niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 28 - Zmieniając sens

Wakacje z Erikiem rozwiały targające nią frustrujące emocje. Tego potrzebowała. Słońca, adrenaliny, poczucia beztroski, bliskości z mężem. Namiętnych poranków, szalonych dni, ognistych nocy. Byli na nowo razem, bez tysięcy spraw do załatwienia, odebrania dzwoniącego telefonu, rozstań na długie dni i jeszcze dłuższe noce.
Skoczyła na bungee, płynęła rwącą rzeką, piła dziesiątki kilometrów nad ziemią szampana, wcześniej wyskakując z samolotu. Tylko muzyka, jakiej słuchała, płyta jaką dostała w prezencie, przypominała o świecie, który na nią czekał. O miejscu, gdzie się żyje, gdzie się rozmawia, rozwiązuje problemy. Zaczynała tęsknić za światem realnym. Zaczęło brakować jej systematycznej codzienności. Chciała wejść do swojego biura i zastać czekających na nią ludzi. Chciała rozwiązywać problemy, zastanawiać się, co można zrobić lepiej, by hotel funkcjonował perfekcyjnie. Chciała wypić kawę w hotelowej restauracji. Odbyć codzienną, poranną telefoniczną rozmowę z Zuzą. Chciała pojechać do lasu z Antkiem. I choć bardzo starała się tego nie okazywać, pragnęła już wrócić. Wrócić do domu.

Tak bardzo chciała nie spóźnić się w pierwszy dzień po urlopie do pracy, zaskakując wreszcie wszystkich swoją punktualnością. Eric spał twardo, odsypiając wyczerpującą podróż.
Cichutko wyszła z łazienki, nie chcąc go obudzić, ale on patrzył na nią z łobuzerskim uśmiechem.
– Chciałaś mi uciec – powiedział z pretensją.
– Nie, po prostu chciałam, byś odpoczął – zapewniła, całując go w czoło.
– Oszustka – przytrzymał ją za rękę.
– Ericu – roześmiała się – idę do pracy.
– Nie – przyciągnął ją do siebie.
I znowu była spóźniona, nie zawodząc tym nikogo.
Po zbyt długiej naradzie poszła na kawę z Dorotą i Ulką. Ich relacja stała się zauważalna, początkowo tylko służbowe stosunki bardzo się ociepliły. Opowiadały, a w zasadzie Ulka opowiadała o wszystkim, co działo się w czasie jej nieobecności.
Było to dla niej zupełnie nowym doświadczeniem, wracać do miejsca, za którym się tęskniło i w którym tak wiele osób jej wyczekiwało. Było to niezwykle miłe przeżycie.
Kolejne dni były szaleństwem związanym z nadmiarem pracy, a do tego wszystkich absorbowało przygotowanie pożegnalnej imprezy dla Anity, która wyjeżdżała po weekendzie.
Agata niespokojnie rozglądała się po korytarzu, nie oszukiwała się, kogo chce na nim zobaczyć.
– O proszę, aborygeńska księżniczka – usłyszała głos, którego właściciela wyszukiwała od dawna w tłumie.
– Jak już, to maoryska – sprostowała, nie ukrywając radości ze spotkania.
Zakładając maskę cynizmu, z ulgą napawała się widokiem jego osoby, tonęła w jego chłopięcym spojrzeniu, za którym bardzo tęskniła.
– Jak owce? – zapytał i miała wrażenie, że to nagłe spotkanie nie tylko w niej wywołuje ukojenie tęsknoty.
– Nie było owiec – roześmiała się. – Będziesz na imprezie Anity? – upewniła się bezsensownie bo i tak znała odpowiedź, ale musiała wybrnąć z niezręcznego napięcia, jakie pomiędzy nimi powstało.
– Tak, Eric zapowiada mi powtórkę z hotelowej wigilii – zaśmiał się, wciąż patrząc jej w oczy.
– Ojej, Eric długo po niej do siebie dochodził, bałam się, że nie wyjedziemy – udała, że zainteresował ją nagły zgiełk w głębi holu, tylko po to by skupić swoje spojrzenie na czymś innym, niż niedopiętym guziku jego koszuli, którego chęć poprawienia musiała opanować.
– Trzeba było nie jechać – rzucił z przekorą, a może z zawodem w głosie.
– Potrzebowałam tego wyjazdu, by teraz cieszyć się tym, co mam tu – wyznała z lekkim rozrzewnieniem, naprawdę ciesząc się z powrotu do Wrocławia, do hotelu.
– A co masz?
– Wszystko co sprawia, że chcę tu być i wracać – powiedziała enigmatycznie od razu tego żałując.
– Udam, że zrozumiałem – powiedział z lekkim półuśmiechem.
– Jak święta? – przerwała niezręczny temat.
– Pewnie tobie wydadzą się nudne i mało atrakcyjne, zważywszy na film, jaki od ciebie dostaliśmy – patrzył jej prosto w oczy tak, jakby znał jej wszystkie niespójne, zagubione myśli, z którymi właśnie walczyła w swojej ogłupiałej głowie.
– Faktycznie nie zrozumiałeś mojej wypowiedzi – odpowiedziała złośliwie – do zobaczenia jutro – dotknęła lekko jego pleców, odchodząc, choć tak naprawdę miała ochotę uciec przed tym, co działo się w jej myślach.
– Do jutra – usłyszała jego głos przebijający się przez poranny hotelowy zgiełk.
Nie cieszyła się wcale na wyjazd Anity, ale impreza zorganizowana na jej cześć bardzo ją podniecała. Plan wyszedł od Ulki. Najpierw typowe babskie spotkanie, by się rozkręcić, a potem lokal, w którym mieli dołączyć panowie. Dorota została z nią i Anitą po pracy, razem się szykowały. To było bardzo zabawne. Anita odkryła, że okulary noszone przez Dorotę w złotych oprawkach, to zwykła atrapa.
– Po co ci one? – Anita dociekała zaskoczona.
– Wydaje mi się, że wtedy mój nos mniej jest widoczny – wyznała ta skrępowana.
– Dlaczego chcesz ukryć swój nos? – Agata oniemiała usiadła na wannie w łazience.
– Bo jest za długi, co przecież widać – odpowiedziała zawstydzona.
– No, może nie jest mały, ale może być bardzo seksowny – Anita podeszła i z uwagą oglądała twarz Doroty.
– Ty naprawdę chciałaś go ukryć pod tymi okularami? – Agata wciąż nie potrafiła tego zrozumieć.
– Naprawdę – zapewniła niepewnie patrząc to na Agatę, to na Anitę, które wymieniały pomiędzy sobą porozumiewawcze spojrzenia.
– Anita, masz misję – Agata wskazała na swój kuferek z kosmetykami.
– Jaką misję? – Dorota patrzyła wystraszona.
– Kochanie, zaraz zrozumiesz, jak z naszych dziwnych kompleksów robi się atuty – zapewniła ją Agata.
– Co wy możecie wiedzieć o kompleksach – powiedziała z sarkazmem.
– Każda baba je ma, tylko nie każda potrafi robić z nimi to, co ja za chwilę zrobię z twoimi – Anita z zapałem myła ręce.
– Mam piegi przy najmniejszym kontakcie ze słońcem, wyglądam jak biedronka – Agata podzieliła się swoim defektem.
– Ma za blisko osadzone oczy, dlatego nosi grzywkę – dodała Anita bez skrępowania wymieniając jej niedoskonałości – ja mam twarz dziecka, niby niczego za dużo, ale zdecydowanie za mało kobiecości, kilka małych zabiegów i nagle jestem wampem.
Anita z zapałem malowała Dorotę, która poddała się tym zabiegom bez protestów.
– To oblicze sucze – skomentowała pierwszy makijaż – jesteś teraz wyrafinowaną Agatą.
Podała Dorocie lusterko, wcześniej zakładając jej okulary Erica w pretensjonalnych grubych czarnych oprawkach. Dorota patrzyła oniemiała na swoje odbicie, niepewnie dotykając swojej twarzy.
– Dobra, teraz zrobię ciebie na kogoś, w kim łatwiej odnajdziesz siebie – powiedziała doskonale wiedząc, że ta kreacja była zbyt odważna.
– Czyli?
Anita nie odpowiedziała tylko zajęła się zmyciem mocnego wizerunku z delikatnej twarzy Doroty.
– Jesteś Grace, księżną Monako – powiedziała kończąc.
– Ja? – zapytała niepewnie podchodząc do lustra.
– To nowa ty, zapomnij o tych okularach – powstrzymała ją zdecydowanie, gdy sięgała po nie.
Agata z trudem oderwała się od wizerunku Doroty, z przejęciem oglądającej siebie w lustrze. Musiała wpuścić dobijających się gości.
Zanim pojawiła się Zuza, zawołała Dorotę do sypialni, na górę.
– Mam do ciebie ogromną prośbę – mocowała się z zamkiem sukienki.
– Zapiąć ci? – zasugerowała Dorota.
– To też – poddała się, stając tyłem do Doroty. – Mam delikatną sprawę, potrzebuje twojej pomocy z Zuzą – Agata zrobiła lekko skwaszoną minę. – Chodzi o to, że delikatnie mówiąc, Zuza nie przepada za Anitą, wolałabym nie popsuć tego wieczoru nagłą scysją pomiędzy paniami.
– To co mam robić? – zapytała z przejęciem.
– Pilnuj ich, ja będę się starała nie prowokować, ale proszę pomóż mi, jakby co.
– Jasne, postaram się.
– Dzięki – pocałowała ją w policzek – i naprawdę wyglądasz olśniewająco – zapewniła.
Agatę rozpierała energia, chciała być już w klubie, chciała tańczyć, chciała, by byli już w komplecie. Jechała do lokalu z bumerangiem pod pachą, co nie uszło uwadze Zuzy. Ze wstydem odkryła, że oszukiwanie przyjaciółki coraz bardziej wchodzi jej w krew i odczuwa coraz mniejsze wyrzuty.
W klubie nie było jeszcze facetów, ale za to puszczali Audioslave, co od wejścia wywołało w niej zew szaleństwa. Podeszła do zarezerwowanej loży i bez zastanowienia zamówiła wódkę z cytryną, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że Zuza została przy barze z Anitą. Chciała od razu do nich biec, by załagodzić ewentualne sceny.
– Spokojnie – zatrzymała ją Dorota.
– One są tam razem – wskazała na bar.
– Jak ciebie przy nich nie ma całkiem dobrze się dogadują – zapewniła ta ze spokojem.
– No nie wiem – była sceptycznie nastawiona do pozostawienie tej dwójki bez nadzoru.
– Mam wszystko pod kontrolą – uśmiechnęła się krzepiąco Dorota – baw się i nie przejmuj nimi.
Na scenie rozkładał się niewysoki chłopak z keyboardem i dopiero po chwili zrozumiała, że rozpoczyna się wieczór karaoke. Przypomniały jej się od razu trwające do rana imprezy organizowane w klubie Keneta. Dzikie zabawy, w trakcie których wszyscy wyrywali sobie mikrofon, zdzierając gardło.
– Która idzie na pierwszy ogień? – rzuciła pytanie do dziewczyn.
– Ja – bez zastanowienia zaśmiała się Magda.
Agata przybiła piątkę szalonej dziewczynie, do której z każdym dniem przekonywała się coraz bardziej.
– Naprawdę, zrobisz to? – zapytała z niedowierzaniem Ulka.
– Pewnie – potwierdziła stanowczo Magda, nie rozumiejąc niedowierzania Ulki.
– To ja po tobie – zadeklarowała się Agata, wprowadzając tym Ulkę w jeszcze większe osłupienie.
– Ja myślałam, że właśnie zaliczyłam wielką wpadkę, biorąc was do lokalu z karaoke, że to popelina – Ula kręciła z niedowierzaniem głową.
– Pewnie, że to popelina, ale o to przecież chodziło, by się dobrze bawić, jak byśmy chciały bawić się jak damy, zostałybyśmy w hotelu – Agata nie rozumiała obaw bratowej.
W trakcie, gdy Magda kończyła śpiewać, Agata miał już przygotowany kolejny numer. Wypiła następnego drinka z rozbawieniem obserwując zaskoczenie, malujące się na większości twarzy zasiadających w loży. Odpaliła papierosa siadając na schodach. „Tabakiera” Kayah, w jej wykonaniu było największym aktorskim wyznaniem. Nie odrywała wzroku od papierosa, choć słyszała głosy lekko spóźnionych mężczyzn. Słyszała wyznanie Erica, głośniejsze rozmowy. Była tylko ona, papieros i jej rola. Była to kolejna kreacja. Stawała się doskonałą aktorką, w codzienności szlifując swój warsztat.
Nie chciała wiedzieć na kim i jakie wywarła wrażenie, udała, że satysfakcjonuje ją tylko reakcja męża. Pozwoliła mu od razu porwać się na parkiet i wsłuchiwała się w wyznania, jakie szeptał jej do ucha, pobudzony jej sceną.
Bez chwili zawahania podeszłą do Antka i wręczyła mu prezent.
– Co to? – był lekko zaskoczony.
– Coś, co ci obiecałam.
Obserwowała jak rozrywa papier i śmieje się, odkrywając, co zawiera pakunek.
– Wiesz, że bumerang zawsze wraca? – patrzył jej w oczy, nieudolnie próbując ukryć wzruszenie, jednak ona je dostrzegła.
– To się okaże – dotknęła jego ramienia przyjacielsko, siadając naprzeciwko Doroty przy stole.
– Zamówiłam ci drinka – podała jej szklankę Ulka.
– Siostra, może spasuj trochę – usłyszała za sobą Roberta i uśmiechnęła się, słysząc jak nazywa ją siostrą.
– Chodź, zatańcz ze mną – pociągnęła Roberta na parkiet – tak szybciej wyparuje.
Nie mogła uwierzyć, że bez cienia oporu tańczył z nią na parkiecie zatrzymując ją przy kolejnej piosence. Naprawdę zaczynała na nowo lubić swojego brata i miała wrażenie, że jest to obustronna relacja.
Wracając do stołu widziała satysfakcję Ulki, że wreszcie ich relacje były takie, jak być powinny. Stawali się powoli tym, kim powinni być przez całe swoje życie. Ucząc się na nowo być bratem i siostrą.
Eric nie pozwolił żadnej z dziewczyn zbyt długo siedzieć w loży, samozwańczo mianując się królem parkietu.
– Zatańcz to z Dorotą – poprosiła Antka, gdy zaczęli grać Bonnie Tyler – chcę zobaczyć najbardziej eteryczną postać mojego życia, tańczącą ten kawałek.
Dorota z lekkim niedowierzaniem zasłyszanym słowom pozwoliła zaprowadzić się na parkiet.
Agata patrzyła na tych dwoje i zapamiętywała tę scenę, każdy ich krok. Jego okazałą posturę i jej delikatne ciało, w tańcu. Wpajała sobie w podświadomość ten obraz, chcąc pamiętać go zawsze, nigdy o nim nie zapomnieć, nigdy go nie skalać.
Zanim zdążyła zorientować się, o co chodzi Antek złapał ją za rękę i pociągnął na parkiet.
– Śpiewaj – rozkazał trzymając ją w ramionach.
– Ty ze mną – śmiała się, przypominając sobie ich pierwsze spotkanie razem na Woodstocku i piosenkę Myslovitz „My”.
Miał silne ramiona, mocny uścisk. Czuła się dobrze i bezpiecznie. Rozmazywał się jej obraz, który jeszcze przed chwilą chciała wielbić. Nagle był przy niej ktoś inny, tak bardzo daleki od mężczyzny z parkietu, którego obserwowała. Był przy niej ktoś wyjątkowy, ktoś za kim tęskniła bardziej, niż potrafiła to okazać, ktoś bardzo bliski, jej Antek, Antek z lasu. Czując jego ramiona ukryte pod koszulą, zastanawiała się, czy są tak piękne jak Rusela. Roześmiała się sama do siebie. On pytająco spojrzał na nią, a ona tylko pokiwała z rozbawieniem głową.
– Nie – zatrzymała go, gdy chciał zejść z parkietu, gdy zaczęli grać „Kocham cię jak Irlandię”.
– Przestań – śmiał się, próbując zejść z parkietu.
– Choć, nadam inny sens tej piosence – nie poddawała się, uparcie zatrzymując go na parkiecie.
– Ale ona jest beznadziejna – ulegał jej powoli.
– Tańcz – ponaglała, czując, że wygrała. – Wciąż kocham cię jak Finlandię! – zaśpiewała.
– Wódkę? – śmiał się tańcząc.
– Wypijemy zaraz po tym kawałku – krzyczała mu do ucha.
Po zatańczonym kawałku zaciągnęła go za rękę do baru.
– Jeden wieczór, a ty tańczysz polskiego rocka – śmiała się przy barze – jakieś jeszcze traumy mam wyleczyć? – igrała, mierząc go triumfalnym spojrzeniem.
– Mi nie, ale może pomożesz mojej przyjaciółce – droczył się – boi się jeździć samochodem poza miasto.
– Niesamowite – podjęła grę.
– Ona jest niesamowita – spojrzał jej w oczy.
– Naprawdę? – próbowała udawać, że nie robi to na niej wrażenia.
– Co naprawdę? – Zuza podeszła do nich przerywając coraz śmielszą wymianę zdań.
– Nic takiego, pijemy wódkę, dołączysz? – zaproponowała nie wiedząc, czy obecność przyjaciółki odebrać jako wybawienie, czy też zepsucie intymnej rozmowy.
– Nie, już ledwo chodzę, jestem nieobliczalna, zatańczyłam nawet z psychopatycznym okularnikiem – położyła głowę na ramieniu Agaty.
– A gdzie Anita? – zapytała, ponieważ wcześnie widziała je stale razem przez cały wieczór pod bacznym okiem Doroty.
– Urabia towary – wskazała na Anitę siedzącą przy stoliku z ochraniarzami.
– A ty?
– Ja przyszłam po piwo dla nich – powiedziała wyluzowana.
– Masz konkurencję – Antek odezwał się do Karola, który podszedł do baru z niedowierzaniem obserwując żonę, która donosiła piwo do stolika hotelowym ochroniarzom.
Karol z niezrozumieniem spojrzał na Agatę, która tylko bezradnie wzruszyła ramionami.
– Na smutki – Antek podał Karolowi kieliszek.
– Za Mariana i Gienka – Agata wzniosła toast.
Ledwie wypiła swój kieliszek biegł w jej kierunku Eric.
– Choć Kicia, sponiewieram się do końca, zatańczę tę szmatę, dla ciebie, tylko dziś – pociągnął ją za sobą.
Wiedziała, że Eric wypił już zbyt dużo, skoro złamał się i tańczył Ozzyego. Do tego był bardzo wymowny w gestach, które krzyczały jak bardzo jej pragnie. Lizał jej szyję i szeptał urwanie wyrafinowane fantazje, jakie zamierzał zrealizować po powrocie do domu.
Gdy uwolniła się od męża, poczuła się rozczarowana, ponieważ przy barze nikt na nią nie czekał, nawet Karol. Dyskretnie się rozejrzała, ale nie było go.
– Wódkę z cytryną, proszę – zamówiła przy barze.
– Ostro idziesz – usłyszała sarkazm Jacka.
– Tak jak i ty – stuknęła swoja szklanką w jego.
– Dziwne rzeczy dzieją się tu dzisiaj – rozejrzał się z lekką pogardą po sali, ale ona miała przeczucie, że pomimo swojej pozy, podobało mu się.
– Skąd bierze się twoje ponuractwo? – spytała wprost.
– Przeszkadza ci ono? – dopowiedział pytaniem na pytanie.
– W zasadzie jest nawet urocze – z uwagą obserwowała jego reakcję. – Żartowałam – rzuciła mu złośliwe spojrzenie i podeszła do Karola, ciągnąc go, pomimo jego oporu, na parkiet.
– Nie tańczyłem nawet z żoną – bronił się.
– Jej strata.
– Ja nie potrafię tańczyć – zapierał się.
– Nie wierzę.
Szybko jednak uwierzyła. Karol nie miał za grosz poczucia rytmu. Zrozumiała po kilku taktach, dlaczego Zuza tak liberalnie pozwala mu siedzieć z boku. Po czasie było to nawet zabawne. Karol się wyluzował, śmiejąc się ze swojej nieudolności. Bawili się długo, tańcząc coś co bardziej przypominało pogo, a Karol śmiał się z siebie, co naprawdę widziała pierwszy raz.
Zuza po którymś kawałku zdziwiona dołączyła do nich. Po chwili wszyscy byli na parkiecie, prawie wszyscy. Rozglądała się dyskretnie, ale jedynej osoby jakiej brakowało, nie potrafiła odszukać.
Wyczerpana zamówiła wodę z lodem i cytryną, nie dając się namówić na powrót na parkiet, usiadła samotnie w loży. Ale nie była w niej sama. W rogu siedział Antek ze szklanką wódki, ukryty w cieniu, niewidoczny dla niej z parkietu.
– Wystraszyłeś mnie – udała obojętną, ale on nic nie odpowiedział, tylko jej się przyglądał.
Nie miała ochoty nic więcej mówić. Chciała tam zostać. Czuła jego obezwładniające spojrzenie, czuła bicie serca, było tak silne. Czy trwało to sekundy, minuty czy godziny, nie była w stanie odgadnąć. Cokolwiek się działo dookoła, nie miało znaczenia. Było prawie jak w lesie, byli tylko oni. Nie wytrzymała jego spojrzenia, spuściła wzrok. On wstał i bez słowa odszedł od stołu, zostawiając ją samą z sercem walącym niczym młot, wyrywającym się za nim. Jednak coś o wiele silniejszego, coś co powoli ochłodzone zimna wodą z lodem, zaczynało trzeźwiej funkcjonować, trzymało ją przy stole. Krzyczało, że musi zostać, że tak trzeba.
– Wodę pijesz? – spytała zdziwiona Ulka siadając przy stole.
– Już czas – zaśmiała się lekko.
– Coś się stało? – bratowa uważnie na nią spojrzała.
– Nie – uśmiechnęła się, starając się ją przekonać, że to tylko zmęczenie.
– Ale impreza! Wszyscy zachwyceni – Ulka była szczerze zadowolona.
– To twoja zasługa – starała się wyrzucić ze swojej podświadomości to, co wydarzyło się przed momentem.
– Przestań, po prostu doborowe towarzystwo – ta udawała, że nie czuje satysfakcji.
– Siostra – zawołał ją Robert, wyciągając rękę.
– To też nie jest twoje zasługa – rzuciła przekornie do Ulki, idąc za bratem na parkiet.
Potem był Karol, Eric, nawet Jacek.
Żałowała, że nie ma okularów słonecznych, by go beztrosko odszukać w tłumie. Wyrwała się z kolejnych ramion i wyszła na zewnątrz. Minęła się z Dorotą, wracającą do lokalu.
– Wychodzisz? – Dorota spytała z przerażeniem.
– Nie, muszę na chwilę po prostu pooddychać powietrzem, takim zimnym.
– Antek – ta obróciła się do męża, którego Agata nie zauważyła – popilnuj jej, niech nie stoi tam sama i załóż coś na nią, naprawdę jest zimno – powiedziała z troską.
Agata spojrzała na Antka stojącego w wejściu. Nie potrafiła przewidzieć niczego, nie była pewna czy wyszedł za nią. Udawała, że naprawdę potrzebuje chłodu i mroźnego powietrza.
Poczuła jak okrywa ją kurtką, jak otula ją ramieniem, przytula do siebie i nie puszcza z uścisku.
– Grają znów Irlandię – zaśmiała się, słysząc muzykę dobiegającą z klubu.
– Tańcz – wyszeptał jej do ucha.
– Tu? – wtuliła głowę w jego silne ramię.
– Tu ze mną – powiedział nie puszczając jej z ramion.
Podniosła oczy i zmierzyła się z jego lśniącymi oczyma, jego stanowczym spojrzeniem.
Czuła, że wszystko pęka. Cokolwiek mogło mieć jeszcze znaczenie, nie miało go. Nie było czerwonego światła, nawet żółtego. I kiedy była tak bardzo krucha i słaba, kiedy była pewna, że nic się nie liczy, tylko ta chwila, on ją wyswobodził z ramion. Ledwo złapała równowagę, pozostawiona bez jego wsparcia.
– Jeżeli sądzisz, że zmieniłaś znaczenie tej piosenki – podniósł jej brodę, by patrzyła na niego – to się mylisz, zmieniłaś znaczenie wszystkiego, co było do tej pory – pomógł jej usiąść na murku przy wejściu.
– Nie zostawiaj mnie tu samej – poprosiła, gdy on wchodził po schodkach.
Przez moment się zawahał, przystanął, ale wszedł do lokalu zostawiając ją samą, niestety z samą sobą.



Chciała cofnąć czas. Chciał tego bardzo, ale nie mogła naprawić tego, co się stało. Nie! Tak naprawdę nie chciała go cofać. Chciała go cofnąć tylko po to, by doznać wszystkiego raz jeszcze. Chciała nigdy nie usłyszeć tego, co on powiedział. Chciała to usłyszeć. Mogła udać, że tego nie pamięta. To był niezły pomysł i nawet realny, tyle że ona pamiętała. Pamiętała doskonale każde słowo, każdą pauzę. Rozpaczała nad tym, rozkoszując się zarazem wspomnieniem tego wyznania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz