niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 14 - Leśne bajki


Agata leżała wtulona w nagi tors Erica, który z natchnioną czułością wąchał jej włosy. Czuła się bezpiecznie w jego ramionach. Z trudem godziła się na nieustanne rozłąki, wyczekując dnia, gdy na nowo będą już razem, choć na tych kilka miesięcy, zanim Eric zdecyduje się otworzyć kolejny hotel. Ich związek polegał na rozstaniach i namiętnych powrotach, jednak nigdy nie dzieliła ich aż tak duża odległość. Będąc we Wrocławiu nie mogła nagle podjąć decyzji i polecieć do niego do Sztokholmu, czy też innego miasta tylko po to, by pobyć z nim. W Polsce dodatkowo ograniczał ją natłok obowiązków, którym ledwie potrafiła sprostać, a z którymi wcześniej nie miała do czynienia.
– Kicia, tak bardzo mi ciebie brakuje – pocałował wnętrze jej dłoni.
– Obsesyjnie za tobą tęsknię – wyznała.
– Jesteś silna, dasz radę. – Bawił się kosmykiem jej włosów.
– Bez ciebie to wszystko traci sens. – W słowach tych zamknęła całą swoją tęsknotę.
Przytulił ją mocno i pocałował w czoło.
– Jesteś taka piękna – powiedział czule.
– Przestań. – Potarła delikatnie swoim policzkiem o jego twarz, którą pokrywał kilkudniowy zarost.
– Jestem szczęściarzem, mam najpiękniejszą kobietę na świecie. Czym ja sobie na to zasłużyłem? – Z emocji jego głos stał się bardziej ochrypły.
– Tym. – Dotknęła jego lewej piersi.
– Pomyślałem, że czas spasować, trochę odpuścić – powiedział spokojnie.
– Z czym? – Przełożyła głowę, by na niego spojrzeć.
– Z hotelami. Myślę że dość ich wybudowaliśmy. – Delikatnie gładził jej twarz.
– Ty wybudowałeś – zaznaczyła.
– Nie kokietuj, cały czas brałaś w tym udział. – Przyciągnął ją do siebie i pocałował w usta.
– Po prostu byłam z tobą – sprostowała. Zwłaszcza teraz, gdy samodzielnie pracowała przy hotelu, uświadamiała sobie, jak mało była przydatna wcześniej.
– Trochę zaczyna mnie to męczyć – wyznał.
– Hotele? – spytała ze zdziwieniem. Zupełnie nie rozumiała do czego zmierza. Hotele były sensem jego życia, co wielokrotnie podkreślał.
– Ta wieczna gonitwa, wieczny plac budowy.
– Eric, wszystko w porządku? – Zaczęła się poważnie niepokoić. Eric nigdy nie był zmęczony, nie było spraw, które mogły go odciągnąć od pracy.
– Coraz częściej myślę o zwolnieniu tempa.
Agata z coraz większą uwagą wpatrywała się w męża.
– Robię się stary, nie wytrzymuję tego biegu.
Jej serce zaczęło szybciej bić, z absurdalną nadzieją wpatrywała się w Erica. Nagle przed jej oczyma pojawił się mały domek, ogród, drzewa. Pomyślała o miejscu na ziemi, swoim jedynym prawdziwym i pierwszym. Nie o imitacji, którą starała się oszukać sama siebie. Może wtedy, gdyby już się zatrzymali, udało by jej się… nie, nie zasługiwała na taką łaskę. Ze łzami w oczach poruszona wpatrywała się w Erica.
– Jest tyle hoteli, które stoją i marnieją – kontynuował. – Gotowe, wybudowane, brak im tylko marki, dobrej organizacji, przebudowy.
– O czym ty mówisz? – Nie potrafiła zrozumieć, do czego zmierza.
– Pomyślałem, że będziemy odkupować już istniejące hotele, damy im naszą markę, przerobimy to i owo. Tak trochę na skróty.
– Jak to? – powiedziała ze smutkiem.
– Kicia, nie martw się. Mam dobry plan, pomyślałem o Polsce – powiedział z satysfakcją. –Mam na oku kilka miejsc, ty się tu dobrze odnajdujesz, możemy nawet tych twoich Meksykańców za sobą pociągnąć. – Mrugnął.
Jej przytulny domek rozmywał się we mgle, łzy napływały do oczu. Leżała wpatrzona w sufit, starając się pozbierać z głupiego zamyślenia, nierealnego marzenia. Gdy usłyszała spokojny oddech Erica, wyślizgnęła się z jego objęć i zeszła na dół. Usiadła na schodach i ze smutkiem przyglądała się przedmiotom, które ją otaczały i które miały zagłuszyć tęsknotę za prawdziwym domem. Zaczęła się śmiać ze swojej nadwrażliwości. Z tego, co sprawiła ta chwila, krótka chwila - że zaczęła się roztkliwiać nad sobą, otwierać na rzeczy, o których wcześniej nie myślała.
Ale potrzeba stabilności i bezpieczeństwa tkwiła bardzo głęboko w jej podświadomości, a teraz pobudzona, na moment stała się możliwa do realizacji. Jednak na nowo musiała ją zagłuszyć i choć zdawało się jej, że umie to robić perfekcyjnie, to po każdej kolejnej próbie pozostawała w niej nowa, pozornie niezauważalna blizna.

W niedzielne południe Eric szykował się do wyjazdu. Patrzyła jak pakuje do bagażnika swoją torbę i garnitury zabezpieczone pokrowcami. Zawsze był zorganizowany, a przemieszczanie się z miejsca na miejsce nigdy nie stanowiło dla niego trudności. Śmieszył ją ze swoim nadmiernym bagażem, ponieważ niepotrzebnie pakował część kolekcji swoich butów i zawsze miał ze sobą zdecydowanie więcej garniturów, niż faktycznie potrzebował.
– Kicia, nie bądź taka smutna. – Przytulił ją.
Wzruszyła ramionami.
– Trudno znowu zostać tu samej... – Z wysiłkiem panowała nad emocjami, ze wszelkich sił starając się nie płakać.
– Jeszcze troszkę – zapewnił. – Kilka tygodni i będę tu częściej, obiecuję.
– Wiem, wiem Ericu. – Wtuliła się w niego.
Ukryła rozbawienie, widząc na jego lewej ręce fioletowy zegarek. Nawet nie chciała sprawdzać, jakiej jest marki i domyślać się ile kosztował kolejny koszmarny dodatek do jego garderoby.
– Po otwarciu hotelu pojedziemy na wakacje, może już w święta – zaproponował.
– Obiecujesz? – spytała z nadzieją.
– Tak, kochanie, oboje sobie zasłużyliśmy na to. – Pocałował ją w usta i wsiadł do samochodu.

Usiadła na ławce przed hotelem i długo wpatrywała się w bramę, za którą zniknął. Siedziała bez celu, ale nie miała siły na nic innego, niż bezsensowne wpatrywanie się w jeden punkt. Ocknęła się i zaczęła bezmyślnie wyrywać zielsko z kwietnika.
– No proszę, proszę – usłyszała rozbawiony głos Antka.
– Cześć. – Spojrzała na niego zaskoczona, starając sobie przypomnieć misję, która miała do zrealizowania. – Co ty tu robisz?
– Muszę kilka rzeczy obmierzyć, Zuza mi zleciła – wyjaśnił.
– No tak – Agata wiedziała, dlaczego nagle w niedzielę Zuza potrzebowała pomiarów. Bezczelnie wbiła się w moment, gdy Eric opuścił hotel.
– Pomożesz mi? – zaproponował zupełnie nieświadomy rozgrywki, w której przyszło mu brać udział.
– No wiesz, zważywszy na nadmiar prac, muszę się nad tym zastanowić – zaśmiała się wstając z ziemi.
– Coś się stało? – Szybko rozpoznał jej brak nastroju.
– Nic, Eric niedawno wyjechał – wyjaśniła marszcząc nos.
– Rozumiem, w takim razie nalegam, byś mi pomogła. Praca pomaga zapomnieć o smutkach.
– Ok. W zasadzie to dobrze się składa, że ciebie widzę.
– Tak? – obrócił się zaintrygowany.
– Tak – zapewniła – ale o tym potem, chodź zrobimy te idiotyczne obmiary.
– Dlaczego uważasz, że są idiotyczne? – spytał z rozbawianiem.
– Bo to głupie, że Zuza wypycha cię z domu w niedzielę i zleca pracę, gdy sama mogłaby to załatwić, tym bardziej, że jest na miejscu – wybrnęła.
Uśmiechnął się do niej. Z trudem przyznawała się przed samą sobą, ale lubiła ten jego zawadiacki uśmiech.
– Ja w niedzielę też jestem na miejscu – oznajmił. – Mamy taką umowę: moja jest sobota, spędzam ją z moimi dziewczynami, niedziela jest Lisów, a ja zostaję we Wrocławiu na noc i rano w poniedziałek otwieram restaurację, by Karol i Zuza nie musieli zbyt wcześnie się zrywać.
– To miłe – musiała mu to przyznać, bo faktycznie układ był uczciwy.
– To sprawdzony system, działamy tak kilka lat.
Podał jej kartkę i ołówek, by zapisywała liczby, które jej podawał. Miała ochotę napisać na nich „ty podła manipulantko”, ale posłusznie zapisała wymiary podane przez Antka. Podobało jej się to, że do zadań podchodzi z niebywałą precyzją. Skupiony na pracy nie zwracał praktycznie na nią uwagi, co dodatkowo ją intrygowało.
– Ok, zrobione, Zuza będzie usatysfakcjonowana – stwierdził, patrząc na kartkę. – No to mów – zwrócił się do Agaty odkładając śrubokręt, którym wcześniej dokręcił niestarannie zamontowane gniazdko.
– Kawa? – zaproponowała.
– Jasne – przystał bez zastanowienia.
– Mam w holu prymitywny barek – powiedziała rozbawiona.
– Co ciebie tak bawi?
– Dorota nie mówiła ci o spotkaniu w czwartek? – nie potrafiła sobie odpuścić nawiązania do spotkania z Sarą Hofman.
– Nie, a powinna?
– To opowiem ci potem.
Zrobiła dwie kawy i usiadła przy stoliku. Przez chwilę analizowała od czego zacząć, ale postanowiła od spraw bardziej znaczących i istotnych.
– Trochę się idiotycznie czuję, robiąc te wszystkie ceregiele, ale powoli zaczyna mi to wchodzić w nawyk – zaczęła.
– Co oznaczają ceregiele? – zmarszczył lekko brwi, patrząc na nią pytająco.
– To taka przenośnia, w normalnych warunkach nie analizowałabym zbyt wiele, tylko zarządziłabym, że ma być tak i tak. – Rytmicznie uderzyła w blat recepcji. – Ale podjęłam pewne zobowiązania, więc się do nich stosuję – powiedziała z lekką rezygnacją.
– To znaczy?
– Chodzi o Dorotę. Pomyślałam, że dobrze by było, gdyby na kilka dni pojechała z całą grupą do Sztokholmu. Wydaje mi się, że poczułaby się pewniej. Po pierwsze zobaczyłaby, jak funkcjonują inne hotele, a poza tym poznałaby zespół, którym będzie zarządzać.
Patrzyła wyczekująco na Antka.
– Rozmawiałaś z nią o tym? – Jego ton wręcz zakładał, jakby już to zrobiła.
– Nie, no coś ty, chciałam najpierw poznać twoje zdanie.
– Dlaczego? – zapytał zupełnie poważnie.
Przewróciła oczyma. Zakładała, że jest bardziej domyślny, jednak okazało się inaczej. Musiała wszystko mu wyjaśnić. W takich chwilach zawsze przychodziła jej na myśl Zuza, która wyłapywała w lot najmniejsze wskazówki.
– Ponieważ jesteś jej mężem i będziesz musiał na ten czas zająć się dziewczynkami, w jakiś sposób zobowiązałam się liczyć z twoją opinią i najlepiej by było, gdyby ta propozycja wypłynęła od ciebie.
– Ode mnie?
– No, ale tylko wtedy gdy się zgodzisz – uprzedziła.
– Nie rozumiem, jak ja mam proponować Dorocie coś takiego?
– Trochę ją już poznałam i jestem pewna, że jeśli ta propozycja wypłynęłaby ode mnie, ona to odbierze osobiście. Skoro ją wysyłam, to uważam, że ma jakieś braki, a to nie prawda. Po prostu pomyślałam, że doda jej to pewności siebie, że ją wzmocni.
– Wychodzi na to, że lepiej znasz moją żonę, niż ja – powiedział zamyślony.
Zbyt długo trwało to jego zamyślenie, co zaczęło niepokoić Agatę. Nie znała tego mężczyzny, a musiała przewidzieć, że może się definitywnie nie zgodzić, musiała wykorzystać swój urok, by przyprzeć go do ściany.
– Nie sądzę, że ją lepiej znam, po prostu jestem kobietą i pewne rzeczy łatwiej odkrywam – pozwoliła sobie na maleńką szpileczkę.
– Po kilku miesiącach więcej niż ja przez te wszystkie lata?
Wzruszyła z zawstydzeniem ramionami.
– Dziękuję – powiedział.
– Za co?
– Za to że taka jesteś, że myślisz, zanim coś zrobisz i że się o nią troszczysz. – Jego twarz przybrała łagodny wyraz.
– Ty też się o nią troszczysz. – Poczuła ulgę, widząc zgodę malującą się na jego twarzy.
– Ja mam obowiązek.
– A ja przyjemność – zaśmiała się.
– Jak mam jej to zasugerować, pani Freud? – zapytał żartobliwie, przy czym jego intrygujące oczy zaświeciły przekornym błyskiem.
– Dyskretnie, bardzo delikatnie, tak by odebrała to jako twoją propozycję, a jej decyzję – mówiła spokojnie.
Nabrał powietrza. Zaśmiał się do siebie, z niedowierzaniem kręcąc głową, nie kryjąc, że bawi go cała ta sytuacja.
– Dobra, postaram się najlepiej jak potrafię – zapewnił, kiwając potakująco głową.
Uśmiechnęła się z satysfakcja, gdy misja okazała się wykonalna, gdy Antek bez zastanowienia przystał na to wszystko, nie zmuszając jej do stosowania zbyt wielkich manipulacji. Nie przypisywała sobie zbyt wielkich zasług, instynktownie wyczuwając jego szczere intencje i rozsądek.
– To teraz powiedz, co stało się we czwartek – wyrwał ją z zamyślenia.
Roześmiała się na samo wspomnienie. Rozsiadła się wygodnie i z rozbawieniem spojrzała na Zacharewicza.
– Po rozpoczęciu roku szkolnego, Dorota z Zuzą i dziewczynkami przyszły tu z jakąś koleżanką – udała, że nie pamięta jej imienia – zdaje się Sandra, taka ruda lalka.
– Sara – poprawił ją.
– Możliwe, że Sara, taka wyfioczona landryna.
– Kto? – roześmiał się.
– Chodź, zapalę papierosa – zaproponowała wstając z krzesełka. – Ta niunia była dość irytująca. Była tu ze mną Ulka – kontynuowała, gdy wyszli na zewnątrz – i ona sądziła, że Ulka to ja i przymilała się wpatrzona w nią jak w obraz. W trakcie rozmowy wyszło, że Dorota tu pracuje, a Ulka nie jest tym, za kogo została początkowo wzięta. Wpadła w histerię, zaczęła krzyczeć, że to zaaranżowana scena, że wszystko jest kłamstwem, a ja jestem sprzątaczką. – Agata śmiała się rozbawiona, ale Antek tylko udawał, że go również to śmieszy.
– Kim ona jest? – zapytała.
– To koleżanka, jej mąż jest lekarzem, znamy się od kilku lat – starał się mówić obojętnie.
– Lubisz go? – zapytała dość oschle.
– Jest spoko.
– A ją? – Tu musiała bardziej się postarać, by udawać niezainteresowaną.
– Jest trochę pokręcona, ale nie mogę powiedzieć, że jej nie lubię.
Przez chwilę pomyślała o tym, że on ma tam jakieś swoje pokręcone zasady, skoro sprowokowany nie obgaduje swojej byłej kochanki.
– Acha, włącza się w tobie facet – zakpiła.
– Co znaczy, że włącza się we mnie facet? – Wciąż dociekał znaczenia słów, jakie ona wypowiadała.
– Niestety wy tak macie, szybko tracicie zahamowania przy byle jakiej lasce, zero poczucia estetyki. – Kręciła z dezaprobatą głową.
Antek nagle zaczął się głośnio śmiać.
– Co? – zapytała szczerze zaintrygowana jego reakcją.
– Nic, już to kiedyś słyszałem, mówisz jak moja przyjaciółka Wendy.
– Przyjaciółka Wendy – powiedziała Agata z cynizmem wymownie mrużąc oczy, dając tym do zrozumienia, że złapała go na gafie.
– Wiesz, co zawsze robię w niedzielę po południu? – zmienił temat.
– Ej, celowo zmieniasz temat – zarzuciła, wytykając go palcem.
– Siedzę sobie w lesie, teraz jest tam zajebiście. – Nie dał się sprowokować.
– Poczekaj, wezmę kurtkę, ale nie myśl, że nie wrócę do tematu – przestrzegła, mierząc go wymownym spojrzeniem, na co on rozbawiony tylko pokręcił głową.
Wychodząc w pośpiechu z apartamentu spojrzała w lustro i dziwnym było zobaczyć odbicie tak inne, tak obce od widoku zmartwionej kobiety, którą była jeszcze o poranku. Ta chwila zamyślenia szybko ulotniła się, gdy z prędkością światła znalazła się na zewnątrz. Wsiadła do samochodu, w ogóle nie zastanawiając się nas swoim postępowaniem.
Włączyła bez zastanowienia jego odtwarzacz i z satysfakcja uśmiechnęła się, gdy usłyszała głos Fiony Apple.
– Jest dobra – powiedział.
– Miło, że tego słuchasz, co nie znaczy, że zapomniałam o Wendy – zagroziła.
– Co chcesz wiedzieć o Wendy? – Był rozluźniony i otwarty na wszelkie wyjaśnienia.
– Czy twoja żona wie o przyjaciółce Wendy? – spytała z ironią, podejrzliwie na niego zerkając.
– Wie, nawet się z nią przyjaźni, skoro była świadkiem na naszym ślubie.
– Acha – Poddała się z udawanym zawodem. Teraz jednak jej uwaga była skupiona na tym, jak prowadzi samochód. Zastanawiała się czy brawura, jaką okazywał na drodze była pozą, czy naprawdę był tak sprawnym kierowcą.
– Wendy to Wanda, przyjaciółka z dzieciństwa. Mieszkała w domu obok, w zasadzie razem się wychowaliśmy. Była przez wiele lat najlepszą przyjaciółką mojej siostry – tłumaczył.
– To tak jak kiedyś Zuza i ja.
– Zdaje się, że właśnie tak.
– Dlaczego mówisz o niej Wendy, a nie Wanda? – zapytała zaintrygowana.
– To przez naszą zabawę w Piotrusia Pana, tam była dziewczynka Wendy.
– No faktycznie, ty zapewne byłeś Piotrusiem – zapytała celowo podniesionym głosem.
– Niestety nie, to zabawna historia, ponieważ to moja siostra była Piotrusiem i tylko dlatego dopuściła Wandę do zabawy, żebyśmy, ja i bracia nie musieli przebierać się za dziewczynkę.
– Żartujesz?
– Moja siostra była zafascynowana tą bajką i chciała bawić się tylko w Nibylandię, a my jak wariaci, zakochani w niej spełnialiśmy wszystkie jej zachcianki. Pozwoliła nam być Zagubionymi Chłopcami, ale tylko ona mogła być Piotrusiem. Najstarszy z moich braci był Kapitanem Hakiem, bo tak zarządziła, ale wciąż brakowało dziewczynki. Najmłodszy z nas, Zbyszek, często odgrywał Wendy za garść łakoci, ale to nie było to samo, co prawdziwa Wendy, która przyszła do nas pewnego popołudnia i powiedziała, że ona ma na imię Wanda i ta zabawa jest jej przeznaczeniem. Wtedy nasz zamknięty świat powiększył się o Wandę. Jest dla mnie jak siostra – powiedział z sentymentem.
– Gdzie ona teraz jest? – dopytywała zafascynowana jego opowieścią.
– W swoim domu w Krakowie, z dziećmi i mężem, razem z Piotrusiem Panem oraz Zagubionymi Chłopcami.
– Nie wszystkimi.
– Fakt, jeden się zgubił – zaśmiał się.
– Dlaczego?
Nie chciał odpowiedzieć, a ona nie miała ochoty go zmuszać do wymijających odpowiedzi.
– Wendy z moim najmłodszym bratem prowadzi obecnie salon image'u i jest uczulona na tandetę – zaśmiał się. – Wciąż wytyka, że mężczyźni są gorsi od sroki, że mają słabość do bazarówek.
– Kocham ją za to! – Agata klasnęła w dłonie.
– Jest szurnięta na punkcie mody, wyniosła, niedyplomatyczna, potrafi w minutę wszystkich do siebie zrazić, a jednak ja wciąż widzę w niej zagubioną dziewczynkę.
– Nie może być aż tak straszna, skoro Dorota się z nią zaprzyjaźniła. – Jednak nie była w stanie wyobrazić sobie Doroty spoufalonej z kimś, kogo opisał Antek.
Agata nagle uzmysłowiła sobie, że jest w lesie, tak innym od tego, w którym była wcześniej. Było jasno, kolorowo, jesiennie. Zwierząt nie było, a jednak miała wrażenie, że z uwagą ich obserwują. Wysiadła z samochodu i opierając się o maskę, z rozkoszą wdychała zapach lasu. Podbiegła do drzewa i usiadła pod nim.
– Zamawiam je – powiedziała z rozbawieniem. – Jest moje.
Antek popatrzył na nią przyjaźnie i usiadł przy drzewie oddalonym o jakieś dwa metry od tego, które ona sobie zaklepała.
– Jesteś jedyną dziewczyną, która paląc papierosa, nie irytuje mnie – powiedział, gdy ona z lubością wdychała dym.
– Lubię palić, to moja słabość. Wciąż sobie obiecuję, że postaram się zerwać z nałogiem, ale gdzieś tam, w podświadomości wciąż widzę siebie z papierosem.
– W ciemnych okularach i z burgundowymi ustami – dokończył.
Poczuła się zawstydzona, skrępowana, tym bardziej, że on też się wydawał. Na chwilę zapanowało milczenie, chyba oboje udawali, że napawają się leśnym spokojem.
– Mam stały obraz ze wszystkich imprez rodzinnych. Na ganku moja siostra z moim bratem w dymie papierosów zaciekle dyskutują o sensie i bezsensie życia, o moralności i jej braku – wybrnął z niezręcznej ciszy.
– Piotruś Pan też pali? – zapytała z satysfakcją.
– Nie. Mam jeszcze jedną siostrę – dodał.
Zastanowiła się przez chwilę. Coś jej w tej układance nie pasowało.
– To dlaczego ona nie była Wendy?
– Bo to było tak, jakby jej nie było. – Roześmiał się po swojej enigmatycznej odpowiedzi.
– Jak to? – Kompletnie nie rozumiała o czym ten mówi.
– To Znajda – mówił z rozbawieniem. – Odnaleziona dziewczynka, owoc romansu mojego ojca, o którym dowiedzieliśmy się wiele lat później.
– Mówisz to tak, jakby to było zabawne. – Nie ukrywała, że nie rozumie.
– Teraz jest, dla nas wszystkich, nawet dla mojej matki.
– Czekaj - nie mogła uwierzyć – twoja matka zaakceptowała romans twojego ojca i jego lewe dziecko? – Nawet nie siliła się na bardziej dyplomatyczne wyrażanie.
– Moja mama to ktoś niezwykle wyjątkowy, rozsądny i sprawiedliwy – powiedział z szacunkiem.
– Jestem pełna podziwu. – Patrzyła na niego z zadumą. Pomimo to nie rozumiała, co może spowodować aż taką tolerancję.
– Kocha naszą Znajdę, nauczyła nas ją zaakceptować, a potem pokochać i dziewczyna stała się jedną z nas.
Agata wsłuchiwała się w opowieść o dzieciństwie Antka. O takich historiach czytała tylko w książkach i oglądała w filmach. 
– To ile was było?
– Oficjalnie siedmioro.
– Czyli ośmioro, ze Znajdą. – Pomału zaczynała się odnajdować w zawiłościach rodu Zacharewiczów.
– Niezbadane są plemniki ojca – powiedział z powagą. – Taka jest teoria moich sióstr – zastrzegł od razu.
– Musiałeś mieć zajebiste dzieciństwo – powiedziała z zadumą.
– Nie doceniamy tego, gdy w nim uczestniczymy, ale teraz mogę powiedzieć że tak, zdecydowanie było zajebiste.
Siedział prawie na wprost niej. Niby był tak blisko, a ona była pewna, że myślami jest oddalony o setki kilometrów. Podobał jej się obraz, jaki sobą tworzył. Dorosły mężczyzna uciekający do świata dziecięcych przeżyć.
– Dlaczego wyjechałeś z Krakowa?
– Tak czasami się zdarza, że wolimy być gdzie indziej. Ty też wyjechałaś z Wrocławia. – 
Od razu rozpoznała, że to wyrwało go ze wspomnień i nie podobał mu się powrót.
– Owszem, ale ja miałam tu tylko Zuzę i Roksi.
– Przecież masz tu rodziców.
– Mam, to zbyt cenne określenie, nigdy go nie nadużywam.
Patrzyła w górę, starając się udawać pogodną. Gdzieś ponad nią majestatycznie poruszały się wielkie konary drzew.

Mam. Co mam? - Zastanawiała się, leżąc wieczorem w swoim łóżku.
Miała przyjaciół, Erica, Zuzę, Roksi, Dorotę, Zakon i coś zupełnie odrębnego - Antka i jego las. Ich las.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz