niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 30 - Black Ozzy

Chciała wyłączyć uporczywie dzwoniący budzik, ale z niezadowoleniem przypomniała sobie obietnicę złożoną Ulce. Delikatnie wymykała się z łóżka zaskoczona, że Eric jej nie zatrzymuje. Ze zdziwieniem odkryła, że go nie ma. Pierwsze, o czym pomyślała to, że Eric wyszedł z bestią. Wzięła prysznic i w krótkim szlafroku odświeżona schodziła na dół, tylko po to, by po chwili, sprintem wspinać się na górę ponownie. Na dole schodów leżał beztrosko rozłożony potwór, który jednak słysząc jej kroki, zerwał się błyskawicznie na równe nogi i zaczął kręcić młynka ogonem.
– Siedź tam – rozkazała – Eric! – krzyczała, ale nikt nie odpowiadał.
Usiadła na łóżku z bijącym sercem, uświadamiając sobie, że ta krótka chwila adrenaliny będzie ją kosztować kolejny prysznic, i że na pewno się spóźni.
– Eric, gdzie jesteś? – wykrzyczała do telefonu.
– Jadę do Poznania – powiedział obojętnie.
– Eric nie rób sobie jaj, proszę zabierz tego psa, nie mogę wyjść do pracy – starała się mówić spokojnie, by mieć szansę na przekonanie męża.
– Kicia, on ci nic nie zrobi.
– On się na mnie patrzy jak na przekąskę – rzuciła ze złością.
– Kicia, on jest najedzony i po długim spacerze, po prostu zejdź – powiedział lekko zniecierpliwionym głosem.
– Eric, dlaczego mi to robisz? – zapytała z rozpaczą i niedowierzaniem w zaistniałą sytuację.
– To samo pytanie mogę zadać tobie – powiedział, rozłączając się.
Zrezygnowana siedziała w sypialni. Nie miała pojęcia co robić. Wiedziała doskonale tylko to, że nie przejdzie obok psa.
– Cześć Ulka, mnie dziś nie ma, nie pytaj dlaczego – powiedziała zrezygnowana.
– A co z turniejem? – bratowa jak zwykle skupiona była na służbowych sprawach.
– Chora jest? – usłyszała Dorotę w tle.
– Chora jesteś? – powtórzyła Ulka.
– Tak, a jeżeli chodzi o turniej, to zadzwoń i powiedz, że damy nagrodę najwolniejszemu albo najszybszemu. Na jedno wychodzi – powiedziała zrezygnowana.
– Ile? – rzeczowo zadawała pytania Ulka.
– Policz, ile na nich zarobimy. Niech Dorota ustali, ilu ludzi od nich jest przewidzianych i jaki będzie koszt integracji. Z tego weźcie na nagrodę trzydzieści procent. Tyle, myślę, możemy dać – analizowała, jednak była świadoma tego, że jeżeli jej propozycja będzie zbyt wygórowana to Ulka nie narazi hotelu na marnowanie środków.
– Dobra zadzwonię później i powiem, jak wyszły wyliczenia – lekko władczym tonem zakończyła rozmowę Ulka.

Z satysfakcją odkryła, że laptop Erica został w sypialni, co oznaczało, że dzień nie będzie zupełnym więzieniem.
Po godzinie poddała się i próbowała zejść ze schodów. Ale biały pies zerwał się ponownie i wyczekująco na nią patrzył bez ruchu. Czekał, by ją pochłonąć.
Wklepała w google hasło – "dog agentyński" i z przerażeniem czytała wszystkie dostępne informacje. Na jednym z angielskich forów zarejestrowała się opisując swoje położenie, zadając wprost pytanie, jak się przed nim bronić. Po minucie forum wrzało. Jedni pisali niewybrednymi słowy, że jest nieodpowiedzialna, inni, że nie rozumieją jej obaw, jeszcze inni dopytywali o pochodzenie psa, czy na pewno jest rasowy. W to ostatnie nie wątpiła przez najmniejsza chwilę. Nie potrafiła napisać niczego o jego pochodzeniu, napisała tylko jego imię – Black Ozzy - co po piętnastu minutach użytkownicy forum zidentyfikowali jako – Walter Grant Word – skupiając się na jego arystokratycznym pochodzeniu. Nikogo już nie obchodziło, jak ma ocalić swoje życie, jak poluzować kilkutonowy uścisk, jak wyjść ze swojego domu. Zaczęło ją irytować nagłe podniecenie wirtualnych zainteresowanych, tysiące pytań o pigmentowanie nosa, o kościec, ułożenie ogona. Jedyne, co mogła o nim powiedzieć to to, że jest obrzydliwie brzydki, że nie pozwala jej zejść na dół, a ona robi się naprawdę głodna.
Od poprzedniego popołudnia nie zeszła na dół, powoli zaczęła się dusić w jednym pomieszczeniu. Udając przed samą sobą, że sytuacja jest pod kontrolą próbowała zrobić porządek w garderobie, ale nic nie było w stanie na tyle ją zająć, by zapomniała o psie, o podnieceniu jego pana. Żałowała, że nie ma swojego komputera, w którym Jacek zainstalował jej monitoring i w którym od kilku dni obserwowała Antka, jeśli był, a jeśli był, to gdzie. Obmyślając strategię, jak się poruszać, by się z nim nie spotkać, by to, co się wydarzyło nie miało dalszego ciągu. Nie chciała doprowadzić do rozmowy, po której musiałaby unikać go już zawsze i wszędzie.
Spojrzała na komputer i jej przypadkowe pojawienie się na forum, wciąż było komentowane. Ktoś pytał, kiedy pies zdobędzie uprawnienia hodowlane, cokolwiek to oznaczało, nie miała pojęcia. Nie mogła uwierzyć, że zadała pytanie, jak przeżyć, a w Internecie wrzało od pytań zainteresowany kryciem swoich suk właśnie tą samą bestią, która czyhała na jej życie na dole schodów. Pomyślała, że hodowcy psów to psychopaci, co zupełnie zgadzałoby się, jeżeli chodziło o jej męża. Mało go obchodziło, że jest przerażona. Ostatni wieczór upłynął mu na rozmowie z Henrym, ojcem.
Henry był sędzią wystawowym, guru kynologicznym, stale podróżującym po świecie, z dumą przyjmowanym na najbardziej prestiżowych wystawach psów. Eric wychowywany przez ojca wdowca, wśród psów i koni nie mógł być ignorantem, ale dlaczego bez uzgodnienia sprowadził właśnie tego psa? Tego zrozumieć nie potrafiła. Ich wieczorna rozmowa dotyczyła kontowania, mózgoczaszki, championów z dziada pradziada i planów wystawowych.
Agata pomyślała, że może Henry ją uratuje i z nadzieją zadzwoniła.
– Cześć, staruszku – przywitała się.
– Witaj piękna synowo – jego głos jak zawsze był pełen ciepła i życzliwości do jej osoby.
– Henry, a ty w domu? – nie ukrywała zdziwienia, słysząc w oddali głosy stadniny.
– Gdzieś trzeba umrzeć – mówił pogodnie.
– Głupiec – udała urażoną – Henry, wiesz, że Eric psa do domu przyprowadził?
– Nie mogłem usnąć z podekscytowania, koniecznie muszę go zobaczyć.
– Ty nie mogłeś usnąć, a ja nie mogę zejść na dół. Henry, ja się go boję – wyznała z błaganiem.
– Jak się zachowuje, jak schodzisz? – zapytał rzeczowo.
– Patrzy na mnie – powiedziała cicho.
– Chodzi mi o jego reakcję. Czy jest podekscytowany czy zainteresowany?
– Henry, nie wiem, patrzy na mnie, stoi i patrzy – odpowiadała zniecierpliwiona.
– A ogon?
– No co? Ma ogon.
– Jak się porusza?
– No, porusza się szybko – ze szczytu schodów z rezerwą obserwowała psa.
– Rzuć mu coś do jedzenia i zobacz czy się tym zainteresuje.
– Henry ja bym bardzo chciała mieć coś do jedzenia, ale nie mam.
– Nie możesz się bać, pod żadnym pozorem. Zbiegnij swobodnie ze schodów, udawaj, że nic sobie z tego nie robisz, to szczeniak – łagodnie ją zachęcał.
– Inaczej wyobrażam sobie szczeniaki – nie ulegała zapewnieniom swojego teścia.
– Nie możesz się go bać. Postaraj się nie osłabić pasji Erica – poprosił.
– Postaram się – zapewniła, przewracając oczyma.
– Wiesz czym było dla mnie to, że wczoraj zadzwonił i powiedział, że kupił psa z najlepszej z możliwych linii – w jego głosie było tak wiele wzruszenia, jednak nie ulegała temu.
– Czym? – zapytała krótko, mocno zdezorientowana obrotem rozmowy.
– To, że mój syn, jedyne dziecko, nie porzuciło tak zupełnie swojego dziedzictwa, świata w którym go wychowałem, wiesz czym to dla mnie jest, starca, który całe życie spędził na wystawach?
– Wiem, Henry – czuła wstyd za swoje zachowanie, nie potrafiła jednak podzielić emocji teścia – tylko, że on jest taki brzydki – powiedziała szczerze, próbując rozładować pełne nostalgii poruszenie starca.
– Dziecko, przyzwyczaisz się, jeżeli jest taki, jak opisuje go Eric, to będzie waszą dumą na wystawach.
Beztrosko zbiegła z czterech stopni, na piątym już się zatrzymała. Rekordem było sześć stopni, ale potem z prędkością światła wbiegała na górę.
Siedziała na szczycie schodów i patrzyła na śpiącego psa.
– Cześć, jestem Agata – mówiła do zwierzęcia – jestem głodna, ty pewnie też, dlatego nie schodzę. Cokolwiek nie płynie w twoich żyłach mam nadzieję, że nie posilasz się ludźmi.
Pies stanął na nogi machając ogonem patrzył na nią z nadzieją.
– Co, myślisz, że jestem wariatką, pewnie jestem. Ale innego rodzaju. Instynkt samozachowawczy mam nadmiernie rozwinięty. Naprawdę. Wiesz, co robię jak jestem sama i się nudzę? Tam, za tobą, leży mój laptop – pokazywała psu, który wciąż się w nią wpatrywał – podglądam, śledzę kamerami hotelowymi jednego faceta. Niby nie chcę mu wejść w drogę, ale jak widzę, jak wysiada z windy na parkingu i spogląda na mój samochód, czuję zawód, że go tego dnia nie zobaczę. Pytasz o twojego pana, tego wariata, który nas zostawił samych? Bez obaw, to facet mojego życia, jest dla mnie najważniejsza osobą, bez niego nie ma sensu totalnie nic, ale bez tamtego chyba też. Słyszałeś o mormonach? Nie? Szkoda. Ale ja nie mogę mieć drugiego męża, bo tamten ma żonę, którą też kocham. Co tak patrzysz? Odkryłeś, jaki to komfort być tylko psem, hę? Spoko, ja jestem silna i mocna, nie złamie mnie nic. Bo ten drugi nie jest tak do końca fajny, choć jest. Myślisz, że można chcieć pocałować przyjaciela? Może można. Wiesz co ,Black Ozzy? Przekonałeś mnie. Zapominam o tamtym wieczorze, taki reset robię, nie było tamtego wieczoru. Dam radę. Skoro mówisz, że dam, to dam, w końcu jesteś psem, masz instynkt i gdybyś tylko nie chciał mnie zjeść, moglibyśmy się dogadać.
– Eric, za ile będziesz? – spytała, siedząc zrezygnowana na schodach.
– Kicia jutro, jest dobry hotel tutaj, który nas potrzebuje.
– Jak to, jutro? – prawie krzyknęła.
– No jutro, kochanie.
– Eric ja wołam hycla, jest godzina szesnasta, a ja jeszcze nic nie jadłam, nie zeszłam na dół – krzyczała.
– Jak to, nie dałaś mu jeść?! Z nim trzeba wyjść na spacer – był skrajnie oburzony.
– Nie obchodzi ciebie to, że ja nic nie jadłam?! – zapytała obrażona.
– Ty z własnego wyboru, ale czemu on jest winny, co on takiego tobie zrobił? – jego głos był pełen pretensji.
– Chce mnie zjeść – powiedziała, jednak wcześniej odkładając słuchawkę.
Jeszcze raz, ostatni spróbowała udać beztroską, ale siły starczyło jej tylko na pięć schodów.
Wybrała numer recepcji.
– O, cześć Magda, ty jeszcze w pracy?
– Wpadłam na chwilę, bo zapomniałam kluczy.
– A Ulka już wyszła?
– Nie, jest przy recepcji, dać ci ją?
– Daj! – Agata tego dnia nie była w stanie ulec nawet zawsze uśmiechniętej recepcjonistce.
– Hej, jak się czujesz? – zapytała Ulka bardziej z obowiązku niż prawdziwej troski, o co Agata nie mogła mieć pretensji, gdyż w bratowej właśnie najbardziej ceniła pełne oddanie pracy. To, że nic nie było w stanie rozproszyć jej skupienia związanego z wykonywanym zadaniem.
– Masz jakieś namiary na hycla? – zapytała bez wstępów bratową.
– Kogo? – zapytała ta nie rozumiejąc.
– Kogoś, kto wyłapuje psy. Ulka, ja nie jestem chora, ja nie mogę zejść na dół, bo ten pies na mnie poluje.
– Żartujesz sobie?
– Nie, do tego Eric wyjechał i wróci jutro.
– Dobra, coś załatwię.
– Dzięki.
Weszła do sypialni i czekała na jakikolwiek odzew. Zadzwonił domofon, a ona bez pytania otworzyła windę i zezwoliła na wjechanie.
– Nie łam się, stary – spojrzała na psa – twój pan jutro ciebie odbierze, jesteś tak paskudny, że na pewno nikt ciebie nie będzie chciał.
Widziała jak pies się napina, słyszała odgłos jego stukających paznokci o podłogę, sapanie.
– Ale z ciebie potwór – usłyszała znajomy głos i w przerażeniu zbiegła na dół, chcąc obronić go przed bestią.
Stałą jak zahipnotyzowana, patrząc jak Antek, tarmosi psa, jak klepie go po grzbiecie, drapie pod szyją.
Spojrzał na nią zamyślony, patrząc jej w oczy, ale po chwili przybrał swoją chłopięcą pozę.
– Możesz się ubrać? – spojrzał wymownie na jej krótki szlafrok.
– Przepraszam, nie wiedziałam że to ty – wybełkotała, nie mogąc otrząsnąć się z siły jego spojrzenia.
– Miał być hycel – uśmiechnął się z lekka ironią, znacząco unosząc brwi, a jej zrobiło się żal, że ta krótka chwila tak szybko się ulotniła.
– Już się ubieram – wbiegła spłoszona po schodach.
Ubierając się, zapomniała o wszystkim, co sobie obiecywała, co przyrzekła, czego miała się trzymać. Teraz liczyło się tylko teraz, tak jak zawsze gdy byli sami.
Gdy zeszła, pies jadł z zapałem karmę z miski i łapczywie popijał ją wodą.
– Bałam się go – odpowiedziała z wyrzutem, na wymowne spojrzenie Antka.
– Jak go nazwałaś?
– Puszek – zadrwiła patrząc na gładką, atłasową sierść psa.
– Nie nazwałaś go?
– To pies Erica, on mu wybrał imię – przez chwilę się zawahała – Black Ozzy – roześmiała się.
– Przecież on jest biały – patrzył oniemiały.
– No jest – patrzyła z rozbawieniem w jego twarz, napawając się jego obecnością.
– Dobre – oparł się o ścianę – jestem pełen podziwu dla jego kreatywności.
– Ja też, zważywszy na to, że by mnie z bestią oswoić, zostawił nas samych na dwa dni.
– Eric dziś nie wraca? – ni spytał, ni potwierdził. Trudno było odczytać emocje zawarte w jego głosie.
– Nie, został w Poznaniu.
– Trzeba go wyprowadzić – powiedział biorąc grubą, skórzaną smycz.
– Utrzymasz go? – zapytała z rezerwą.
– Daj spokój, to szczeniak – powiedział zakładając mu smycz.
– Gdzie go wyprowadzimy? – spytała z obawą.
– Agata – przytrzymał ją za ramię – on nic by ci nie zrobił, chyba że po prostu szukasz pretekstu, by wywieźć mnie do lasu – powiedział patrząc jej w oczy z przekorą, z iskrą ironii, której tak bardzo jej brakowało.
Jechali jej samochodem, z tyłu na siedzeniu siedziała bestia z zainteresowaniem obserwując otoczenie.
Znów była w miejscu, gdzie istniały baśnie, gdzie nie było niczego, co przywoływałoby ich do powrotu do rzeczywistości.
Antek dał jej smycz, a ona pełna obaw starała się utrzymać psa. Po chwili było to dziecinnie proste, wręcz zabawne. Biegała od drzewa do drzewa z białym psem, który nie odróżniał się od zalęgającego wszędzie śniegu.
– Może go puścimy luzem? – zaproponował.
– A jak ucieknie? – zapytała wręcz przerażona tą perspektywą.
– Jeszcze niedawno chciałaś go do schroniska oddać – powiedział z wyraźnym zarzutem, naśmiewając się z niej.
– No tak, ale to było zanim pani nie poznała Ozzyego – poklepała psa, który z radością uderzał ją ogonem
– Nie ucieknie – zapewnił.
– Jesteś pewien? Jest biały jak ten śnieg, nie znajdziemy go – wciąż miała obawy.
– Znam się na psach, on nie wygląda na uciekiniera, jest w tobie zakochany.
– No jasne – roześmiała się – głodziłam go przez cały dzień, nie wyprowadziłam, chciałam oddać do schroniska, jest za co mnie kochać.
Odebrał jej smycz i spuścił psa.
– Ozzy, Ozzy – krzyczała, gdy tylko oddalał się za daleko. – Wracaj – upominała, a pies wracał.
– Widzisz?
– Lubi mnie – kucnęła pozwalając psu na powąchanie jej twarzy. – On mnie naprawdę lubi –mówiła z zachwytem.
– Jest mu już zimno – powiedział biorąc go na smycz.
– Skąd wiesz?
– Nie ma podszerstka, musisz na niego uważać. I latem obserwować, bo kleszcze lubią jasną sierść – pouczał ją z powagą.
– Skąd tyle wiesz? –zapytała wsiadając do samochodu, spoglądając na niego z respektem.
– Mam psa, zawsze miałem psy. Jestem chłopak ze wsi.
– Jesteś z Krakowa, to taka dzika głusza.
– Teraz to jest Kraków, ale jak byłem dzieckiem była to wieś i wiesz co, miałem psa, który przebijał Black Ozzyego w nazwie – zadumał się z satysfakcją.
– Black Merlin? – rzuciła, śmiejąc się sama z nazwy, którą właśnie wymyśliła.
– Nie, miałem psa, który nazywał się Koń.
– Koń? – niedowierzając, prawie krzyknęła.
– Moja siostra zamarzyła sobie psa i ojciec przywiózł taki mały kłębuszek. Miał być malutki, taki dla grupki rozhasanych dzieci. Jedyne czym się wyróżniał to wielkość kup, jakie walił. Andrzej powiedział, że wali jak koń i tak został, do tego wyrósł naprawdę na konia.
– Był aż tak wielki?!
– Robił nam za kucyka – powiedział zapatrzony w przestrzeń.
– Musiał być wielki – nie ukrywała podekscytowania, które zawsze ją ogarniało, gdy opowiadał o swoim dzieciństwie. W zamyśleniu tworzyła sielankowy obraz grupki szczęśliwych dzieciaków i ich wielkiego psa. – Co się czuje, jak pies odchodzi? – niepojęcie zaczęła bać się utraty nowego przyjaciela.
– Boli, do tego w życiu jest tak, że jak coś się dzieje, to lawinowo.
– Tak było – powiedziała ze zrozumieniem.
– Było – zamyślił się. – Zmarł mój ojciec, odszedł Koń.
Spojrzała na niego i była pewna, że było coś jeszcze. Nie miała wątpliwości.
– To wtedy stało się to – spojrzała wymownie na odtwarzacz Cd.
Długo się nie odzywał. Nie okazywał cienia emocji.
– Wtedy – przytaknął chłodno.
– Potrójny ból.
– Wtedy obchodził mnie tylko mój ból, moja porażka – patrzył na biały las.
– Boli jeszcze?
– Nie, ale ciężko było mi się z tym pogodzić – westchnął, zanurzony w swoich tajemnicach z przeszłości.
– Jaka ona była? – z uwagą obserwowała jego oblicze, jakiego jeszcze nie znała.
Roześmiał się.
– Wtedy doskonała, dziś jest wyrachowaną suką i jedyna rzecz, jakiej żałuję to to, że nie słuchałem, tych którzy byli obok mnie, na przykład Wendy.
– Ostrzegała cię? – z każdą opowieścią Wendy budziła w niej coraz większą sympatię.
– To była ich koleżanka z klasy, poszedłem z nią na połowinki, ponieważ mnie o to poprosiły. I tak jakoś poszło dalej. Pierwsza miłość i wszystkie związane z tym pierdoły, a Wendy, niczym wiedźma, wciąż mi powtarzała: każda, byle nie ona.
– A Piotruś?
– Piotruś to idealistka, sama nigdy emocjonalnie nie była poukładana. Wendy zawsze była zasadnicza. Wciąż sprowadzała mnie na ziemię, a ja ile razy bym nie walnął w bruk, brnąłem jak głupiec dalej. Miałem mały bar z bratem, tak mnie urobiła, że przepisałem go na nią, jak i mieszkanie, samochód. Miałem dwadzieścia trzy lata i wszystko się posypało jak lawina. Zostawiła mnie dla jakiegoś dupka, który prał ją po kilku miesiącach, ale miał więcej barów, samochodów i mieszkań. Oczywiście, co było na nią, zabrała. I od tamtej chwili Kraków, każde miejsce, a uwierz, byłem z nią prawie wszędzie, kojarzy mi się z moją głupotą, każdy polski kawałek muzyki z jakimś etapem, od którego chciałbym się odciąć na zawsze, zostawić go.
– Widziałeś ją od tamtej pory?
– Tak. Przyjechała do Wrocławia, miesiąc przed moim ślubem.
– Po co? – Agata czuła wzburzenie pomieszane z zaskoczeniem.
– Myślała, że do niej wrócę – zakpił.
– Co czułeś?
Milczał długo, a ona nie naciskała.
– Chcesz już wracać? – zaproponowała delikatnie.
– Miałaś kiedyś wrażenie, że na coś nie zasługujesz? – spojrzał na nią z powagą, stalowym wzrokiem.
– Z reguły budzę się z tym każdego dnia.
– Ja tak mam z Dorotą. Przez cały czas zastanawiałem się, czy jestem jej godzien, co zrobiłem w swoim życiu, by z nią być. Wtedy patrząc na Kaję, tak miała na imię, zastanawiałem się, czy ktoś jej pokroju nie jest mi, po prostu przeznaczony?
– Dlaczego? – patrzyła uważnie, chcąc zrozumieć w pełni.
– Bałem się, że nie podołam.
– Ale podołałeś? – zapytała z nadzieją.
– Ozzy się nudzi – zakończył raptownie rozmowę, sugestywnie patrząc na tylne siedzenie.
– Dobra wracamy – pogłaskała psa – nie wiem, ale wydaje mi się, że on wyładniał.
– Co ty, nadal jest paskudny – pogłaskał go jedną ręką, drugą trzymając kierownicę.
– Masz jakieś nowe płyty? – zapytała spokojnie, pomimo kłębowiska emocji w sobie. To była jego decyzja, to on zakończył rozmowę w wybranym przez siebie momencie.
– Trochę się ich uzbierało, moja siostra wraca do formy.
– Podrzucisz mi coś jutro?
– Jak nie będziesz się przede mną chować.
– Dlaczego sądzisz, że się przed tobą chowam?
– Po prostu wiem, ale mam nadzieję, że już wszystko wraca na miejsca, gdzie wszystkim jest dobrze – spojrzał pytająco.
– Tak. Wraca – powiedziała cicho.

Nie miała sumienia zostawić Ozzyego na dole, gdy patrzył na nią swoimi pełnymi ufności ślepiami.
– Chodź – zawołała, a on z radością wspiął się za nią po schodach.
I choć planowała, że będzie spał na podłodze, słysząc jego oddech nie potrafiła usnąć w wygodnym łóżku.

Obudziła się zrelaksowana i radosna, wtulona w wielkiego białego psa o największym uśmiechu, jaki było dane jej widzieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz