Agaty.
– Zuza – Antek spojrzał na nią z rozbawieniem – ale ona nie wie, że ty tu jesteś – oznajmił jej.
– Jak to? – Patrzyła na niego obruszona tym, jak dla niej, niedorzecznym założeniem.
– Nie powiedziałem jej. – Bezradnie wzruszył ramionami. – Ona myśli, że z tobą będzie się widziała dopiero jutro.
– To się głęboko myli! – Spojrzała ze złością na Agatę i z podniesioną głową wyszła do ogrodu.


Pomimo kłębiących się w niej emocji, pomimo tego, że Su od pierwszego spojrzenia chciała przytulić Górską, zabić ją i na nowo tulić, zeszła do ogrodu. Nie spojrzała na Agatę, obojętnie ją minęła.
– Zuza? – usłyszała głos przyjaciółki, za którym tak bardzo tęskniła. – Zuza! – wołała ją.
Szła dalej, choć nogi miała jak z waty, choć wzruszenie nie pozwalało jej złapać oddechu, nie mogła się zatrzymać.
– Stój! – Agata złapała ją mocno za rękę.
– Zostaw mnie – powiedziała do niej ze złością.
– Zuza, porozmawiaj ze mną. – Patrzyła na nią swoimi niebieskimi oczami z błaganiem.
– I co, będziesz mnie znowu okłamywać? – parsknęła, mierząc ją pogardliwym spojrzeniem.
– Zuza, nie mogłam ci wtedy powiedzieć. – Spuściła głowę zawstydzona.
– A teraz ja nie chcę z tobą rozmawiać – hardo zaznaczyła Su.
– Rozumiem. – Agata pokiwała głową, godząc się z tym wyrokiem.
– Nic nie rozumiesz, jesteś… Jesteś. – Czuła, jak jej tłamszone uczucia do przyjaciółki z młodości nie pozwalają nad sobą panować. – Jesteś! – Przytulała ją z całej siły. Nareszcie miała ją w swoich ramionach, nareszcie czuła jej zapach.
– Przepraszam. – Agata całą sobą kuliła się w ramionach przyjaciółki.
– Wszystkich tylko przepraszasz, wymyśl coś oryginalniejszego – doradziła, śmiejąc się przez łzy.
– Zuzka, głupia jesteś i na pewno mi wybaczysz. – Zanosiła się płaczem.
– Nie licz na to! – odgrażała się.
– A jak zaproszę cię na nocną nasiadówkę u Roksi? – Patrzyła z nadzieją.
– Myślisz, że moja matka wpuści cię do domu? – Zuza ripostowała bez zastanowienia.
– Nie wiem. – Spuściła wzrok.
– Wpuści – zapewniła. – Ona cały czas na ciebie czeka. – Przytuliła ją.
– Naprawdę? – Ze wzruszeniem podniosła głowę, badawczo wpatrując się w oczy przyjaciółki.
– Matki tak łatwo nie wyrzekają się swoich dzieci – przekonywała ją wzruszona nie tylko swoim szczęściem, ale też wyobrażeniem o tym, jak ogromnym przeżyciem będzie dla Roksi to długo wyczekiwane spotkanie.
Zuza wzięła rękę Agaty i wtuliła w nią swoją twarz.
– Górska, ty idiotko. – Patrzyła na nią z czułością.
– Też ciebie kocham – odpowiedziała Agata.
– Co knujecie? – Antek stanął nad nimi, wpatrując się w swoją kobietę z fascynacją i miłością.
– Nic – powiedziały równocześnie, spoglądając na siebie.
– Dobra, zaczynam się bać. – Objął Agatę. – Mów.
– Chcę dziś spać u Roksi z Zuzą – powiedziała nieśmiało. – Proszę...– Błagalnie na niego patrzyła.
– Dobrze. – Przytulił ją przy wszystkich, delikatnie pocałował i znów było tak jak zawsze, byli tylko oni. Świat nie istniał.
Zuza nie mogła oderwać od nich oczu. I jak bardzo by się nie opierała tym myślom - byli dla siebie stworzeni. Całe cierpienie, wylane łzy, nabierały sensu, gdy widziała ich razem.
Nie była jedyną osobą wpatrującą się w ten zapierający dech w piersiach obraz. Dorota uśmiechnęła się do niej porozumiewawczo. Barbara, matka Antka, patrzyła z czułością. Zośka stała pod drzewem zamyślona i choć była daleko, Zuza była pewna, że jej oczy z trudem powstrzymywały łzy.


Gdy Antek podjechał pod dom Roksi, Agata płakała.
– Kochanie? – Patrzył na nią, nie rozumiejąc jej łez.
– To ze szczęścia – zapewniła, po czym pobiegła w ramiona Roksi. Przyjaciółki. Matki.


Rozmawiały prawie do rana.
Agata nawijała sobie czarno-srebrny warkocz na rękę.
– Wiesz, że kiedyś wydawał mi się magiczny, w zasadzie nadal w to wierzę.
– Nie ważne, w co wierzysz, ważne że do niego wracasz. – Wciąż całowała ją w czoło.
Roksi tuliła swoje dwie córki. Była spokojna i szczęśliwa.

– Powiedz, że ten samochód – Antek wskazał na auto z ciemnymi szybami jadące od dłuższego czasu za nimi – nie jest tym, o którym myślę?
– No wiesz, nie ma Jacka. – Wzruszyła obojętnie ramionami.
– Chyba nie ma zamiaru zbliżać się do ciebie? – upewniał się.
– To pewnie tylko jego ludzie – bagatelizowała jego nadmierny niepokój.
– Jesteś pewna, że nie jedziesz do kościoła? – zapytał, parkując samochód przy hotelu.
– Jestem pewna, że nie jestem hipokrytką. – Pocałowała go.
– A szkoda – westchnął.
– Muszę pozałatwiać kilka spraw z Ulką, czeka na mnie. – Spojrzała na niecierpliwie wyczekującą ją bratową.
– Biegnij – popędzał ją.
– Postaraj się być miły dla Filipa – poprosiła Antka.
– Przecież jestem! Tylko niech Korecki tego nie nadużywa – obruszył się.
– Proszę. – Patrzyła błagalnie.
– Idź. – Wskazał na Ulkę.
Agata ze wzruszeniem patrzyła na jej ukochany hotel. W zadumie wpatrywała się w dziedziniec i przypominała sobie te wszystkie chwile, doznania, jakie były z tym miejscem związane. Uśmiechnęła się do czekającej na nią przy wejściu Ulki i rzuciła się jej z wdzięcznością w ramiona.
Siedziały z bratową w swoim starym gabinecie i nie mogły się nagadać. Przyszedł Robert. To spotkanie było nareszcie takim, jakim powinno być. Witali się jak przystało na siostrę i brata po latach rozłąki.
– Mam nadzieję, że to był twój ostatni skok na gigancie? – Lekko nią potrząsnął, nie kryjąc swojej radości, że znowu jest z nimi.
– Ostatni – zapewniła.
– Ktoś na ciebie czeka – powiedział lekko zaniepokojony.
– Na mnie? – spojrzała z niedowierzaniem.
Przed hotelem stał nie kto inny, jak Bolek. Nonszalancko oparty o samochód palił cygaro.
– Zwariowałeś? – Podbiegła do niego. Widziała parkujące na podjeździe samochody i zbliżających się do hotelu gości komunijnych.
– Witaj, Aniele. – Pocałował ją w policzek nic sobie nie robiąc z jej paniki.
– Za chwilę będzie tu Korecki. – Nerwowo zachichotała zdając sobie sprawę z niedorzeczności całej sytuacji.
– Liczę na to. – Wymownie, donośnie zaśmiał się, ostentacyjnie przytulając Agatę. – Witam, panie komisarzu. – Ukłonił się Filipowi, który nagle, jak na wezwanie, pojawił się przed hotelem.
– Dzień dobry – odpowiedział ten, obdarzając bossa podziemia i Agatę lodowatym spojrzeniem.
– Cześć, Bolek – Antek przywitał się, podając rękę Jokielowi.
Była pewna, że zrobił to tylko dlatego, by zirytować Filipa. W normalnych warunkach byłby zły na nią, teraz z satysfakcją patrzył za oddalającym się Koreckim.
– Ale jesteś złośliwy – powiedziała Agata do niego cicho, gdy wchodzili do restauracji.
– Nie rozumiem, o co ci chodzi? – zaśmiał się ironicznie.
Milena nie odstępowała jej na krok, chcąc pokazać Kasi, że pomimo zmiany położenia, ona jest wciąż tak samo ważna dla Agaty.
Obserwowała Zośkę, która zamyślona i przygaszona snuła się po hotelowym holu.
– Sofka, co jest? – podeszła do niej.
– Zaopiekujesz się na jakiś czas moimi dziećmi? – zapytała z miejsca.
– Jak to: zaopiekujesz? Po co? – zaniepokoiła się tymi słowami.
– Mam dość niewiadomych, muszę wiedzieć. Znajdę go i wyciągnę z niego, dlaczego uciekł. Przy okazji zapytam, co zrobić z Willem, on będzie wiedział. Obiecuję, że na szóste urodziny mój syn będzie miał ojca – ostatnie zdanie wypowiedziała zbyt głośno.
– O czym ty mówisz? – Podbiegła do niej Wendy.
– Wendy – spojrzała na przyjaciółkę z powagą – jadę go szukać i obiecuję znaleźć, nie wiem jak, ale zrobię to – zacietrzewiła się.
– Sama? – Wendy wpatrywała się z niedowierzaniem w przyjaciółkę.
– Sama. – Z determinacją podniosła głowę – Agata zajmie się dziećmi, tak? – Spojrzała pytająco.
– Tak – zgodziła się.
– Chyba oszalałaś! – Wendy parsknęła, z pogardą patrząc na byłą Zimmer. Ona jako jedyna nie akceptowała nowego porządku. Na każdym kroku podkreślała, jak bardzo jest nieugięta w kwestii związku Agaty i Antka.
– Mam kogoś, kto pojedzie z tobą – zaproponowała Agata, nie reagując na zachowanie Wendy – Jacek. – Spojrzała porozumiewawczo na Dorotę, która przysłuchiwała się rozmowie.
– Oj, bo się rozpłaczę ze wzruszenia – kpiła Wendy. – Jaka ty jesteś troskliwa!
– Odwal się. – Nawet nie starała się, by ta ją lubiła.
– Zgodzi się? – zapytała Dorota, również ignorując Wendy.
– Jak go poproszę, a ty mnie wesprzesz...
– No, no – Wendy nie przestawała.
– Jaki jest ten Jacek? – zapytała Zośka.
– No... Jacek to Jacek – asekuracyjnie wyjaśniła Dorota.
– Jacek na pewno go znajdzie – zapewniła Agata.
- Co się dzieje? – Antek podszedł i natychmiast objął Agatę.
- Jest i nasz super bohater! – Klasnęła w dłonie Wendy. – Mrzonka każdego mężczyzny - pogodzić żonę i kochankę, do tego sprawić, by cała rodzina temu kibicowała i ze wzruszeniem ścierała łzy – głośno drwiła.
– Tak ciebie to boli? – Antek z rozbawieniem patrzył na przyjaciółkę.
– Nic mnie boli – obruszyła się.
– Najwyraźniej tak, bo ty jedyna siejesz wokół tego zamęt i nie ścierasz łez – przytulił ją na siłę, gdy próbowała się wyrwać.
– Nie łudź się, że kiedyś ją polubię i zaakceptuję. – Spojrzała chłodno na Agatę.
– Kochanie, czy ma to dla ciebie znaczenie? – Patrzył, śmiejąc się, na swoją kobietę.
– Tak w sumie, to... Sram na to – powiedziała obojętnie, co wywołało głośny śmiech wszystkich, nawet Zośki
.
– To teraz pozwólcie, że wezmę moją kochankę na małą przejażdżkę. – Antek wziął Agatę za rękę i poprowadził do wyjścia, a ona bez zawahania, bez oglądania się na kogokolwiek, ruszyła za nim.


Dorota patrzyła, jak odchodzą i wciąż czuła nostalgię z powodu tego obrazu. Bo towarzyszył jej zawsze, gdy była szczęśliwa. Bo wtedy wszyscy byli szczęśliwi.
– Nie rozumiem cię. – Wendy ze złością patrzyła na Dorotę.
– Nie dziwię się, bo tylko nieliczni to rozumieją. – Spojrzała porozumiewawczo na Zuzę.
– Bo to wyższy poziom – zapewniła Su.
– Czego? – parsknęła Wendy.
– Zrozumienia siebie samej. – Dorota patrzyła na przyjaciółkę. – Bo przyszedł taki dzień, w którym wszystko przewartościowałam i nie miałam wątpliwości. Gdybym mogła cofnąć czas, z pełną świadomością, dokładnie wszystko zrobiłabym tak samo. By być w tym miejscu. – Pogłaskała swój brzuch i podeszła do Filipa. – I jeżeli ktokolwiek ma jakiekolwiek wątpliwości, to mówię wam wszystkim głośno: jestem szczęśliwa.


Agata nie pytała, dokąd jadą. Nie musiała.
– Mam dobrą płytę. – Spojrzał jej w oczy porozumiewawczo i uśmiechnął się szeroko.
– Liczyłam na to – wyszeptała poruszona.
Włączył Fionę Apple i wziął ją za rękę. W milczeniu dojechali do lasu.
Otworzył przed nią drzwi od samochodu. Zerwał się bardzo silny wiatr, co ich zdziwiło, gdyż był upalny, bezwietrzny dzień. Po chwili ustał.
Zaprowadził ją pod jej drzewo i mocno ją do niego przyparł.
– Jeżeli jeszcze kiedyś przyjdzie ci do głowy uciekać przede mną, pęknie mi serce. – Wpatrywał się w nią.
– Już nigdy – z trudem odpowiedziała.
– Wiem. – Pocałował ją. Kochał się z nią.
Szeptał jej imię, a las je powtarzał. Wyznawała mu miłość, a las wierzył.
To był magiczny, pamiętny dzień. Drzewa już o tym wiedziały.

Tego dnia las się śmiał.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz