niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 18 - Niedoskonała

Nie chciała, by wszystko okazało się iluzją. Nie wierzyła, że to tylko gra. Ale jeżeli się myliła, jeżeli to jednak była nieczysta rozgrywka?
Może w ten sposób uwodził wszystkie kobiety? Nie dziwiła się, że tak ochoczo mu ulegały. Była pewna, że nigdy nie pozwoliłaby sobie na romans z nim, ponieważ był Eric, ponieważ była Dorota, ponieważ były ich dzieci. A gdyby nie było tych barier… szybko odrzuciła bezsensowne myśli, wiedząc, że prowadzą donikąd.
Przez ostatnie dni mijali się w pośpiechu. Żadne z nich nie dysponowało czasem, który pozwoliłby im się spotkać, zatrzymać dłużej, porozmawiać, a coraz bardziej jej tego brakowało.
W piątek wpadła na niego w holu. Rozmawiał przez telefon. Był roześmiany, żartował, a jego oczy miały beztroski, chłopięcy wyraz. Chciała go wyminąć. Klepnęła go porozumiewawczo w ramię, nie chcąc przerywać rozmowy, ale on ją przytrzymał za rękę.
– Mamuś, ja będę za godzinę już na pewno, niczego beze mnie nie zaczynajcie – kończył rozmowę. – Nie uciekaj – zwrócił się do Agaty.
– Nie chciałam przeszkadzać – zatrzymała się i oparła o ścianę.
– Rozmawiałem z mamą – wyjaśnił – dziewczynki wymyśliły, żeby zrobić ognisko, całe podwórze liści pozgarniały, tylko nie chcą beze mnie zaczynać – mówił z przejęciem.
Uśmiechnęła się, rozpoznając jego wielką ochotę na uczestnictwo w rodzinnej zabawie. Zastanawiała się, czy to obecność matki sprawiła, że poczuł się chłopcem, dzieckiem wręcz, czy był takim zawsze dla swoich córek. Ujmowało ją to bez względu na powód.
– To co ty tu jeszcze robisz? – ponagliła, by do nich dołączył.
– Muszę dostarczyć dokumenty Robertowi, jestem z nim umówiony – zrezygnowany wskazał na grubą zieloną teczkę.
– Rozumiem, Robert jest przy fontannie, widziałam go z okna – poinformowała.
Doskonale wiedziała, gdzie jest jej brat, bo robiła wszystko, by się z nim nie spotkać, gdyż to oznaczało kolejne obowiązki, jakie zapewne by na nią nałożył.
– Co z tym samochodem? – zapytał.
– Daj spokój, samochód może poczekać – nie miała odwagi zajmować go swoimi sprawami.
– Obiecałem. Pasuje ci niedziela? – wręcz nalegał.
– Antek naciesz się mamą, zostań w domu, z tym samochodem to naprawdę nic pilnego – czuła się niekomfortowo absorbując go sobą.
– Po pierwsze obiecałem, po drugie i tak jestem w niedzielę we Wrocławiu, po trzecie uwielbiam kupować auta, a poza tym mam dobrą płytę i chcę byś jej posłuchała – nie dawał za wygraną.
– Jaką płytę? – to ostatnie najbardziej ją zaintrygowało.
– Dobrą – w jego oczach zapaliły się psotne iskierki.
– Już nie mogę się doczekać – uśmiechnęła się wiedząc, że nie wygra z tym uparciuchem.
– W niedzielę o dwunastej. Będę czekał na parkingu – upewniał się.
– Zatem do niedzieli – uśmiechnęła się porozumiewawczo.
Wracając do swojego mieszkania czuła niepojętą zazdrość, dziwną tęsknotę za czymś, czego nigdy nie zaznała, nigdy nie pragnęła. Jego czuły ton jakim wypowiadał słowo „mamuś”, dotknął punktu, zdawałoby się, martwego w jej życiu.
– Mamuś – wypowiedziała na głos słowo, które tak bardzo utkwiło w jej głowie, zastanawiając się, czy kiedykolwiek wypowiedziała je wcześniej. Może dawno, jak była naprawdę małą dziewczynką, może kiedyś go użyła, ale nie potrafiła tego sobie przypomnieć.




Eric dzwonił do niej każdego dnia relacjonując kolejny dzień pobytu Doroty w Sztokholmie. Agata z wytęsknieniem czekała na kolejne sprawozdanie, które utwierdzało ją w przekonaniu, jak świetnym pomysłem, było wysłanie tam żony Antka. Wyrzuty, jakie ją trapiły z powodu matactwa Zuzy, odeszły w niepamięć. Utwierdziła się w przekonaniu, że cel uświęca środki.



W niedzielę od rana z niecierpliwością spoglądała na zegarek. Zadzwonił telefon i poczuła dziwny lęk. Pomyślała, że Antek postanowił zostać z rodziną.
– Cześć Ericu – powiedziała z ulgą, gdy dostrzegła na wyświetlaczu telefonu imię męża.
– Kicia, mam kaca – mówił z bólem – spiły mnie, rozumiesz, te dwie lafiryndy mnie upiły whisky i zostawiły samego.
– To zadzwoń po Anitę, niech ci jakieś tabletki przyniesie – Agata roześmiała się.
– Kicia, one sobie pojechały do domku w lesie z samego rana. Steph ma wolne, a ja umieram. Kicia, umrę tu za chwilę – wzdychał teatralnie.
– Na dole w szufladzie są tabletki – przejęła inicjatywę.
– Nie dam rady wstać – mówił z przejęciem – nie rozumiem zupełnie, jak Anita mogła tak postąpić – zdziwienie w jego głosie było dziecięco rozbrajające.
– Przesadzasz. Wstań i zejdź na dół, za chwilę będzie ci lepiej – instruowała go z rozbawieniem.
Śmiała się, słysząc przekleństwa Erica, który z trudem zwlekał się z łóżka, jego ciężkie kroki, gdy schodził po schodach, obijanie się o szafki. Patrzyła na salon we Wrocławiu i dokładnie wiedziała, w którym miejscu był.
– Podła suka – krzyknął znienacka.
– Co się stało? – zaniepokoiła się Agata.
– Bezczelna gówniara – lamentował – zostawiła kartkę, liścik.
– Jaki liścik? – spytała już spokojnym tonem.
– Podły – rzucił krótko i zaczął czytać na głos – Ericu byłeś tak wstawiony, że nie byłam w stanie cię dobudzić. Następnym razem sugeruję, byś się chociaż ubrał, jeżeli oczekujesz, że wywlokę cię z łóżka. Czekamy na ciebie w lesie, jak wydobrzejesz. Podłe, podłeee…– zakończył już własnym komentarzem.
– Jedziesz do nich? – Agata upewniła się formalnie, wiedząc że nie odpuści kolejnego dnia zabawy z dziewczynami.
– Pojadę i pozabijam, długo będę je osaczać – wygrażał. – Niech się boją.
– Wariat – skwitowała jego furię.
– Co dziś robisz, Kicia? – zapytał z zazdrością.
– Jadę popatrzeć za samochodami z Antkiem – odpowiedziała pewnie.
Nie potrafiła oszukać męża, wręcz chciała, by wiedział o tym, że Zacharewicz będzie jej towarzyszył tego dnia. Pierwszy raz bała się złośliwych plotek, więc asekuracyjnie uprzedziła męża.
– Powiedz, że jadę do lasu zamordować mu żonę – ten jak zawsze wykazywał się ogromnym zaufaniem wobec niej.
– Dobrze powiem mu – śmiała się.
– Kicia, nie kupuj niczego pochopnie. Jak będzie coś ciekawego to zadzwoń, ale dziś raczej tylko pooglądaj – doradził.
– Mówisz tak, jakbyś mnie nie znał, wiesz że nigdy niczego pochopnie nie kupuję.
– Kicia, ja zapominam jaka ty jesteś doskonała, nie możesz mnie na tak długo porzucać – jęczał niczym rozpieszczone dziecko, domagające się swojej ulubionej zabawki.
– Przypominam, że to był twój pomysł – udała obrażoną.
– Głupiec ze mnie – westchnął poddając się.
– Oj tak, kochanie, oj tak, głupiec.
– Już niedługo będę miał ciebie blisko – powiedział ściszonym, namiętnym głosem tak, że poczuła lekkie łaskotanie w dole brzucha. 
– No nie wiem, jak je dziś zamordujesz, to kilka ładnych lat posiedzisz w więzieniu – skwitowała żartobliwie.
– Myślisz, że ktoś w tym kraju odważyłby się mnie zamknąć? – zakpił.
– Masz racje, bez zastanowienia możesz je dziś zamordować – poparła jego słowa.
– I tak zrobię. Kicia nie kupuj byle czego, ja idę się kąpać.
– Nie utop się pod prysznicem, kocham cię.
– Kicia, to ja ciebie kocham.
– Nie, ja ciebie.
– Ty nie, ja.
Agata śmiała się stojąc przy oknie, nie mogąc skończyć przekomarzać się z Erikiem.
Zobaczyła samochód Zuzy i poczuła lęk.
– Ericu, muszę kończyć, Zuza przyjechała – powiedziała w pośpiechu, rozłączając się.
Ogarnęła ją niepewność i zakłopotanie. Co powinna zrobić, może udać, że nie ma jej w domu? Nie, to było bezsensowne. Przecież nic złego nie robiła. Nic, co powinna była zataić, ukryć. Przecież wiedział o tym Eric i zapewne dowie się Dorota, nie powinna widzieć w tym nic dziwnego również Zuza. Tyle, że przyjaciółka wiedziała więcej niż tych dwoje i niekoniecznie mogła uznać to za niewinną przysługę. Agata walczyła z emocjami, jakie ją ogarnęły.
Mogła wmówić wszystkim, że jazda po komisach jest czymś normalnym, jednak to na co liczyła, czyli wycieczka do lasu, nie mogła mieć tego samego znaczenia, nie była wydarzeniem z przypisaną mu znaczącą funkcją. Zatem…



Zuza tak łatwo dała się oszukać, tak bardzo pozwoliła Agacie siebie omamić.
Zjeżdżając windą na parking ze smutkiem i pogardą patrzyła na swoje odbicie. Nie chciała być taka, żadne wytłumaczenia nie miały sensu. Jednak skłamała, oszukała, dla tych kilku chwil beztroski, dla lasu, dla siebie.
Gdy drzwi windy się otworzyły i zobaczyła na parkingu niepewnie przyglądającego się im Antka jej wyrzuty zaczęły rozpływać się, blaknąć, chowając się w oddali.
Wsiadła do samochodu i bez zastanowienia włączyła odtwarzacz.
– Co to jest? – zapytała słysząc zupełnie nieznaną jej muzykę.
– Płyta wygrzebana przez moją siostrę.
– Hm, polska, rockowa, coś niebywałego! Czyżbyś próbował mnie przekonać, że twoje uprzedzenia to tylko mój wymysł? – kpiła.
– Jak widzisz – odpowiedział w podobnym tonie.
– Co to za kapela?
– Energy – powiedział po lekkim zastanowieniu.
– Pierwszy raz słyszę tę nazwę – z zainteresowaniem oglądała okładkę płyty.
– Też ich nie znałem.
– Piotruś Pan czy Znajda ich wynalazła? – zapytała lekko.
– Piotruś Pan – odpowiedział rozbawiony.

Oglądała dziesiątki samochodów, w pierwszej kolejności sugerując się wyglądem auta, ale Antek każde z nich jej odradzał, wymieniając przeróżne powody. Imponował jej swoją wiedzą o motoryzacji. Z zaangażowaniem i poświęceniem podwijał rękawy ciemnej koszuli i brudząc sobie ręce grzebał pod maską samochodu. W każdym kolejnym komisie, uświadamiała sobie, jak ciężko jej będzie w oszczędny sposób kupić samochód.
– A czym jeździsz w Sztokholmie, bo zakładam, że masz tam samochód – zapytał, gdy wychodzili z jednego z komisów.
– Najczęściej jeżdżę rowerem – odpowiedziała, nie chcąc wymieniać marki samochodu stojącego na parkingu hotelu.
– Rowerem? – zatrzymał się, zdziwiony patrząc na Agatę.
– Taką starą kozą, dostałam ją w prezencie od ojca Erica, mam ogromny sentyment do tego roweru – dodatkowo podkręciła jego zaskoczenie.
– Jesteś naprawdę nieźle pokręcona – objął ją swobodnie.
– Zamontował mi taki wielki kosz i jeżdżę nim po bułki rano – mówiła, starając się nie zwracać uwagi na jego ramię. Uwielbiała swój stary rower i z wielkim rozrzewnieniem we wspomnieniach wracała do chwili, gdy Henry jej go sprezentował. Doskonale wiedział, że ten prezent sprawi jej wielką frajdę.
– Pani Zimmer sama robi zakupy – żartował.
– Zaczynasz? – ostrzegła robiąc groźną minę, uwalniając się tym samym z krępującego ją objęcia.
– Dobra, pasuję – powiedział, wsiadając do samochodu.
Jechali do następnego komisu, gdy Agata zobaczyła ich. Zamarła.
– Zwolnij – powiedziała oszołomiona, nie potrafiąc oderwać wzroku od widoku swoich rodziców z dwójką chłopców.
Zobaczyła matkę pierwszy raz od tak wielu lat. Była starsza, dużo starsza od tej, której obraz tkwił w jej wspomnieniach. Szła w tłumie ludzi, których Agata znała. Pamiętała swoje coniedzielne marsze w ich gronie. Chłopcy o coś pytali, a ona porozumiewawczo patrząc na męża, z trudem opanowując śmiech, odpowiadała. Była inna, ciepła, pozbawiona piętna, rys zakłamanej manipulantki. Te ich spojrzenia, delikatne uśmiechy.
Chciała wybiec z samochodu, przytulić, posłuchać z czego się śmieją, usłyszeć ich głos. Została, patrząc, jak znikają w małej uliczce. Nie odważyła się popsuć obrazka, być skazą, defektem słonecznego dnia. Zostawili ją w samochodzie, ukrytą za ciemnymi okularami i oczyma pełnymi łez.
Antek o nic nie pytał, w milczeniu zmienił trasę i wyjechał za miasto.
Gdy wysiadała z samochodu, w środku lasu była już o wiele spokojniejsza. Jednak obraz, jaki zobaczyła, wciąż powracał.
Dotknęła swojego drzewa na przywitanie, delikatnie głaszcząc jego korę.
– Cześć, dryblasie – przywitała się ze śmiechem przez łzy.
Usiedli i w ciszy napawali się świeżością lasu, kolorami, miękkością liści.
Antek nic nie mówił, nawet na nią nie patrzył, dając jej odczuć, że niczego nie musi wyjaśniać, nic mówić.
Zapaliła papierosa.
– To byli moi rodzice – odezwała się po długiej chwili – matki nie widziałam kilka lat, ojca ostatni raz w kwietniu.
Pokiwał tylko głową. Próbowała odczytać z jego twarzy czy jest to znak zrozumienia, czy też zażenowania, ale niczego nie wywnioskowała.
– Pewnie dla ciebie jest to czymś niezrozumiałym, być w mieście i nie odwiedzić rodziców, ale i ja tak naprawdę ich nie mam, są dla mnie zupełnie obcymi ludźmi. Choć zdawało mi się, że znam ojca, to jednak myślę że nie, nawet jego nie znam – mówiła w zamyśleniu.
– Jak nie chcesz, nie musisz mi o tym mówić – odezwał się patrząc na nią.
– Nie wiem, czy chcę o tym mówić, najchętniej wymazałabym ich obraz z pamięci, ale niestety tak się nie da.
– Każdy ma jakieś obrazy do wymazania – wyznał w zamyśleniu.
– Pewnie tak – zdjęła okulary i próbowała w ich odbiciu zetrzeć czarne smugi, które pozostawił pod oczyma czarny tusz do rzęs.
– Daj spokój, w samochodzie się poprawisz – powstrzymał jej bezsensowne próby.
– Wyglądam żałośnie – powiedziała nakładając okulary na włosy.
– Jest dobrze – uśmiechnął się delikatnie, starając dodać jej tym otuchy.
– Jak w piątek rozmawiałeś ze swoją mamą przez telefon, powiedziałeś do niej ‘mamuś’ – zamyśliła się. – Było niezwykłe, usłyszeć to słowo z ust dorosłego mężczyzny. Słowo, które nigdy nie zostało przeze mnie wypowiedziane. To dziwne nigdy nie powiedzieć do swojej matki ‘mamusia’, co? – zawstydzona spojrzała mu w oczy.
– Może nie pamiętasz? – powiedział bez cienia oburzenia.
– Może nie pamiętam – przytaknęła – ale i tak jest to dziwne, nienawidziłam mojej matki, nie chciałbyś wiedzieć, jakimi słowami ją określałam. Wychowałam się bez niej, obok niej. Była koszmarem mojego życia, mojej młodości. Tak naprawdę wychowała mnie Roksi, to ona wyjaśniła na czym polega dorosłość, wybory, odpowiedzialność.
– Matka Zuzy? – upewnił się.
– Tak, to niezwykła osoba, która miała ogromny wpływ na mój rozwój, kształtowanie się światopoglądu. Nauczyła nas, że możemy być inne, dopóki tylko wierzymy w nasze ideały, dla których nawet można zabić. I tak zrobiłam. Zabiłam moją matkę dla siebie. Kiedyś nazwała Roksi narkomanką i rozpustnicą, ale dla mnie to było nie do przyjęcia, nie mogłam pozwolić, by tak ją nazywała. Owszem, Roksi nigdy nie była wzorem cnót, ale miała zasady. Jej życie zaświadczało o tym: było piękne i dostojne. Ona pozwalała każdemu być szczęśliwym i mnie tego uczyła. Wtedy w zasadzie przestałam mieszkać w domu, przeniosłam się do nich. W domu bywałam tylko po to, by pokazać, że żyję. Jak wyjechałyśmy na studia do Poznania, nie pokazywałam się wcale. Weekendy we Wrocławiu spędzałam u Roksi, robiąc wszystko, by przypadkiem nie natknąć się nigdzie na nikogo z rodziny, a już na pewno nie na brata. Potem poznałam Erica, wyjechałam do Sztokholmu. W domu pokazałam się tylko dwa razy, a teraz jestem od kilku miesięcy we Wrocławiu i wciąż nie mam ani ochoty, ani odwagi spotkać się z matką.
– Bardziej ochoty czy odwagi? – spytał z powagą, wpatrując się w nią wnikliwie.
– Nie wiem, chyba boję się starcia z własnymi przekonaniami, bo jeżeli okaże się, że to ja popełniłam błąd i w swoim zacietrzewieniu i buncie czegoś nie dostrzegłam, coś przeoczyłam, a tak raczej jest. Dziś nie widziałam w niej zakłamanej, obłudnej kobiety, która swoimi chorymi urojeniami zepsuła mi dzieciństwo. Dziś widziałam babcię, taką jaką powinien mieć każdy: ciepłą, szczerą i mądrą.
– Musisz to sprawdzić – zachęcał – Agata, dopóki się nie przekonasz, będzie ci to doskwierało – przekonywał ją, poruszony tym, co przed chwilą usłyszał.
Uświadomiła sobie, że faktycznie ma dość uciekania, uników by nie spotkać swoich rodziców, nikogo z rodziny, by ktoś zadawał jej niewygodne pytania. Proste zakupy w markecie były dla niej męką. Rozwiązanie było, tyle że wymagało wielkiego poświecenia.
– Chyba poproszę Ulkę, by zaprosiła mnie na rodzinny obiad, ale poczekam z tym na Erica, będzie mi raźniej, chociaż może lepiej nie – rozmyśliła się po chwili – Eric potrafi czasami dać niezły popis. Jeszcze to przemyślę.
– Zadzwoń teraz do Ulki – doradził. – Jak się teraz rozmyślisz nie zrobisz tego, będziesz na nowo odwlekać – nalegał.
Pobudzona jego słowami sięgnęła po swoją komórkę.
– Nie mam zasięgu – powiedziała z ulgą, spoglądając na swój telefon.
– Zrobisz to dziś? – naciskał.
– Postaram się – obiecała – kurczę, wszystko popsułam, wcale dziś nie było wesoło – próbowała zmienić ton rozmowy.
– Nie zawsze musi być wesoło – powiedział, łagodnie patrząc jej w oczy.
– Dzięki – powiedziała szczerze, próbując wstać spod drzewa.
– Od tego ma się przyjaciół – powiedział podając jej rękę i pomagając podnieść się z ziemi.
Tak bardzo chciała mu uwierzyć, pragnęła mieć go za przyjaciela i tak go postrzegać.
Gdy wyjechali z lasu Antek zatrzymał się na pierwszym parkingu.
– Co się stało? – zapytała zaskoczona nietypowym postojem.
– Dzwoń – nakazał patrząc na nią wyczekująco.
– Zadzwonię z domu, obiecuję.
– Nie zrobisz tego i doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Dzwoń – pouczał ją niemal po ojcowsku.
Patrzyła w przerażeniu na niego, ale nie zamierzał odpuścić. Z rezygnacją wyciągnęła telefon, odnalazła numer Ulki i wpatrywała się w słuchawkę, nie mogąc zdecydować się na wybranie numeru. Antek delikatnie wyjął jej telefon z rąk i wcisnął zieloną słuchawkę, podstawiając jej do ucha.
– Cześć, Agata – usłyszała głos bratowej.
– Cześć Ula – mówiąc to posłała Antkowi pełne rozpaczy spojrzenie, na co on tylko zaśmiał się cicho.
– Stało się coś? – zapytała z przejęciem wyczuwając napięcie w głosie Agaty.
– Nie nic, tak dzwonię – wycofywała się, ale Antek wymownie na nią spojrzał, nie dając szans na poddanie. – W zasadzie, to coś się stało – poddała się pod naporem jego wyczekującego spojrzenia.
– Mów – powiedziała zaniepokojona Ulka.
– To dość nietypowa prośba – nabrała powietrza – dziś widziałam rodziców z twoimi dziećmi, jak wracali z kościoła i tak pomyślałam, że chyba czas się z nimi spotkać. Nie chciałabym nagle przypadkowo wpaść na nich w markecie. Pomyślałam, że może wprosiłabym się do was na jakiś rodzinny obiad – nie ukrywała zakłopotania.
– Agata, nie ma sprawy – Ulka tradycyjnie starała się być profesjonalnie obojętna – w zasadzie to jest okazja. Mateusz ma w czwartek urodziny, więc byłoby miło, gdybyś przyszła na imprezę urodzinową, chłopcy bardzo chcą cię poznać.
– Jestem fatalną ciotką, nie znam nawet swoich bratanków – powiedziała ze skruchą.
– Nie przejmuj się tym, oni ciebie znają z opowiadań Roberta. Wiedzą, że jesteś bardzo zajęta – jak zwykle dyplomatycznie tłumaczyła Ulka.
– Zaczynam się bać, skoro znają mnie z opowiadań Roberta – powiedziała robiąc duże oczy, do Antka.
– Myślę, że byłabyś naprawdę mile zaskoczona, słysząc wspomnienia brata.
– Oj, wątpię, ale ok, uprzedź ich, że będę. Nie chcę, by matka padła trupem na mój widok – rzuciła prawie lekko, próbując rozładować napięcie.
– Nie ma sprawy – rzeczowo zakończyła rozmowę bratowa.
Patrzyła z niedowierzaniem na Antka.
– Zrobiłam to – powiedziała z przejęciem, gdy Ulka się rozłączyła.
– Dzielna dziewczynka – pogłaskał ją po głowie.
– Cholera, zrobiłam to – mówiła z niedowierzaniem, nie zwracając uwagi na jego ojcowski gest.
– Widzisz, od razu czujesz się lepiej – był usatysfakcjonowany, kiedy zrozumiała, że to on zmusił ją do tego wszystkiego.
– Byle do czwartku – wzięła głęboki oddech – jak to przejdę, to dopiero wtedy poczuję ulgę – mówiła z przejęciem. – Jej, Mateusz – zamyśliła się przez moment – to zdaje się ten starszy? Tak, na pewno – upewniała samą siebie. – Czym bawi się ośmiolatek?
– Nie pytaj mnie, mam trzy córki, jakbyś zapomniała, wzorowa ciotko – żartował.
– Jesteś wredny – klepnęła go w ramię.
– A ty cała brudna – odsłonił przed nią lusterko.
Faktycznie cały tusz, jaki miała na rzęsach, spłynął pod oczy, a nawet na policzki pozostawiając czarne smugi.
– W lesie mówiłeś, że dobrze wyglądam – z przejęciem ścierała chusteczką, zastygły tusz.
– Nie kopie się leżącego – naigrywał się, po czym podał jej opakowanie nawilżonych chusteczek, które skuteczniej usuwały makijaż.
– Skąd wiedziałeś, że nie zadzwonię? – dopytywała infantylnie.
– Po prostu wiedziałem – wzruszył obojętnie ramionami.
– Jestem tragiczna w każdej dziedzinie, a szczególnie w relacjach z ludźmi, kulę ogon i uciekam, taka moja natura – rozprawiała sztucznie naturalnym tonem.
– No, jesteś nieźle popaprana, do tego głodzisz się, to taka pokuta? – zapytał mierząc ją, swoim chłopięcym spojrzeniem.
– Nie głodzę się – obruszyła się. Próbując dociec sensu jego wypowiedzi, złapała się za pas spodni, upewniając się, czy w tym całym zabieganiu za bardzo nie schudła. Ale nie. Dziurki paska w zasadzie były nienaruszone. Nauczona życiem w pośpiechu zawsze pamiętała o tym, jak ważne są posiłki, których nigdy nie odkładała na później.
– To dlaczego nie zjadłaś dziś obiadu? – śmiał się z niej.
– Cholera, faktycznie, nie zjadłam – dopiero wtedy poczuła głód – ty też nie zjadłeś.
– Zjadłem ogromne śniadanie, ale powoli przestaje ono mi starczać.
– Stawiam obiad – powiedziała bez zastanowienia. – Na co masz ochotę?
– Na kopytka mamy – powiedział rozmarzony.
Nie pamiętała, kiedy ostatni raz jadła kopytka. Poczuła tak wielki głód i ochotę na właśnie to danie, że zaburczało jej w żołądku.
– Chcesz wracać do domu? – z trudem udało jej się ukryć żal. Rozumiała jego decyzję, bo sama oddałaby naprawdę wiele, żeby zjeść ciepły domowy obiad. Ponadto miała świadomość, że w domu czeka na niego rodzina.
– Nie, pomyślałem że ty mi zrobisz kopytka – żartował.
– Ja? Antek ja ledwo potrafię wodę zagotować. Ustaliliśmy, że jestem fatalna w każdej dziedzinie, nie oczekuj ode mnie tak wielkich rzeczy – powiedziała ze wstydem.
– Znam dobrą restaurację, kobieto fatalna – powiedział włączając silnik.
Nie pytała dlaczego nie jadą do meksykańskiej, nie pytała dlaczego restauracja jest tak bardzo na uboczu, nie pytała ile kobiet wcześniej tam przywoził. Usiedli przy stoliku przy wielkim oknie. Długo wczytywała się w kartę dań, nie mogąc znaleźć chociażby substytutu obiadu, na jaki miała wielką ochotę. Zrezygnowana zamówiła żurek i placek po węgiersku, na który namówił ją Antek.
– Tam za drogą w lesie buduje się nowe osiedle – wskazał na drogę szybkiego ruchu – osiedle nazywa się Chłopki.
Spojrzała na las rozpościerający się po drugiej stronie ulicy.
– Jak? – roześmiała się z niedowierzaniem.
– Chłopki – powtórzył przyglądając się jej rozbawieniu.
– Rewelacja, mieszkam w Chłopkach czy na Chłopkach? – zadała pytanie z dziewczęcym uśmiechem.
– Mieszkasz w hotelu póki co – rzucił.
– I co z tymi Chłopkami? – dopytywała, chciwie zajadając zupę.
– Zastanawiam się nad kupnem tam mieszkania – zdradził.
Ponownie spojrzała na gęsty las, nie potrafiąc nawet odgadnąć, gdzie jest wjazd na plac budowy, ponieważ tak gęsto rosły tam drzewa.
– Mieszkał byś w Chłopkach czy na Chłopkach? – droczyła się, z uporem zadając to samo pytanie.
– Nie mieszkałbym tam, wynająłbym je, ale nie wiem, czy ludzie wynajmują mieszkania z dala od centrum, w lesie.
– Ja je wynajmę, będę tam uciekać od hotelu, mieszkanie w lesie na Chłopkach – zamyśliła się. Zapaliła się do nowego pomysłu. Mieszkanie w lesie z dala od zgiełku miasta, byłoby większą imitacją jej małego domku, o którym skrycie marzyła.
– Trzeba spory kawałek przejechać przez las – uprzedził.
– Acha – odparła zrezygnowana – to raczej nie dla mnie. Od razu straciła swój zapał.
– Co się wydarzyło, że masz te lęki? – spojrzał na nią z pełnym zaciekawieniem.
– W zasadzie nic, po prostu pewnego dnia obudziłam się i wiedziałam, że nie odważę się samotnie podróżować po odległych terenach – odpowiedziała to co zawsze, gdy już trafił się ktoś, kogo jej lęk zaciekawił. Jednak do tej pory pytali o to ludzie zupełnie jej obojętni, Zacharewicz do nich nie należał – ale skończmy z moimi ułomnościami, zbyt wiele ich dziś przed tobą odkryłam.
– Masz ich jeszcze więcej? – jego zaciekawienie jej osobą stawało się dla Agaty powoli niezręczne.
– Znalazło by się jeszcze to i owo – zapewniła. – Jaka jest twoja mama? – spytała bez zastanowienia, chcąc jak najszybciej rozmowę sprowadzić na inne tory.
– Moja mama? – był zaskoczony. – Moja mama jest naprawdę wyjątkowa – odpowiedział pewnie po chwili – jest niezwykle ciepła, odważna, sprawiedliwa i ma rentgen w oczach.
Na nowo stawał się chłopcem.
– Jak to? – zapytała spokojnym głosem, jakby faktycznie chciała dotrzeć do niego, jako dziecka.
– Nic się przed nią nie ukryje, prześwietla każdego w jednej chwili, zresztą tak jest do dziś, nawet nie próbujemy jej oszukać – zamyślił się z lekkim uśmiechem.
– Żartujesz? – wpatrywała się w niego z przerażeniem.
– Niestety nie, moja siostra wypróbowywała na niej przeróżne sztuczki, ale nigdy nie dała się oszukać, a uwierz jest mistrzynią manipulacji i kokieterii, nas owijała sobie wokół palca z łatwością.
Agata wracając do hotelu wiedziała, że ze wszelkich sił musi unikać starcia z Barbarą Zacharewicz, kobietą, która jednym spojrzeniem odkryje jej prawdziwe oblicze.
– Pożyczysz mi tę płytę? – spytała, gdy byli na parkingu hotelowym.
Wyciągnął bez słowa i podał jej z tajemniczym uśmiechem.
Spojrzała na nią i na wierzchu dostrzegła napis „dla Agaty”.
– Dzięki – uśmiechnęła się porozumiewawczo – prawie jak „dla Elizy”.
– Prawie – zatrzymał ją silnym spojrzeniem, jednak ona udała, że tego nie zauważa.
Gdy zamknęły się drzwi od windy, coś co zdawało się odejść, rozpłynąć, wróciło ze zdwojoną siłą, czekało tam, gdzie je pozostawiła. Wracając na górę nie miała odwagi spojrzeć na swoje odbicie, tak bardzo nie chcąc zmierzyć się z samą sobą. Wszystkich mogła oszukać, wszystkim wmówić, że to wszystko nic nie znaczy. Lecz ona sama niestety, nie była tak łatwowierna.



– Roksi, mogę dziś u ciebie spać? – zapytała stojąc na werandzie domu przyjaciółki, z błagalnym spojrzeniem patrząc na kobietę, której twarz zdradzała brutalny upływ czasu.
– Jasne, wchodź – Roksi wpuściła ją do domu – co się stało? – uważnie ją obserwowała.
– Nic i wszystko – powiedziała zrezygnowana, siadając przy kuchennym stole – widziałam dziś moich rodziców, spotkam się z nimi w czwartek na przyjęciu urodzinowym mojego bratanka.
Roksi troskliwie pogłaskała ją po dłoni. Zrobiła jej kubek gorącej herbaty, dwie kanapki z miodem, siadła za stołem i z przenikającym spokojem patrzyła na nią.
– Dasz radę, zobaczysz – zachęcała.
– Pewnie dam – powiedziała tonem, który bardziej miał przekonać ją samą niż matkę Zuzy.
– Jest coś jeszcze – zauważyła Roksi.
– Z tym też dam sobie radę – zapewniła.

Leżąc w objęciach Roksi, nawijając sobie na rękę jej gruby warkocz, niegdyś kruczoczarny, czuła jak wszystko staje się błahe, nic nieznaczące.
– Mamusia – wymamrotała do niej przed snem, zupełnie nieświadomie.



Kolejne dni nie pozwalały jej na zbytnie roztkliwianie się nad sobą. Nie miała czasu myśleć o czymkolwiek oprócz odbiorów, które zdawały się trwać w nieskończoność. Robert nie odpuścił jej żadnego, wymuszając obecność pomimo, że pełniła na nich tylko rolę statysty.
W środę pod wieczór zadzwoniła jej komórka.
– Schodź na dół, mam tylko godzinę – usłyszała głos Antka.
– O czym ty mówisz? – zmarszczyła nos, nie potrafiąc pojąć, o co mu chodzi. Nie rozumiała, dlaczego w chwili gdy miała szansę odpocząć i złapać oddech, on próbuje wyciągnąć ją z domu.
– Szybko, zbieraj się. Wiem, co kupić ośmiolatkowi – przekonywał zafascynowany.
– Komu? – zupełnie nie odnajdowała sensu w jego słowach.
– Jutro czwartek – przypomniał.
– Cholera – syknęła uświadamiając sobie, że faktycznie zapomniała o prezencie. – Już schodzę – odpowiedziała bez zastanowienia.
W pośpiechu zabrała ze sobą torebkę i wbiegła do windy. Biegła w pośpiechu do jego samochodu.
– Zapomniałam, że dziś już środa – powiedziała zdyszana na powitanie.
– A gdyby był czwartek?
– Byłabym usprawiedliwiona – obojętnie wzruszyła ramionami.
W sklepie okazało się, że chłopców interesuje wszystko. W tysiącach akcesoriów nie mogła zdecydować się na jedną rzecz. Antek na dziale chłopięcym bawił się praktycznie każdą zabawką. Czuła na sobie poirytowane spojrzenia personelu, jednak nie miała ochoty przerywać mu zabawy, pozwalając rozkapryszonemu chłopczykowi, w którego niespodziewanie się zmienił, na wygłupy. Dopiero gdy podeszła do kasy i zapłaciła za prezenty, podejście sprzedawców zmieniły się diametralnie. Wychodziła z torbami pakunków dla bratanków.
– Zamierzasz im to wszystko dać jutro? – zapytał z sarkazmem przejmując od niej większą część toreb.
– Pewnie, niech chociaż ktoś w tej rodzinie o mnie dobrze myśli.
– Wariatka – pokręcił głową.
– To prezenty za każde urodziny, na których mnie nie było, myślę, że dzieciaki łykną ten blef – pokiwała głową upewniając się co do swojej pomysłowości.
– Zamierzasz tak odpokutowywać swoje winy – pytał otwierając przed nią drzwi do samochodu.
– Jakby dało radę kilkoma gadżetami je odkupić, to czemu nie, ale chyba tak się nie da? – zrezygnowana zmarszczyła nos.
– Raczej nie, sam chętnie bym tak się wybielił – powiedział z powagą.
– Ty? A myślałam, że obcuję z człowiekiem bez skazy - idealnym mężem, ojcem, synem – prowokowała.
– Naprawdę tak o mnie myślisz? – był szczerze zdumiony.
– No już nie, skoro masz co odpokutowywać, ale zawsze możesz mi o tym poopowiadać, chętnie poznam twoje grzechy, synu – ironizowała.
– Pewnie byś się zdziwiła – patrzył jej w oczy z lekką obawą. Ta skrucha, którą nagle okazał nawet ją zaintrygowała. Z coraz większym trudem przypominała sobie, o wizerunku jaki wyrysowała jej Zuza.
– Przebiłbyś mnie? – z niedowierzaniem zakpiła.
– Twoje grzechy są niczym przy moich – powiedział zamyślony.
– Brzmi to intrygująco. Kup kilka miśków, przeprowadź staruszkę przez jezdnię i porzuć złą drogę – parodiowała.
– Porzuciłem – zapewnił oddalony myślami bardzo daleko.
Czuła satysfakcję, ale nie mogła jej okazać. Pragnęła mu wierzyć, ale miała zbyt wiele danych, by nie dać się temu zwieść.
– To jesteś lepszy ode mnie, ja dopiero wkraczam na nową drogę, ale jutro mogę już na niej nie być, wystarczy mała prowokacja w wykonaniu mojej mamy – powiedziała wychodząc z samochodu.
– O której jutro ta impreza? – zawołał za nią.
– A co, wybierasz się ze mną? – śmiała się, próbując zabrać się z wszystkimi prezentami.
– Nie, dopilnuję tylko, byś tam dojechała.
– Bez obaw, poradzę sobie – próbowała go zbyć.
– Nalegam, nie pozwolę ci się wycofać – był trudnym adwersarzem.
– O siedemnastej wybije godzina zero – poddała się.
– Będę po ciebie o szesnastej trzydzieści, do jutra – krzyknął odjeżdżając, nie pozwalając jej na jakiekolwiek negocjacje.
Następnego dnia nie potrafiła być już beztroska. Przymierzała dziesiątki ciuchów, nie potrafiąc się na żaden zdecydować. Po raz kolejny zmieniała uczesanie, tak jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Pełna obaw zjeżdżała windą z nadzieją wypatrując Antka na parkingu.
– Gdzie masz prezenty? – zapytał zrezygnowany.
– Zapomniałam, cholera – cofnęła się do windy – To ze stresu – tłumaczyła się.
– I zmień tę sukienkę, wyglądasz jak pieprzona guwernantka – rzucił rozkazująco.
– To źle? – zdziwiona wpatrywała się w niego. Spojrzała na swoje odbicie w szybie samochodu i nie rozumiała, co może mu się nie podobać w szarej sukience z żabotem.
– Wyglądasz, jakbyś się przebrała.
– Dobra – odpowiedziała bez oporu, tyle że dalej nie miała pojęcia, co założyć.
W pośpiechu wkładała sukienkę, którą zakładała na większość spotkań biznesowych.

Nic nie mówiła przez całą drogę w skupieniu obserwowała drogę, marząc, by cel do jakiego zmierza był na Księżycu, a najlepiej jeszcze dalej, tak by dotarcie do niego zajmowało lata.
– Popraw usta, niech ślad twojej szminki pozostanie na policzkach wszystkich ciotek i wujków – podpowiedział w teatralnym uniesieniu.
– Przestań, ja się staram wyglądać jak najbardziej asekuracyjnie, a ty tylko prowokujesz – mówiła z coraz większym zdenerwowaniem w głosie.
– Dasz radę, wysiadaj – popędzał ją.
– Poczekaj jeszcze sekunda – opierała się – muszę założyć swoja maskę – robiła wszystko by się skoncentrować.
– Jaką znowu maskę?
– Tę – powiedziała z dumą i obojętnością, twardej kobiety gotowej na każde starcie, z podniesioną głową wychodząc z samochodu.
– Dobre. Tak trzymaj! – krzyknął za nią.
Nie odwróciła się, ponieważ kobieta-cyborg nie mogła mieć słabości, nie mogła schować się w samochodzie i błagać, by jego kierowca zabrał ją stamtąd daleko, bardzo daleko... do lasu.



Ulka wyszła jej na spotkanie, kiwając na powitanie głową w kierunku Antka, który nie zdążył odjechać spod domu.
– Bałam się, że nie przyjedziesz – powiedziała z przejęciem, przytulając ją.
– Naprawdę? – Agata udała zaskoczoną. Do samego końca wahała się, czy powinna naruszyć zastany stan rzeczy. Obejrzała się za siebie, ale samochodu Antka już nie było, więc nie było ucieczki.
– Już wszyscy są, wchodź do środka – wprowadziła ją.
– Jej, gwarno tu – starała się być obojętna na głosy dochodzące z salonu. Nie znała domu brata. Nie wiedziała czyją pasją są czarnobiałe artystyczne fotografie wywieszone w korytarzu.
– Chłopcy! – zawołała Ulka synów, którzy ze skrępowaniem pojawili się w holu i nieśmiało na nią spoglądali.
– Cześć, chłopcy – podała im rękę na przywitanie – jestem waszą ciotką.
Poczuła wzruszenie patrząc im w niebieskie oczy. Byli zdecydowanie bardziej podobni do Roberta, jedynie jasne mocno kręcone włosy były spuścizną po Ulce.
Podała im pakunki, po których otrzymaniu widziała, jak bardzo zapunktowała w oczach podekscytowanych bratanków.
Przed wejściem do salonu spojrzała w lustro, by upewnić się, że maska jest na swoim miejscu. O tak, mocno pomalowane usta były dobrym punktem, pomyślała patrząc na burgund swoich warg. Nadawały jej twarzy wyraz stuprocentowej pewności siebie. I tak miało być.
– Dzień dobry – powiedziała głośno stojąc w progu.
I pomimo, że czuła wręcz kłujące jej ciało ciekawskie spojrzenie wszystkich w salonie, z pewnością podeszła do rodziców całując ich na powitanie.
– Cześć tato – pocałowała ojca.
– Córeczko – przytulił ją z ogromną czułością.
– Witaj mamo – pocałowała ją.
– Dobrze wyglądasz – powiedziała do niej matka, z wymuszona łagodnością.
– Ty również – uśmiechnęła się lekko do matki, która jednak nie potrafiła tym samym jej się odwdzięczyć. Była dużo bardziej spięta niż Agata, a może po prostu zgubiła maskę.
Co chwilę przyłapywała matkę na ukradkowych spojrzeniach w jej kierunku, zresztą ona robiła to samo.
Usiadła obok ojca, który z nieukrywanym wzruszeniem wciąż na nią patrzył.
Cieszyło ją, że była tam również rodzina Ulki, jej siostry z dziećmi, co rozładowywało atmosferę.
– Agata – zawołał ją Robert – możesz nam pomóc w kuchni?
– Jasne – poderwała się od stołu i poszła za bratem.
– Masz – podał jej kieliszek wódki – sobie również nalewając.
Bez słowa przechyliła kieliszek, zapijając go sokiem, który postawiła przed nią Ulka.
Nie pytając nalał kolejny – i powtórzyli, patrząc sobie porozumiewawczo w oczy.
– Dzięki – powiedziała z nieukrywaną ulgą.
– Masz gumę – Ulka podała jej pastylkę.
Robert podał jej liść pietruszki i uśmiechnął się porozumiewawczo, ale nie mogła sobie przypomnieć, co jej sugeruje. Dopiero gdy zaczęła przeżuwać pietruszkę, przed jej oczyma pojawił się jak za mgłą obraz z dzieciństwa. Ten smak, Robert, wspomnienie z innego życia zaczęło do niej powracać. Ile mogła mieć wtedy lat, może jedenaście, na pewno była mała, zbyt mała by kosztować alkoholu, ale wtedy zdawało jej się, że jest wystarczająco dorosła. Wypili po łyku wina, po czym cali przejęci próbowali zabić smak trunku i wtedy Robert wcisnął jej do ust pietruszkę przekonując, że to pomoże. I pomogło.
Ciężko było wrócić do rzeczywistości, do dorosłości, do życia, w którym stali się sobie tak bardzo obcy.
Gdy wróciła do pokoju, jej miejsce było zajęte przez młodszego z chłopców, z zafascynowaniem pokazującego dziadkom prezenty.
– Igor – upomniała go Ulka i chłopiec szybko zszedł z miejsca, ale Agata nie usiadła przy ojcu, a skorzystała z wolnego krzesła przy matce.
– Piękne prezenty – powiedziała ta do Agaty siląc się na szczerość, ale ona i tak wyczuła kryjący się w tym sarkazm.
– To tylko przedmioty, ale potrafią zadowolić dzieci – powiedziała cicho, jednak wywołała na kobiecie trudne do ukrycia wrażenie.
– Zmieniłaś się – powiedziała do niej cicho matka.
Agata z trudem powstrzymała się by odpowiedzieć, że nie może tego wiedzieć, że nigdy jej nie znała, że nie ma prawa tego oceniać.
– Ty też – odpowiedziała tylko.
– Gdzie twój… mąż? – zapytała z oporem nazywając Erica mężem, za którego go nie uważała, ponieważ wzięli tylko ślub cywilny.
– Przyjedzie niedługo, niestety musieliśmy się podzielić obowiązkami i na jakiś czas rozłączyć – wyjaśniła dyplomatycznie.
– Jesteś szczęśliwa? – zapytała ją z ogromnym trudem.
– Tak, bardzo – mówiąc to spojrzała jej w oczy, pierwszy raz od tak dawna.



Wróciła do domu taksówką. Gdy wysiadała przed hotelem rozpoczynały się wiadomości, była dokładnie godzina dwudziesta druga, ta po której nie wypadało nikogo zadręczać telefonami. Na sekretarce miała nagrane kilka wiadomości; od Zuzy, Roksi i Erica.
Wybrała numer męża.
– Kicia, gdzie ty się podziewasz? – pytał z pretensją.
– Nie uwierzysz, byłam na spotkaniu rodzinnym – powiedziała z dumą, której on nie potrafił zrozumieć.
– To miłe Kicia, miłe – przytakiwał – ale ja potrzebuję twojej pomocy, na gwałt.
– Co się stało?
– Jutro jest bal na statku, a wiesz, że ja bez ciebie nie potrafię na nic się zdecydować, powiedz co założyć frak czy zwykły garnitur?
Eric swoją niezaradnością rozbrajał ją zawsze, nawet teraz jego problem z ubiorem zatarł wszelkie inne. Z jednej strony cieszyło ją zaufanie w kwestii ubioru, jakie jej okazywał, gdyż niejednokrotnie był pośmiewiskiem wśród znajomych, gdy samodzielnie komponował strój.
– Kto będzie? – zapytała rzeczowo.
– Wszystkie stare kotlety – powiedział z pogardą.
– Włóż frak, trochę je podgrzejemy – zaśmiała się – i nie pij z nimi, pamiętaj, że to nie jest towarzystwo dla ciebie – upomniała. Chciała mu doradzić, by nie zakładał zbyt krzykliwego zegarka, ale wiedziała, że do tego nie jest w stanie go nakłonić. Gdy jego wzrok spoczął na którymś ohydnym, jaskrawym dodatku garderoby, nic nie było w stanie go powstrzymać przed założeniem go.
– Wiem kochanie, wiem – zapewnił.

Nie potrafiła mieć nawet cienia żalu do Erica, że zignorował jej wyznanie. Ich związek był ponad wszelkimi animozjami rodzinnymi. Eric wciąż ją przekonywał, że mają siebie i to jest najważniejsze. Nie pozwalał na chwilę zwątpienia, czy chwilę słabości wmawiając jej, że dopóki są oni, nic więcej nie powinno się liczyć. I przy Ericu rzeczywiście nie miała żadnych wątpliwości. Przy nim rzeczywistość była prostsza, weselsza, była wiecznym festynem. Tak bardzo chciała znowu zatopić się w tej beztrosce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz