niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 25 - Świąteczny galimatias

Siedząc w samolocie, opierając głowę o ramię Erica czuła ogromną ulgę, że zostawia wszystkie problemy na trzy tygodnie. Miała wrażenie, że to i tak zbyt krótko, by odpocząć, by uspokoić ogrom emocji z ostatnich dni przed wyjazdem. Tak bardzo chciała zanurzyć się w atmosferze urlopu, opuścić codzienność. I choć od ziemi dzieliły ją dziesiątki kilometrów nie potrafiła zapomnieć o kilku incydentach. Gdy Eric pogrążył się we śnie, jego spokojny oddech, niestety, nie wpłynął na nią uspokajająco. Przed jej oczyma wciąż jawiło się zbyt wiele obrazów, stale ściągając ją na ziemię, nie pozwalając na myślenie o niczym. Obraz pierwszy to Jacek wpadający z rumorem do jej gabinetu.
– Niech to szlag, ja pierniczę – krzyczał. – W co ty się wpierdoliłaś?!
– Wejdź na nowo – rozkazała z wyższością, wskazując na drzwi wejściowe.
– Walą mnie twoje ceregiele – był w furii.
– Jak masz zamiar wykrzykiwać w taki sposób, to odpuść i wyjdź – była wciąż opanowana.
– Wiesz kim jest Irina Miedrowicz? – opierając się o jej biurko, ze złością patrzył jej w oczy.
– O co ci chodzi? – spytała zupełnie spokojnie.
– To Irina Ławrynowicz z domu – wypowiedział to z przejęciem i wyrzutem.
– Wiem o tym doskonale – opanowania pozazdrościć mógłby jej niejeden dyplomata.
– Szkoda, że zapomniałaś o tym wspomnieć – warknął.
– Nie pytałeś.
– A co ty sobie myślisz, że co?… Miałem się tak z zasady zapytać, czy to czasami nie jest córka jakiegoś rypanego KGB-isty – jego szał nie ustępował. – Wiedziałaś o tym? – stwierdził raczej niż zapytał i zaskoczony zamilkł.
Z uwagą obserwowała Jacka nerwowo chodzącego w kółko po pokoju. Pierwszy raz miała okazję zobaczyć tak wiele emocji wybuchających z tego niebywale zdystansowanego człowieka.
– Tak – odpowiedziała z prostotą.
– …To dla ciebie takie naturalne? – wciąż był zaskoczony.
– On już nie żyje i to od wielu lat – nie dała się ponieść jego emocjom. Może to był efekt zmęczenia, a może jej codzienności, która tak dalece odbiegła od sprawy Sophii 6, że przestało ją interesować, do czego mógł dojść Jacek w swoich poszukiwaniach.
– Ale jego osoba wciąż wzbudza poruszenie, a raczej osoba jego żyjącej córki – uderzył ręką w stół, na co Agata rzuciła mu ostre ostrzegawcze spojrzenie.
– Jak to? – w końcu poczuła wzrastający w niej niepokój.
– Srak to – dyplomacja nie była jego mocną stroną – Sophia 6, hasło które nagle starają się rozszyfrować nie tylko partacze pseudo-hakerzy z Rosji. Ktoś bardzo bystry, kogo nie potrafię zidentyfikować, a więc niebezpieczny, przygląda się wszystkim ruchom związanym z Sophia 6. Siedzi nam na ogonie. Ot tak. – nie radził sobie z tym, że nie potrafi rozszyfrować tego człowieka.

Agata patrzyła w osłupieniu na Jacka, analizując czy na pewno zatrudniła opanowanego, zdystansowanego faceta, ponieważ zobaczyła nagle przed sobą oszalałego chłopaka, z zaburzeniami w postrzeganiu rzeczywistości.
– Gdyby nie moja nabyta ostrożność, już dawno by siedzieli nam na karku – wyrzucił z siebie.
Powoli zaczynała powracać jej ciekawość, pragnienie rozwiązania tajemnicy, która jeszcze niedawno spędzała jej sen z powiek.
– Niby dlaczego? – próbowała go zwieść swoją obojętnością.
– Nie wiem, liczę, że mnie oświecisz – jego zachowanie wracało do normy.
– Nie mam pojęcia, dlaczego Sophia 6 może powodować aż tak wielkie zainteresowanie –spojrzała na niego bezradnie.
Powoli zaczynał ją irytować swoją nadmierna ruchliwością. Chciała by wreszcie usiadł i wyłożył jej sprawę do końca.
– Czy wiesz coś o skrytce na Filipinach? – zapytał, z uwagą wpatrując się w jej twarz.
– O czym ty mówisz? – spojrzała w osłupieniu. – To zły trop, Sophia 6 to osoba.
– Jesteś pewna?
– Tak. To kobieta, która wie coś na temat siostrzenic Iriny Ławrynowiczowej. Cała reszta to jakaś wielka pomyłka – zapewniła, choć w jej głosie pojawiła się nuta niepewności.
– Za pierwszym razem pomyślałem też, że to pomyłka. Ale teraz już wiem, że nie, opowiedz tę całą gównianą historię – rozkazał.
Opowiedziała wszystko, co wiedziała, bez zastanawiania się nad sensem, co poniektórych faktów. Odtwarzając na nowo całą historię czuła mrowienie na skórze. Dlaczego pozwoliła sobie na zapomnienie tej dramatycznej sprawy? Dlaczego zaczęła wątpić w swoje pierwsze odczucie, że nie przypadkiem została w to wszystko wciągnięta? Na nowo rozbudziła się w niej pewność, że dotrze do źródła prawdy.
– To wszystko? – zapytał, gdy skończyła.
– Tak – zapewniła tym razem ze stuprocentowym przekonaniem, ponieważ powiedziała wszystko, co przekazała jej Pola. – Zdobędziesz pewność, kiedy odkryją, że Sophia 6 to nie miejsce – gdy on stawał się spokojniejszy, ją ogarniał coraz większy niepokój.
– Niczego się nie obawiaj, dziękuj komukolwiek, w kogo wierzysz, że pojawiłem się wtedy w twoim życiu i że mam odpowiednie kontakty.
– A Pola? – zapytała ogarnięta nagła paniką.
– Ona też jest poza ich zasięgiem, dopóki zachowuje wszystkie wskazówki, które jej przekazałaś.
– To dobrze – odetchnęła z ulgą.
– Nie martw się tym, masz do czynienia z profesjonalistą z najwyższej półki – zapewnił, ale pomimo jego deklaracji, nie potrafiła poczuć ponownie błogiego komfortu, szczególnie gdy patrzyła na szczupłą sylwetkę Jacka, wielkie czarne okulary i przerzedzone jasne włosy.
Wieczorem napisała do Poli nawołując ją do wzmożenia ostrożności, by w żaden sposób nie robiła niczego na własną rękę.
Obraz drugi to Zuza wyśmiewająca obawy Karola. Agata była zdumiona jego przenikliwością i znajomością Antka. I pomimo tego, że Zuza rozbroiła męża, Agata nie czuła żadnej satysfakcji, ponieważ Karol miał rację, jego obawy były słuszne. To wszystko, co działo się pomiędzy nią a Antkiem, nie było niczym zwyczajnym, naturalnym i zrozumiałym dla kogoś z boku, nawet dla niej. Coraz częściej zastanawiała się, czy to jest gra, czy prawdziwe emocje i ku swojemu zdumieniu odkrywała ogromne pragnienie, by relacja pomiędzy nimi dwojgiem była ponad tym zakładem, by okazała się prawdziwa.
Kolejny obraz to Dorota w skrajnej panice, na wieść o tym, że Agata wyjeżdża na trzy tygodnie. Pomimo zapewnień, że Anita zostaje w hotelu na ten czas, nie dała uspokoić się do końca.
Kolejna scena to próba ucieczki Anity, która, pomimo obietnicy, nie potrafiła odnaleźć się w świątecznej atmosferze, pragnęła wolności i powrotu do swojego życia. Agacie z trudem udało się ją namówić, a raczej zmusić do pozostania w hotelu.
A potem sceny, których pierwszeństwa nie potrafiła ustalić, bo były niezwykle ze sobą związane, spotkanie z Antkiem i jej rodzicami, z jej rodzicami i z Antkiem, jakkolwiek nie starała się tego uporządkować, nie była w stanie.
To było tuż po Wigilii, największym wydarzeniu integracyjnym, jakie do tej pory miało miejsce w hotelu. Otaczały ją setki osób, wszyscy dziękowali za okazane zaufanie, za posadę i za świąteczną premię, która była dokładnie taka sama we wszystkich hotelach, ale w Polsce wywoływała niebywałe poruszenie.
Miała już naprawdę dość podziękowań i zapewnień o czyjeś lojalności. Nie miała siły podtrzymywać wymuszonego uśmiechu. Po cichu wymknęła się tylnym wyjściem na papierosa, w swoje sprawdzone miejsce, w którym nikt nie miał prawa jej znaleźć.
Patrzyła w ciemną przestrzeń rozgwieżdżonego niebo, napawając się chłodem grudniowego wieczoru, czerwonym winem i smakiem papierosa. Pomimo przeszywającego zimna nie potrafiła wrócić do hotelowego zgiełku. Zapięła płaszcz i sięgnęła do kieszeni wyciągając kolejnego papierosa.
– Dobrze się bawisz tu sama? – usłyszała rozbawiony głos Antka.
– Bawiłabym się lepiej z pełnym kieliszkiem wina – wskazała na pustą lampkę.
– Podzielę się – podał jej swój kieliszek.
– Dzięki, nie omieszkam skorzystać – wzięła łyk czerwonego wina. – Jak mnie tu znalazłeś?
– Znam kilka twoich sekretów – powiedział przekornie.
– Mam nadzieję, że nikt więcej mnie tu nie znajdzie – nie kryła zmęczenia świątecznym zamieszaniem.
– Jak już to stawiam na Jacka – rzucił z nutką złośliwości w głosie.
– No tak, faktycznie jeszcze on zna to miejsce, ale nie sądzę by miał potrzebę mnie tu szukać – powiedziała najzupełniej obojętny tonem, jakby nie zauważyła jego uszczypliwości.
– Zamierzasz długo się tu chować? – lekko zatrząsł się z zimna, po czym zasunął suwak skórzanej kurtki.
Walczyła ze skrajnymi emocjami w sobie; ogromną potrzebą by przy niej pozostał i głosem rozsądku podpowiadającym, że sytuacja staje się niepokojąca.
– Nie wiem, ale ty powinieneś wracać – doradziła mu, starając się działać racjonalnie.
– Nie sądzę. Jeśli już brak kogokolwiek jest zauważalny, to bardziej twój, niż mój – zauważył logicznie.
– Tak ci się tylko wydaje, Dorota na pewno się zorientuje, że ciebie nie ma – miała nadzieję, że jej słowa nie odniosą skutku.
– Dorota pojechała już do domu, szukała ciebie, ale Eric powiedział, że pewnie poszłaś się pakować i odpuściła.
Nie rozumiała, dlaczego został, dlaczego nie pojechał z żoną.
– Ale ty nie odpuściłeś – ni to zapytała, ni to stwierdziła.
– Stajesz się dla mnie powoli przewidywalna – usiadł przy niej na oparciu drewnianej ławki.
– Ciężko w to uwierzyć, bo sama nie potrafię czegokolwiek przewidzieć, jeżeli chodzi o moją osobę – zaśmiała się ironicznie. I tylko ona wiedziała jak wiele w tym wyznaniu jest prawdy.
– Coś nie tak? – wyczuł napięcie w jej głosie.
– Rozmawiałam z Zuzą – spojrzała mu w oczy i dostrzegła natychmiastową zmianę na jego twarzy.
– Tak? – zapytał na pozór spokojnie.
– Powiedziała mi, że Karola niepokoi nasza znajomość – nie odrywała od niego wzroku. Nie wiedziała, dlaczego to robi. Może łudziła się, że dowie się wreszcie prawdy.
– Dlaczego? – nie udało mu się ukryć wzmożonej czujności, choć starał się, by jego głos był obojętny.
– Nie wiem – wzruszyła ramionami.
– A Zuzy nic nie niepokoi? – z uwagą wpatrywał się w nią.
– Su mnie zna – powiedziała obojętnie.
– Wie o naszych wycieczkach do lasu? – przejął pałeczkę.
– Nie, no co ty, tego by raczej już nie zrozumiała – zaśmiała się odrobinę sztucznie, starając się go przekonać, że ona nie widzi w tym niczego niepokojącego. Bo nie wiedząc czemu, o ten las musiała zawalczyć.
– Tylko Karola to niepokoi – stwierdził. – Hmm, nic mi nie powiedział – uśmiechnął się tajemniczo.
– Co ma znaczyć to rozbawienie?
– Nic – pokręcił głową, wciąż się uśmiechając – kiedyś ci to opowiem.
Patrzyła obojętnie przed siebie, jednak jej serce waliło jak oszalałe. Nie mogła uwierzyć, że to powiedział. Czy to oznaczało, że jednak nie bawi się w tę głupią grę, w najbardziej idiotyczny zakład świata, że chce jej to powiedzieć. Jeżeli tak, to czym jest ich znajomość, dziwna relacja, tajemnicza i niepojęta.
– Za dużo tych rzeczy odkładasz na później – powiedziała lekko, choć w jej głowie buzował nadmiar myśli.
– Wytrzymasz – rzucił nonszalancko.
– Pewnie tak, ale po co? – zapytała, podnosząc głowę, by patrzeć w rozgwieżdżone niebo.
– Ponieważ dziś nie masz czasu, bym zajmował cię nieistotnymi rzeczami.
– Nie krępuj się, mam czas – mówiła spokojnie, gdyż całą swoją uwagę skupiła na odszukaniu Wielkiej Niedźwiedzicy.
– Masz dziś ważną rzecz do załatwienia – powiedział z mocą.
– Ja? – patrzyła pytająco.
– Powinnaś pojechać do rodziców – powiedział bez zastanowienia.
– Chyba oszalałeś – parsknęła.
– Nie zobaczysz się przecież z nimi w święta, jutro wylatujesz – tłumaczył najspokojniej w świecie.
– Tyle świąt beze mnie przeżyli. Bez telefonów, bez życzeń… – uparcie patrzyła w niebo, tyle że nie potrafiła już odnaleźć konstelacji gwiazd.
Idealistyczny rodzinny świat Antka, przebijał się przez jego zachowania, relacje. Naprawdę nie rozumiała jego zacięcia, by naprawić jej relacje z rodzicami. Tyle lat radziła sobie bez nich, a on nagle zapragnął to zmienić.
– Dlaczego chcesz zepsuć to, co udało ci się naprawić? – przerwał jej, choć w jego głosie nie było cienia oskarżenia.
– Bo chyba tak mam – zastanowiła się.
– Zawiozę cię do nich – zerwał się z ławki.
– Nie – zaprotestowała stanowczo.
– Będę czekał na parkingu – był nieprzejednany.
– Antek – prosiła.
Ale on wstał i poszedł do hotelu zostawiając ją samą na ławce. I mogła tam zostać, mogła zapalić kolejnego papierosa, wypić kolejną lampkę wina.
W pośpiechu wbiegła do apartamentu i wyciągnęła nieotwierany zestaw filiżanek Rosenthala, zapakowała do ozdobnej torby i zjechała windą. Bez słowa wsiadła do samochodu Antka cała nabuzowana złością.
– Podziękujesz mi później – powiedział z lekkim uśmiechem, nie przejmując się jej zachowaniem – podaj adres.
– Księżyc – powiedziała z pogardą, ale po chwili podała nazwę ulicy i numer domu.
Liczyła naiwnie, że okna będą ciemne, że nikogo nie będzie w domu. Jak na świąteczny czas przystało, we wszystkich pomieszczeniach jaśniały zapalone lampy, tak jakby na nią czekali i choć nie była ćmą, ruszyła w kierunku światła.
– Wrócę za dwadzieścia minut – powiedziała wysiadając z samochodu.
– Nie zapomnij maski – rzucił za nią, ale ona tylko uśmiechnęła się do siebie, nie okazując mu kapitulacji w złości skierowanej wobec jego osoby.
Wchodziła po schodach tylko na pierwsze piętro, ale jej serce waliło tak, jakby przebiegła maraton. Delikatnie zapukała i drzwi otworzyły się nadspodziewanie szybko, stała w nich jej matka.
– Agata – powiedziała zaskoczona. Patrzyła na nią, jakby zobaczyła zjawę.
– Cześć, mamo, mogę? – patrzyła spłoszona.
– Tak, oczywiście, wchodź – matka wciąż patrzyła na nią jak na coś nierealnego.
– Jutro wyjeżdżam z Erikiem, wrócę po Nowym Roku – mówiła całując ojca na przywitanie, który podobnie jak matka patrzył na nią oniemiały. – Chciałam wam życzyć wesołych świąt – podała prezent.
– Robert wspominał, że wyjeżdżasz – mówił matka. – To miło z twojej strony, że nas odwiedziłaś – odłożyła pakunek na bok, wciąż wpatrzona w córkę.
– Siadaj, dziecko – ojciec wysunął jej krzesło – napijesz się czegoś?
– Nie, dziękuję, muszę wracać, uciekłam z wigilii w hotelu – wyjaśniła z wymuszonym uśmiechem.
– To naprawdę miłe, że znalazłaś dla nas czas – powiedział wzruszony ojciec.
– Tato, to nic wielkiego, wstyd mi tak naprawdę, że jestem tu tylko na chwilę – powiedziała skruszona, cofając się w korytarzu.
Patrzyła na swoich rodziców - tak innych, tak dużo starszych, tak w nią wpatrzonych.
Już chciała złapać za klamkę, by wyjść z mieszkania, ale spojrzała na drzwi pokoju, niegdyś jej pokoju i zapragnęła do niego wejść.
– Mogę? – wymownie spojrzała na drzwi.
Oboje pokiwali głową.
Ten pokój ją wołał, musiała się w nim znaleźć, musiała przekroczyć jego próg, by to zobaczyć, by łzy spłynęły z jej policzków, by poczuła, że naprawdę ma rodziców. Nie mogła uwierzyć, że wciąż stoi tu jej łóżko, dokładnie takie samo; niebieskie z żółtą poduszką. Podeszła powoli do biurka i bez problemu odnalazła zakamuflowany włącznik. Zapaliła swoją starą lampkę. Na biurku leżał gruby zeszyt, na którym leżało kilka najświeższych artykułów dotyczących hotelu. Zeszyt był naprawdę gruby. Otworzyła pierwszą stronę i nie mogła uwierzyć, że gazeta ekonomiczna zamieściła wzmiankę o ślubie jej i Erica. Zapaliła większe światło i zderzyła się z fotografiami, o których istnieniu zapomniała. Jej zdjęcia z komunii, z zakończenia szkoły podstawowej, zdjęcia ze ślubu Roberta. Roześmiała się przez łzy, patrząc na minę Erica na nim.
– Dziękuję – powiedziała wzruszona, spoglądając na wpatrzoną w nią parę ludzi.
– Dziecko, tu zawsze będzie twój dom – powiedziała matka z trudem opanowując łzy.
W domu była dwadzieścia sześć minut, dokładnie tyle i aż tyle. Dwadzieścia sześć minut, które nie pozwoliło jej usnąć w nocy, dwadzieścia sześć minut, o których myślała w każdej wolnej chwili swoich wakacji, dwadzieścia sześć minut, które przewróciły do góry nogami jej zaszufladkowany świat domu rodzinnego, dwadzieścia sześć minut, po których wsiadając do samochodu ze łzami w oczach, powiedziała patrząc na swojego przyjaciela:
– Dziękuję – niemalże wyszeptała, ale była pewna, że on to dosłyszał.
– Nie ma za co – odpalił auto, próbując ukryć przed nią swoje poruszenie, jej stanem, jakże odmiennym od tego, który prezentowała, wysiadając z samochodu tych dwadzieścia sześć minut wcześniej.
– Jest – złapała go za rękę i puściła dopiero, gdy wjechali na parking hotelu.
– Jak zwykle się rozmazałaś – podał jej chusteczkę.
– Dzięki – roześmiała się i śliniąc ją, starała się zetrzeć rozmazany tusz.
– Trzymaj, to dla ciebie na drogę – podał je mały pakunek.
– Płyta – uśmiechnęła się, rozpakowując. – Pati Young – odczytała – a ja dla ciebie nic nie mam – powiedziała zawstydzona.
– Nie potrzebuje od ciebie prezentów – powiedział z powagą. – Kupisz mi bumerang w Australii – zaśmiał się.
– W Australii będę tylko trzy dni, okazało się, że cel podróży to Nowa Zelandia – westchnęła.
– Nowa Zelandia? – był zdumiony.
– Będę owce paść – zakpiła.
– Odpoczniesz – powiedział kojąco.
– Jasne, pasienie owiec jest mało absorbujące – całą sobą pragnęła zostać w Polsce, we Wrocławiu.
– Uważaj na diabła tasmańskiego – wymienili między sobą przyjacielskie, pełne zrozumienia uśmiechy.
W hotelu zostało już mało ludzi, od wejścia biegł do nich Eric.
– Gdzie ty się Kicia podziewałaś? – z przejęciem wziął ją za rękę.
– Byłam u moich rodziców, Antek mnie na chwilę do nich zawiózł – powiedziała bez zastanowienia.
– Myślałem, że się pakujesz, tak wszystkim mówiłem – z niezrozumiałym zawstydzeniem kręcił głową.
– To dobrze – spojrzała porozumiewawczo na Antka.
– Chodź – złapał Antka za ramię – muszę się z kimś napić, nie odmawiaj mi chociaż ty.
– Eric, ale ty już chyba wystarczająco wypiłeś – upomniała go.
– Kicia, idź po Anitę, spotykamy się u nas – zignorował jej uwagę.
– Dobra – bez dyskusji poszła po przyjaciółkę.
W apartamencie grała głośna muzyka, gdy otwierały drzwi, dudnienie płyty Black Sabath przenikała całe pomieszczenie. Anita podeszła i wyciszyła muzykę.
– Co ty robisz? – krzyknął do niej Eric.
Nie odpowiedziała mu, tylko podeszła do szafki i wyjęła dwie lampki wina i nalała sobie i Agacie.
– Już myślałam, że nigdy nie skończycie tej imprezy – powiedziała z pretensją Anita.
– Było dobrze, naprawdę – zapewnił ją Eric.
– Dobrze to jest teraz – powiedziała siadając dumnie przy stole.
Agata usiadła na blacie w kuchni i obserwowała wszystko z daleka, jej splątane ze sobą dwa światy. Było to dziwne uczucie obserwować Antka z Ericiem pijących wino, Anitę, której powoli wracał pozytywny nastrój. Brakowało jeszcze kilku osób, ale ten widok był krzepiący, pozwalał jej podtrzymać przekonanie, że kontroluje swój świat, że panuje nad wszystkim.
– Kicia – zawołał ją Eric – nie siedź tam sama jak osierocone dziecko.
– Kiedy mi tu dobrze – powiedziała z dziecięcą lekkością.
– Ale mi bez ciebie nie jest dobrze – upierał się.
Usiadła z nimi przy stole, a Eric przytulił ją z troską.
– Nie powiesz, że teraz nie jest ci lepiej? – zapytał pełnym przekonaniem.
– Lepiej – zapewniła.
Eric przytulił ją mocniej i wymownie powąchał jej włosy.
– Wznoszę toast za najbardziej pogańskie święta – Eric podniósł kieliszek.
– Wreszcie coś mądrego powiedziałeś – Anita z entuzjazmem podniosła swój.
– Cokolwiek masz na myśli – Antek podniósł kieliszek, lekko uśmiechając się do Agaty.

– Za dzisiejszy dzień – Agata patrzyła wymownie tylko na Antka, próbując po raz kolejny podziękować mu za to, że jest.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz