niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 32 - 16.04.2006r.

Czy może być piękniejsza pora roku niż wiosna w pełnym rozkwicie? Czy może być coś przyjemniejszego niż poranne, radosne staccato mocnego ogona tylko dlatego, że kolejny dzień się właśnie rozpoczął? W końcu "Największą przyjemnością w posiadaniu psa jest to, że możesz się przed nim wygłupić, a on nie tylko, że się nie będzie śmiał, ale też zrobi z siebie głupka." Czyje to było? A… Samuel Butler. To było o psie, teraz jest niedziela, a czy może być lepszy dzień niż niedziela, na to by cieszyć się tym wszystkim z przyjacielem?
Agata malując rzęsy, nawet przez moment nie zaprzątała sobie głowy jakimikolwiek wyrzutami. Przestała analizować, a może tak bardzo kamuflowała swoje emocje? Czy też po prostu wątpliwości zniknęły?

Nawet to, że nikt nie wiedział o ich dziwnym zwyczaju, przestało ją w jakikolwiek sposób niepokoić.
Eric znowu pochłonięty pracą był w wiecznych rozjazdach, jednak gdy był, była tylko dla niego i z nim, nawet w niedzielę.
Do grona jej przyjaciół dołączyła dziewczynka, siedmiolatka, która każdą sobotę czyniła wyjątkową i ekscytującą.
Zuza wciąż była Zuzą, zwariowaną, niepoprawną, niepokorną, najlepszą z najlepszych, jedyną.
Dorota nie była Dorotą, którą poznała. Choć wciąż była nieśmiała, to jednak daleko w przeszłości pozostawiła wizerunek sprzed lustra. Teraz można było obcować z kobietą promieniejącą wewnętrzną siłą, śmiejącą się głośniej, mówiącą pewniej. Widok, który tak bardzo poruszył Agatą. Teraz patrzenie na nią dawało jej niepojętą satysfakcję i poczucie dumy.
Relacje z rodzicami były dużo lepsze, dalekie od tego, jak naprawdę powinny wyglądać, ale wszystko było na dobrej drodze.
Robert, Ulka i ich synowie stali się częścią jej świata. Świata, w którym kłótnie pomiędzy bratem i siostrą były codziennością, jednak bardzo daleką od tej sprzed kilku miesięcy.
Hotelowi pracownicy dotarli się, tworząc zgrany zespół. Rozpierała ją wewnętrzna radość, na myśl o tym, że wszystko układa się nad wyraz pomyślnie.
Jej komórka zawibrowała.
– Już schodzimy – odpowiedziała do telefonu.
Z radością wzięła smycz i weszła z Ozzym do windy.
Pies podbiegł do jej auta.
– Nie, Ozzy – lekko upomniała go.
– Ozzy, Ozzy! – zawołał go Antek i pies z radością podbiegł do niego.
Z zainteresowaniem przeglądała płyty przyjaciela.
– Ozzy, a ty czego chcesz dziś posłuchać? – odwróciła się do psa. – Ozzy też chce Pati –zadecydowała po chwili namysłu podając pewnie płytę Pati Yang.
– Zuza niepokoi się o ciebie – skomentował jej rozmowę z psem.
– Czy ona kiedyś się nie niepokoiła? – rzuciła bezradnie wzruszając ramionami.
– Masz dla mnie koszulkę? – zapytał śmiejąc się kpiąco.
– Spadaj – klepnęła go w ramię, robiąc naburmuszoną minę.
– Jak wczorajszy dzień z Mileną? – zapytał ze szczerym zainteresowaniem.
– Wiem wszystko! Nawet kto podoba się twojej córce – z satysfakcją droczyła się, mrużąc przebiegle oczy – ale nic nie powiem, bo ja teraz należę do grona zaufanych. Ale spokojnie, trzymam rękę na pulsie.
– Jakby co, to daj cynk, którego kolesia sprzątnąć – udało mu się zachować śmiertelną powagę.
– A może to będzie naprawdę fajny facet?
– Nie ma na ziemi faceta, który był by odpowiedni dla mojej córki – powiedział hardo.
– No tak, zapomniałam, tatuś despota – westchnęła z kpiną.
Wysiadając z samochodu, założyła okulary. Oparła się o maskę i wdychając wiosenny zapach lasu, z radością obserwowała biegającego psa.
– Chodź – podał jej rękę, którą bez najmniejszego zastanowienia ścisnęła.
– Myślisz, że Ozzy jest szczęśliwym psem?
– Agata, przesadzasz – ostrzegł ją, puszczając dłoń.
– Odwaliło mi – zaśmiała się z siebie.
Miała w sobie tyle energii i radości, że z trudem powstrzymała ogromną chęć by skakać i biegać. Tak oddziaływała na nią wiosenna aura. Patrzyła na wielkie drzewa i była gotowa je wszystkie z radością przytulić.
– Dlaczego nie macie dzieci? – zapytał dość spokojnie.
Agata pomimo wszystkiego, nie potrafiła nawet z nim o tym rozmawiać. Nagle wiosna przestała być tak ekscytująca. Jakby słońce nagle zmieniło swą ciepłą barwę, na ostrą, rażącą jasność sztucznego światła, które ją raziło.
– A czy wszyscy muszą mieć dzieci? – starała się zignorować pytanie.
– Nie, ale ty ewidentnie potrzebujesz zaspokoić swój instynkt – poruszał ją ton jego głosu.
Kucnęła i pocałowała psa w wielki pysk, starając się ubrać maskę, najbardziej stosowną do poruszanego tematu.
– To, że zakochałam się w Ozzym, nie znaczy, że zakochałabym się w dziecku – swobodnie go okłamywała, bo znała siebie i swoją słabość do dzieci, które bez pardonu były w stanie namówić ją na wszytko.
– Lepiej podkradać dziecko przyjaciółce – dokuczył.
Podniosła głowę, by spojrzeć na stojącego nad nią Antka. Miał w swoim wzroku tyle wzruszenia, wiary, potrafił zobaczyć ją w roli matki.
– Nie ma kolek, nie trzeba przewijać, sam załatwia swoje potrzeby – udawała, że ją to bawi.
– Byłabyś dobrą matką – powiedział ciepłym głosem, zupełnie nieświadomy tego, jak wielki ból jej zadaje.
– Nie, nie byłabym – powiedziała zamyślona. – Zresztą Eric jest jak dziecko – starała się być przekonująca. Pokazać, że ten temat jest jej obojętny.
– Naprawdę nigdy nie chciałaś mieć dzieci? – patrzył zdumiony.
Nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy. Udawanie ignorancji dużo łatwiej jej wychodziło, gdy grała skupienie na psie bawiącym się grubym patykiem, który posłusznie jej aportował.
– Chciałam, jak miałam trzynaście lat, naprawdę wtedy wierzyłam, że będę w tej roli doskonała – ironizowała z coraz większym trudem.
– Coś ukrywasz? Jest coś. – Patrzył na nią.
Przykucnął przy niej, zmuszając ją wręcz, by spojrzała w jego twarz, prosto w jego oczy.
– Wiesz o mnie i tak zbyt wiele. Pozwól mi mieć jakieś tajemnice – udawała rozbawioną, ale unikała jego wzroku.
– Po co? – nie dawał się zbyć.
– Bo tak jest lepiej – powiedziała, wstając ze złością spod drzewa.
– Co się wkurzasz? – zatrzymał ją, przypierając do drzewa.
– Bo mnie nękasz – patrzyła mu prosto w oczy i już nie potrafiła ukryć rozdarcia poruszanym tematem.
– Ponieważ nie rozumiem, dlaczego akurat tego nie chcesz powiedzieć – był tak blisko, że czuła na sobie jego oddech..
– A ty mi wszystko mówisz? – przyglądała mu się z uwagą.
– Nie – powiedział wyswobadzając ją – są rzeczy, których mogłabyś nie zrozumieć – powiedział po chwili, oddalając się.
– A może jednak – szła za nim, czując, że teraz to ona zyskuje przewagę.
– Może kiedyś powiem ci wszystko – odwrócił się i spojrzał na nią ze złością.
– Ja może kiedyś też – przedrzeźniała go w podobnym tonie. Jednak doskonale wiedziała, że prawda, tajemnica jaką w sobie nosi, nigdy nie zostanie ujawniona, a zwłaszcza przed nim.
– Co się dąchasz? – rzucił, rozładowując chwilowe napięcie.
– Sam się dąchasz – poddała się, lekko uśmiechając się do niego.
– Ty zaczęłaś.
– Nie ma znaczenia kto zaczął, zgoda – wyciągnęła rękę.
– Zgoda – z rozbawieniem podał swoją dłoń.
Gdy ich ręce zetknęły się, zdecydowanie przyciągnął ją do siebie i pocałował w czoło.
– Głupia dziewucha – powiedział.
Wtuliła się z niego z lekkim uśmiechem, rozkoszując się tą chwilą bliskości, nasycając się zapachem jego perfum. Zmusiła się, by oderwać się od niego.
– Wiesz, o czym ostatnio rozmyślałam? – zupełnie nie przejęta jego słowami, wracała na swoje miejsce przy drzewie.
– Pewnie nie jestem w stanie się domyśleć – był rozkojarzony, czy ta chwilowa bliskość mogła być tego przyczyną. Odrzuciła szybko do nikąd prowadzące rozważania.
– Pewnie nie – roześmiała się, wiedząc, że naprawdę nie był w stanie.
– Czy Ozzy będzie za rok szczęśliwy – zadrwił.
– Prawie – powiedziała z uznaniem – tyle rzeczy wydarzyło się przez ten rok – zadumała się. – Zastanawiam się, co będzie dokładnie za rok, tego samego dnia. Jaka będę ja? Jacy będziemy my wszyscy.
– Po co to wiedzieć?
Nie potrafiła tego zrozumieć, ale wzmagała się w niej ciekawość, co będzie dalej, jak to wszystko się potoczy, ułoży. Naprawdę marzyła o tym, by skoczyć na moment w przyszłość i zobaczyć choć jej skrawek.
– Antek, nie chciałbyś tak popatrzeć w jeden dzień za rok? Popatrz, ile dziwnych rzeczy stało się w tym. Rok temu nawet się nie znaliśmy – chciała wzbudzić w nim ciekawość.
– Za rok pewnie już ciebie tu nie będzie, będziesz z Erikiem rozkręcać kolejne hotele – mówił, nie patrząc na nią.
Zaskoczył ją tym wyznaniem. Czyżby on bał się jej wyjazdu, nie chciał go?
– Chyba będę, dobrze mi tu – pogłaskała białego psa, leżącego na jej kolanach.
– Zobaczymy za rok – wyszeptał w zamyśleniu.
Wstała i z zainteresowaniem szukała czegoś. Zdjęła obrożę Ozziego i metalową sprzączką wyryła na drzewie datę: 16.04.2006.
– Za rok będzie dwa tysiące siódmy.
– Ale to data zapoczątkowania naszej tradycji – powiedziała z zaangażowaniem poprawiając ryt.

Czy mogli przewidzieć cokolwiek? Czy mogli choć przez błysk chwili odczuć, co będzie oznaczać ta data, nie tylko kolejnego roku, ale też i następnych? Każdy scenariusz, jaki mogli założyć, nie mógł sprostać temu, co szykowało im życie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz