niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 29 - Nowy lokator

Pobudka piąta trzydzieści, szybka toaleta, makijaż zgodny ze wskazówkami Anity, brak czasu na herbatę i kanapkę. Od kiedy zaczęła stosować się do zaleceń szwedzkiej przyjaciółki na nic więcej nie miała czasu. Szósta pięćdziesiąt wbiegała do swojego biura, była najczęściej sama, Beata jej sekretarka zaczynała pracę od siódmej trzydzieści. O ósmej powinno rozpoczynać się spotkanie z Agatą, czekali w sekretariacie jej gabinetu wszyscy: Ulka, Jacek, Magda i ona Dorota.
– Ósma dziesięć – Jacek położył piątkę na biurku.
– Jejku, jaki optymista – Ulka patrzyła zdziwiona na położną monetę – ósma dwadzieścia pięć.
– To ja zawsze jestem optymistką – Magda przez chwile się zawahała – ale ostatnio wciąż przegrywam, nie mogę aż tak ryzykować. Zatem wpół do dziewiątej.

Dorota z uwagą przyglądała się Jackowi i jego nietypowej zagrywce.
– Ósma pięć – zaryzykowała.
– Jest coś, o czym nie wiemy? – Ulka patrzyła na nich zaskoczona.
– Nie, to zupełne chybił-trafił – zapewniła ją Dorota.
– Jasne – usłyszała Ulkę syczącą ze złością, gdy pięć po ósmej do gabinetu weszła Agata.
– Cześć, niespodzianka! – krzyczała od wejścia.
Spotkanie nie było zbyt długie. Dorota wracała z Jackiem do swojego pokoju.
– Skąd wiedziałeś? – zapytała patrząc na niego.
– Starego spotkałem na parkingu, coś pakował do samochodu – mówił przepuszczając ją w drzwiach do biura.
– Powinnam chyba się podzielić z tobą wygraną.
– Zgarnęłaś pulę z trzech dni, ale spoko, jeszcze się odkuję.
I nastała cisza, która zazwyczaj panowała, gdy pracowali razem.
Dorota z niepokojem patrzyła na zegar w nadziei, że Jacek skończy do wpół do dziesiątej, o której to miała w zwyczaju grać z Anitą na kurniku w go, ulubioną grę przyjaciółki. Niestety tego dnia nie było jej dane zajrzeć na stronę.
– Doris, moja piękna Doris – do biura wpadł Eric – kochanie, musisz mi pomóc.
Dorota zaskoczona, że widzi Erica, bez słowa mu się przyglądała.
– Musisz moja piękna coś dla mnie zrobić – trzymał ją za ręce i patrzył z nadzieją.
– Mów, Ericu – powiedziała prosto.
– Jadę w jedno miejsce, zanim wrócę, to zadzwonię do ciebie, a ty zrób wszystko, by Kicia była z dala od monitoringu.
– A dlaczego miałaby być przy monitoringu?
– Oj, po prostu moja śliczna zrób, o co cię proszę. Dobrze? – z aktorskim rozdarciem błagał ją.
– Dobrze – przytaknęła zdumiona patrząc w drzwi za którymi zniknął Zimmer.
– Moja śliczna, moja piękna, niezłe teksty od szefa – rzucił Jacek z ironią.
– Przestań – obruszyła się.
– Niezłe rwanie – naśmiewał się.
– Wiesz co? – spojrzała na niego ze złością, oburzona jego aluzjami – mówisz tak, jak byś nie widział nigdy jego żony.
– Widziałem – powiedział pewnie.
– Więc nie powinieneś w ogóle się odzywać. Po co te głupie docinki?
– Widziałem – powtórzył – i dlatego nie dziwię się jego zachwytom tobą – mówił zapatrzony w monitor komputera.
Czuła się zawstydzona i dziwnie usatysfakcjonowana. Najdziwniejsza z niemożliwych rzeczy, jakie mogły się jej przytrafić, to komplement od Jacka.
– Nie rozumiem tego całego zachwytu nad Agatą – kontynuował – wiele krzyku o nic. Jest naprawdę spoko laską, ale jakoś szczególnego wrażenia na mnie nie robi.
Dorotę rozśmieszyło wyznanie chudego, mało atrakcyjnego mężczyzny. Mówił tak, jakby Agacie mogło zależeć na podobaniu się właśnie jemu. A on kurtuazyjnie odmawiał.
– Idę na kawę – powiedziała już pogodnie, wstając od biurka.
Idąc korytarzem, uświadomiła sobie, że wreszcie nie wyszukuje wzrokiem Anity, nie czeka na nią w trakcie pracy. Jednak nie zmieniało to fak tu, że tęskniła za czarnowłosą dziewczyną.
Przemierzając hol, patrzyła na swoje odbicie i z niepojętą satysfakcją obserwowała je. Z rozrzewnieniem wspominała jeden z ostatnich wieczorów i zabiegi Anity. Nie potrafiła zapomnieć o swoim pierwszym wcieleniu, tak innym, silnym, zdecydowanym. Czasami wieczorami próbowała jeodtworzyć, malując usta czerwienią, podkreślając oczy ciemną kredką, ale bez wskazówek Anity nie była w stanie tego uzyskać.
Dlaczego nie zdziwiła się, widząc Antka czekającego na nią w kawiarni?
– Cześć – usiadła przy stoliku.
– Jak praca? – zapytał.
– W porządku – lekko uśmiechnęła się na wspomnienie o nietypowym wyznaniu Jacka.
– Co? – jej rozbawienie nie uszło jego uwadze.
– Eric coś kombinuje, ale jeszcze nie wiem co – wytłumaczyła mu.
– Wiesz to od Agaty?
– Nie, od Erica – nie tłumaczyła szczegółowo, ponieważ dawało jej to przewagę, poczucie zwycięstwa i zadawanie kary, na którą zasługiwał.
Nie miała pojęcia, co było przyczyną, nie miała zamiaru tego drążyć, ani mu współczuć. Od imprezy pożegnalnej Anity, znajomy obraz Agaty i Antka powoli się zacierał. Nie spotykała ich żartujących w holu: jej śmiejącej się swobodnie, jego prawiącego niby-złośliwości, które ją bawiły. Cokolwiek się działo lub nie, zasłużył sobie na to. Dorota uważała to za sprawiedliwość, jaka go dopadła po zachowaniu w święta. Tak bardzo odciął się od Agaty, od relacji jaką z nią wytworzył, zostawiając Dorotę samą. Wtedy gdy sądziła, że coś ich łączy, że nareszcie mają wspólny świat, cudowny świat, on się go wyparł.
– Ty jeszcze tu? – zdziwiona patrzyła na Jacka po powrocie do gabinetu.
– Już kończę – przyglądał jej się z rozbawieniem.
– A tobie co? – nie rozumiała jego rozbawienia.
– Nic, nie zapomnij Agaty odciągnąć od monitoringu – przypomniał.
– Nie rozumiem, po co Agata miałaby w ogóle interesować się monitoringiem – była wciąż zdziwiona.
– Chyba nieźle się nudzi, bo kiedy do niej nie wchodzę bawi się nim – powiedział wstając od jej biurka.
– Do pomilczenia – powiedziała standardowym pożegnaniem, widząc jak chłopak łapie za klamkę.
– Niekoniecznie – spojrzał z cynizmem na nią i zniknął za drzwiami.
Weszła na kurnik, ale Anity nie było. Patrzyła na papiery leżące na jej biurku i z rezygnacją po nie sięgnęła.
Przed piętnastą zadzw                      onił Eric, zapowiadając, że będzie za pół godziny. Dorota posłusznie przystąpiła do zleconej jej misji.
– Jesteś wolna? – zadzwoniła do Agaty.
– Tak.
– Kawa?
– Jasne – odpowiedziała bez zastanowienia.
Nie było spotkania z Agatą, które uznałaby za nijakie. Każde było budujące i podnoszące na duchu, po każdym nie potrafiła pojąć, jak to się stało, że się przyjaźnią.
Wracały holem, gdy zatrzymała je Magda przy recepcji z triumfalną miną.
– Ciekawe komu udało się przekonać organizatorów turnieju szachowego, by odbył się on w naszym hotelu? – spytała z dumą.
– U nas? – spytały prawie równocześnie.
– Sto pokoi zarezerwowanych – chełpiła się.
– Jesteś wielka – Agata pogratulowała jej mocnym uściskiem dłoni.
– Kto jest wielki? – dołączyła Ulka.
– Magda załatwiła organizacje turnieju szachowego u nas w hotelu – wyjaśniła jej szybko Dorota – zarezerwowali sto pokoi na tę okoliczność.
– Hmm, to trzeba trochę nagłośnić – Ulka się zamyśliła. – Co jest nagrodą główną? – jak zawsze wykazywała się niezwykłą czujnością i pasją jeżeli tylko chodziło o pracę.
– Nie wiem, pewnie kasa… – Magda patrzyła zadziwiona nagłym podjęciem tematu.
– Szukaj w necie – Ulka władczym gestem wskazała na komputer. – Także ufundujemy nagrodę, wtedy będziemy mieli pewność, że co roku będą u nas organizować turniej – mówiła z nieobecnym spojrzeniem, obmyślając najlepszą strategię. Dorota doskonale znała ten błysk w oczach koleżanki - pracocholiczki.
– Przygotujemy im bankiet – podpowiedziała Dorota, nie chcąc czuć się nieużyteczną przy samowystarczalnej Ulce – taki wieczorek integracyjny.
– Z bardzo wolną muzyką – powiedziała wymownie przeciągając zdanie Ulka.
– Co? – Magda wpatrywała się w monitor totalnie zaskoczona – a ja myślałam, że szachy to walka o honor – była wyraźnie wstrząśnięta.
– Ile? – ponaglała ją Ulka.
– Dwadzieścia tysięcy – powiedziała z niedowierzaniem, mrużąc oczy.
– Jutro rano przegadamy, ile możemy dać od siebie – Agata patrzyła, to na Dorotę, to na Ulkę.
– Tylko błagam, bądź wcześnie – poprosiła bratowa.
– Dziś dużo się nie spóź… niłam – dokończyła ledwo dosłyszalnie.
– Co jest? – spojrzały z zainteresowaniem na wejście.
– Co to? – Agata przycisnęła się spanikowana do kontuaru, osłaniając się Dorotą.
W wejściu stał Eric z białym psem na smyczy i z dumą uśmiechał się do żony.
– Kicia, to twój nowy lokator – podchodził lekkim krokiem.
– Nie zbliżaj się! – krzyknęła – Eric, zabierz to zwierzę – mówiła z przerażeniem.
– Kicia, to szczeniak – ignorował jej paniczny strach.
– Nie obchodzi mnie to, jest wstrętny i … Ericu co ci odbiło, że go tu przyprowadziłeś, zawieź go do schroniska – rozkazywała drżącym głosem.
– Kicia, ja go z końca świata sprowadziłem, choć przywitaj się z nim – Zimmer zdawał się nie dostrzegać histerii żony.
– Odejdź – przesuwała się powoli w kierunku wejścia do recepcji.
– Eric, ona się cała trzęsie – ostrzegła go Ulka.
– Zabierz go – Agata miała łzy w oczach – proszę – jej głos łamał się ze strachu.
Dorota nie czuła strachu, owszem pies nie wzbudzał instynktu, jaki powinien wywoływać szczeniak, bo na takiego nie wyglądał, jednak nie bała się go, tym bardziej że Eric trzymał go na grubej, skórzanej smyczy.
– Jest okropny, po co go tu przywiozłeś? – mówiła trochę spokojniej zza recepcji nie odrywając wzroku od psa, którego ogon tańczył niczym śmigło przed startem.
– To najwyższa półka, Kicia on ma sześć miesięcy, to dzieciak – Eric nie przejmował się atakiem paniki żony.
– Jakoś nie czuję się jak przy dziecku – mówiła z sarkazmem, ze wstrętem patrząc na białego psa.
– Bo nie śmierdzi kupą i sikami, to wyszkolona bestia – z dumą poklepał psa po grzbiecie.
– Bestia to dobre określenie – mówiła spokojniej, ale jej wzrok wciąż pilnował najmniejszego poruszenia psa.
– Kicia, on z nami zamieszka – oznajmij swobodnie Eric.
– Ja się wyprowadzam – rzuciła zdecydowanie.
– Oj, przesadzasz – obrzucił żonę pełnym poirytowania spojrzeniem.
Dorota z coraz większym zdumieniem patrzyła na psa, który posłusznie stał przy nodze Erica.
– Black Ozzy siad – rozkazał, po czym pies momentalnie usiadł.
– Jak ty go nazwałeś? – kpiła – przecież on jest obleśnie biały.
– Ooo – dołączył zainteresowany hałasem Jacek. – Dogo Argentino – mówił z podziwem przyglądając się psu.
– On ma napisane na czole "Jestem kilerem, zjem cię na śniadanie!" – Agata prawie krzyczała, nie mogąc uwierzyć, że nikt nie podziela jej lęku. – Nie waż mi się, przyprowadzać go do domu – ostrzegła, po czym uciekła korytarzem.
– Czy on naprawdę jest taki straszny? – Eric patrzył lekko zagubiony.
– Trochę – Dorota podeszła bliżej i z lekką obawą pogłaskała gładki grzbiet psa.
– Co z nim teraz zrobisz? – spytała z ciekawością Ulka.
– Jak co, przecież go nie oddam, to nie pies, to skarb – mówił ze śmiertelną powagą.
– No ale Agata, sam widziałeś... – kontynuowała Ulka.
– Agata to nie problem, dam jej czas, za kilka dni będzie w nim skrajnie zakochana i nie pozwoli się go nikomu dotknąć.
– Ale Eric, nasz hotel nie przyjmuje zwierząt – Ulka zaznaczyła z lekką nutą złośliwości.
– Już przyjmuje – powiedział ignorancko – poza tym to nie zwierzę, to tegoroczny zwycięzca świata – powiedział z dumą klepiąc psa.
– Naprawdę? – Magda wychyliła się zaciekawiona – Masz jego puchar?
– Jeszcze nie, zdobędzie go w listopadzie.
– Jak to? – dziewczyna mrużąc oczy próbowała odkryć logikę w słowach swojego szefa.
– Nie ma na niego mocnych, ja to wiem – mówił z brawurą.
Dorota w drodze do domu wciąż śmiała się, z niedowierzaniem wspominając wydarzenia mijającego dnia. Nie mogła doczekać się wieczoru, by na codziennej partyjce wirtualnej z Anitą, opowiedzieć jej o nowym domowniku Zimmerów.
– To już ta godzina – Antek ze zdziwieniem spojrzał na Dorotę, stojącą wyczekująco przy komputerze za jego plecami.
– Nareszcie ta godzina – powiedziała z ekscytacją, stawiając kubek z gorącą herbatą przed monitorem.
– Dobra, ja idę do dziewczynek – zostawił ją samą.
Czekała z niecierpliwością, aż pojawi się Anita, ale nie było jej. Zajrzała do maila i z zawodem przeczytała list od niej, że nie będzie jej przez trzy dni. Była zła, że Jacek tak długo siedział przy jej komputerze, pozbawiając jej codziennej piętnastominutowej rozrywki. Z rezygnacją patrzyła w monitor.
– Podejmiesz walkę? – dostała wiadomość od kogoś o loginie cobra666.
Patrzyła z lekką niepewnością na monitor i poczuła wstyd połączony z rozbawieniem, czując się zdekonspirowana.
– Co za infantylna ksywa – odpisała.
– Infantylnie to w trakcie pracy grać na kurniku.
– Każdy ma prawo do chwili rozrywki.
– Nic nie powiem, nikomu.
– Wielkie halo, każdy to robi.
– Każdy tak, ale ciebie uważałem za kogoś innego, za kogoś o wiele lepszego od tak zwanej przeciętnej.
– Cóż okazało się, że jestem taka jak wszyscy.
– To jak, Dor31, go czy brydż?
– Nie znam brydża.
Siedziała bardzo długo przed komputerem. Jacek piszący, pozbawiony cynizmu był niezłym kompanem. Grając, komentowali wszystko, co się działo w hotelu. W wielu jego opiniach ciężko było nie dostrzec sarkazmu, jednak był on dużo bardziej przystępny w relacji pisemnej. Od tego wieczoru ich spotkania stały się miłą codziennością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz