niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 35 - Wyznanie Antka

Znowu przepełniało ją pragnienie, by świat zwolnił. By pokonanie kilku pięter windą trwało lata. By droga, jaką musiała pokonać, była oddalona o mile.
Z wszystkich sił starała się, by jej ziejąca smutkiem twarz, nie zdemaskowała kłębiących się w niej uczuć. Cokolwiek miało się za chwilę skończyć, musiała udać, że w najmniejszym stopniu nie ma na nią wpływu. Ale nie była na tę grę zupełnie przygotowana. Patrzyła na swoje odbicie z uwagą. Poprawiła usta ciemną szminką, wyprostowała zgarbione plecy i wcisnęła przycisk otwierający windę.
– Co tak długo nie wysiadałaś? – patrzył bez cienia rozbawienia, gdy wsiadła do jego auta.
– Poprawiałam usta, byś mnie od brzydul nie wyzywał – udała złośliwość.
Pokiwał tylko głową i ze smutkiem patrzył przed siebie.
– Powiesz mi, o co chodzi? – musiała udawać zaskoczoną jego powagą.
– Powiem – ale milczał wciąż.
– Coś się stało?
Pokiwał tylko głową.
– Mów – była zniecierpliwiona.
– Wytrzymasz jeszcze chwilę? – był tak bardzo skupiony, tak nieobecny i też smutny.

Potem nie była w stanie przypomnieć sobie, jaka grana była muzyka, czy w ogóle był włączony odtwarzacz, co działo się na ulicach. Nic.
Była pewna, że po raz ostatni wspólnie pokonują tę drogę. Nawet nie chciała sobie wyobrażać, jak będzie wyglądał powrót. Jak poradzi sobie bez jego osoby, przyjaźni, jaką miała nadzieję, że ich łączy.
Gdy wjechali do lasu, zapadła już ciemność, ledwo powstrzymała płacz. Serce waliło jej jak oszalałe. Bardziej niż wtedy, gdy Eric jej się oświadczał, gdy stała w urzędzie i wypowiedziała; tak. Jej serce teraz biło w lęku, traciła coś cennego, coś, czego nigdy nie chciała oddać. I nie sądziła, że utracona wiara może aż tak bardzo boleć.
Padał deszcz. Walił w samochód tak mocno, że prawie zagłuszał muzykę, która teraz i tak była bez znaczenia. Wyłączył odtwarzacz i spojrzał na nią. Czuła jak wszystko w niej wzbiera, miała mdłości, potrzebowała powietrza. Uchyliła drzwi, by poczuć zapach mokrego lasu. Jego intensywność lekko ją uspokoiła.
– O co chodzi? – nie wytrzymała. – Dlaczego nic nie mówisz? – była wzburzona.
– Odciągam moment, po którym nie będziesz chciała mnie znać – patrzył na nią tak, że była gotowa uciec, by nie musieć widzieć jego twarzy.
– To nie mów tego – powiedziała cicho – nie chcę tego wiedzieć, nie chcę ciebie nie znać – zapewniła ze łzami w oczach, biorąc go za rękę – nie chcę, Antek wracajmy – błagała ogarnięta paniką.
– Agatko – pocałował ją w rękę – musisz to wiedzieć.
Jego twarz zdradzała ogromne emocje: rozpacz i rozdarcie. Chciała go pogłaskać, dotknąć jego policzka, zakryć dłonią usta, by niczego nie wypowiedział.
– Co takiego? – powiedziała ze złością przez łzy, poddając się.
– Że nie jestem tym, kim chciałbym być.
Patrzyła oniemiała, bo nie to spodziewała się usłyszeć. Zupełnie otępiała wpatrywała się w niego.
– Nie jestem fajnym facetem, nie jestem uczciwy, lojalny ani moralny – patrzył ze złością na nią.
– Jak to nie jesteś? – zaskoczona słowami, które burzyły schemat ich spotkania, spojrzała na niego z uwagą, czując coraz większy lęk.
– Nie jestem – nie puszczał jej dłoni – a uwierz, pierwszy raz tego żałuję.
– Antek – jęknęła z pretensją.
– Nie sądziłem, że taki kiedyś będę, a potem, że kiedyś przyjdzie mi tego żałować.
Była ogłuszona, ledwo mogła oddychać, ale czekała, patrząc mu w oczy.
– Jak zostawiła mnie Kaja, jak przestało boleć, zacząłem układać sobie życie na nowo. Jedyne czego nie potrafiłem zrobić, to wejść w nowy związek. Każda dziewczyna była jak ona, tak mi się wydawało. Wszystkie były wyrachowane, przebiegłe i zdradliwe. Takie na raz. Wszyscy mieli dziewczyny, zakładali rodziny, a ja tylko pragnąłem, by nikt mi nie zadawał pytania: dlaczego nie ja. Miałem dość wiecznych spojrzeń matki, podejść w rozmowach, czy przypadkiem ktoś się nie pojawił. Powiedziałem w trakcie świąt wszystkim, by nie spodziewali się, że kiedykolwiek jeszcze zaryzykuję, że chcę być sam, że tak mi dobrze. W wakacje Karol namówił mnie na wycieczkę do Egiptu, sami faceci, jego ostatni kawalerski wypad. Tam zobaczyłem Dorotę – uśmiechnął się lekko na wspomnienie – nie muszę ci wyjaśniać, że w niczym nie przypominała Kai. Była zupełnym przeciwieństwem dziewczyn, które lądowały w moim łóżku. Emanowała z niej dobroć, deklaracja: "Nigdy cię nie skrzywdzę". Zacząłem ją obserwować, trochę podglądać. Była smutna, bardzo zamknięta, w zasadzie nie uśmiechała się, nie nawiązywała kontaktu z otoczeniem. Jedynie dzieci jej siostry, którymi się opiekowała, przebijały się do jej świata. Z trudem udało mi się ją namówić na spotkanie, ale udało się. Nie mogłem uwierzyć, że na świecie istnieje ktoś tak niewinny, tak stłamszony i smutny. Robiłem wszystko, by się śmiała i udawało mi się to. Pomyślałem, że jeżeli mam się z kimś związać, to może być tylko ona, tylko jej mogłem zaufać. Robiłem wszystko, by jej nie stracić, by mi uwierzyła i zaufała. A ona wciąż mnie zaskakiwała, udowadniając, że jest spełnieniem moich najskrytszych marzeń o kobiecie idealnej. Podczas wizyty w moim rodzinnym domu Wendy zadała mi tylko jedno pytanie – czy jestem odpowiedni dla niej? Zauważ, zapytała mnie czy ja jestem dość dobry dla niej, nie czy ona dla mnie. To było jak wiadro zimnej wody. Na jakiś czas przestałem ją odwiedzać, ona szybko przestała dzwonić. Gdy spróbowałem, jej telefon był wyłączony. Przeraziłem się, że już tego nie odkręcę, że już nigdy nie da mi drugiej szansy. Oświadczyłem się jej, a ona mnie przyjęła. Gdy byliśmy miesiąc przed ślubem, gdy przestałem analizować dręczące mnie stale pytanie Wendy, pojawiła się Kaja. Patrzyłem na dziewczynę, która zniszczyła mnie, również finansowo. Na kobietę, której nienawidziłem całym sobą, ale której, gdy stała przede mną, pragnąłem fizycznie. Z trudem opanowałem się, gdy podeszła, chcąc mnie pocałować. Wyrzuciłem ją w szale, nie dlatego, że byłem na nią zły, ale że byłem tak słaby, że mając kogoś tak wyjątkowego jak Dorota, pożądałem takiego śmiecia. Ostatkiem sił opanowałem się przed popełnieniem najgłupszej rzeczy w życiu. Po ślubie robiłem wszystko, by moja żona była szczęśliwa. Gdy wolała zostać w domu z dziećmi, nie namawiałem. Uczyniłem wszystko, by czuła się komfortowo w sytuacji matki dzieciom, przy mężu. Kupiłem jej samochód, którego licznik drgnął dopiero niedawno. Dorota nie chciała wychodzić z miejsca, w którym czuła się dobrze, bezpiecznie. Mogłem zrobić wszystko, by jej tam było dobrze, sam jednak nie potrafiłem odnaleźć się w domu. Zaczęło mnie to nudzić, szukałem czegoś innego. Jak się szuka czegoś podłego, to się znajduje i to szybko. Miałem dom, rodzinę i co jakiś czas, na jedną, dwie noce przypadkową dziewczynę. Po pierwszym razie czułem się podle, jak najgorsza szmata. Bałem się, że Dorota rozpozna to po mnie od razu, że nie dam rady ukryć obrzydzenia, które czułem do siebie. Ale ona niestety moje zachowanie wytłumaczyła sobie przemęczeniem, zabierając dziewczynki, by nie przeszkadzały mi wyspać się, odespać noc. Pieprzoną noc, podczas której ją zdradziłem. Obiecałem sobie, że nigdy tego więcej nie zrobię. Ale zrobiłem. Tłumaczyłem to tym, że to wina Doroty, że za bardzo mi ufa, za często wystawia na pokusę. Takie beznadziejne tłumaczenie gnojka. Zacząłem to tłumaczyć postawą mojej żony, coraz bardziej przekonany, że starałem się bardzo, a ona nie pozwoliła się otworzyć, zamykając się w swoim świecie. Potem okazało się jak bardzo byłem w błędzie, jak byłem głupi. Pojawiłaś się ty – spojrzał pełen nadziei – i zrobiłaś coś, co nie udało mi się przez te wszystkie lata. Nie ja, a ty sprawiłaś, że Dorota jest szczęśliwa. W tak krótkim czasie.
– Zrobiliśmy to razem – powiedziała przez łzy.
Zaprzeczył ruchem głowy.
– Nie, Agata, ja tylko robiłem, co mi kazałaś – ściskał jej dłoń, tak mocno, tak, jakby miała za chwilę zniknąć.
Odczekała chwilę. Potrzebowała to wszystko poukładać w swojej głowie na właściwe miejsca. Nie miała odwagi na niego patrzeć, bo wtedy by się poddała, przytuliła go i wszystko wybaczyła, tyle że to nie ona miała wybaczać, nie ona była zdradzaną i oszukiwaną żoną. Więc dlaczego właśnie przed nią się z tego tłumaczył?
– Nadal ją zdradzasz? – zapytała, przełykając ślinę, w napięciu czekając na odpowiedź.
– Nie – odpowiedział po chwili z przekonaniem, a ona poczuła, jak jej serce na nowo zaczyna normalnie funkcjonować.
– Myślisz, że ciebie znienawidzę, że takim byłeś? – spytała z ulgą, ale jego oczy mówiły, że to nie koniec. Spięła się ponownie.
– Znienawidzisz jak powiem ci, co zrobiłem przeciwko tobie – puścił jej rękę, a ona poczuła dreszcz przerażenia, czuła jak jej ciało drży z zimna.
– Przeciwko mnie? – nie potrafiła pozbierać myśli, starając się wyobrazić sobie, co takiego mógł zrobić.
– Ktoś mnie zaszantażował, że powie o wszystkim Dorocie. Byłem pijany, rozmowa toczyła się po dużej ilości alkoholu. Ten ktoś wyśmiał moje słabości, poniżył do upadłego. Udawałem, że się nie boję, chcąc coś udowodnić, coś, co było bezsensem. Wtedy zawarliśmy układ. Zakład, że jeżeli zdradzę jeszcze raz Dorotę, ta osoba wszystko jej powie.
– Co to ma wspólnego ze mną? – i choć doskonale wiedziała, musiała zadać to okropne pytanie.
– To był zakład. Alternatywa dla mojego podłego życia istniała. – Zamyślił się walcząc w sobie, by wszystko powiedzieć do końca – założyliśmy się o ciebie, że jeżeli uda mi się ciebie uwieść, Dorota o niczym się nie dowie, będę mógł nadal robić to, co robiłem.
Wybiegła z samochodu, nie obchodził jej deszcz, nie miało znaczenia, że wiedziała wszystko od Zuzy. Słysząc to od niego bolało podwójnie, czuła się bardziej zraniona, dotknięta, tak jak być powinna, gdyby słyszała to po raz pierwszy. Czuła prawdziwy ból, przeszywający ją na wskroś. Drżącymi rękoma próbowała odpalić papierosa. Oparła się o drzewo i płakała. Szlochała nad tym, że wszystko, czego broniła, okazało się tego niewarte.
– Agata – usłyszała jego załamujący się głos.
– Ok, powiedz, że mnie przeleciałeś, dziś w lesie – krzyczała – tu, przy tym drzewie i bzykaj dalej te wszystkie bazarówki. O to w tym wszystkim chodziło, te wszystkie niedziele, ta twoja pieprzona troska, opowiadanie o mamusi i idealnym domu? By mnie po prostu przelecieć – szlochała – może chcesz mój stanik jako trofeum? – Poczekaj, dam ci go – zaczęła rozpinać bluzkę.
Powstrzymał ją i przytulił, nie pozwalając się wyrwać. Próbowała wyswobodzić się z jego mocnego uścisku, ale był zdecydowanie od niej silniejszy.
– Ciii – uspokajał ją, tuląc – ciii – kołysał ją.
– Dlaczego? – szlochała, poddając się w bezsensownej walce.
– Agata, ja nie robiłem tego, by się z tobą przespać – szeptał jej we włosy – naprawdę, nie po to. Olałem ten zakład, odpuściłem. Po prostu nie zdradzam już Doroty od tamtej chwili. Naprawdę. Wierzysz mi? – odsunął ją i spojrzał w oczy. Czy mogła mu nie uwierzyć widząc łzy na jego rzęsach? To nie był deszcz. To nie był film.
– Dlaczego mi to mówisz? – wciąż płakała.
– Zacząłem się bać, że ten ktoś ci powie o tym idiotycznym zakładzie, że to wszystko zepsuje pomiędzy nami – mówił dotykając jej włosów, ścierając rozlany tusz.
– Od jak dawna trwa ten zakład? – zapytała patrząc mu w oczy.
– Od początku – wypowiedział z trudem.
Był za blisko, by mogła uciec. Dlaczego nie miała siły potraktować go tak, jak na to zasłużył. Dlaczego tak desperacko pragnęła to wszystko uratować.
– Z kim się o to założyłeś? – patrzyła na niego z pogardą, wyczekując odpowiedzi.
– Tego ci nie powiem i proszę, nie naciskaj.
– Dlaczego?
– Bo to nie ma znaczenia, tego zakładu nie było od samego początku – przekonywał, błagalnie na nią patrząc. Tak bardzo chciał, by mu uwierzyła..
– Chcę wiedzieć – powiedziała twardo, wchodząc całą sobą w rolę.
– Nie, tego ci nie powiem – głaskał jej twarz. – Tego nie. Chodź do samochodu, jesteś cała mokra – z troską prowadził ją przez zatopiony w deszczu las.
Okrył ją kocem, jednak to nie sprawiło, że robiło jej się cieplej. Cały czas drżała.
– Naprawdę nie chciałeś mnie uwieść? – pytała z nadzieją, opierając się o samochód.
– Wsiadaj – otworzył drzwi – Chciałem – powiedział szczerze, nie kryjąc zawstydzenia.
– A jednak – na nowo poczuła gulę, która powodowała ucisk w gardle.
– Jak wchodziłem pod górę na Woodstock, jak schodziłem już nie – łagodnie się do niej uśmiechał, odsuwając jej zmoczone włosy z twarzy.
– Naprawdę? – czuła jak narasta w niej nowa siła.
– Nie jestem, aż takim debilem – roześmiał się.
– A potem już nigdy? – upewniała się z ulgą.
– Nigdy – zapewnił krótko.
– Dlaczego? – sama siebie do końca nie rozumiała, dlaczego drąży nadal ten temat.
– Ponieważ wolę mieć ciebie co niedzielę, niż raz się z tobą przespać – powiedział lekko skrępowany.
– To ci wystarcza? – coraz bardziej zaskakiwała siebie bezpośredniością.
– Tak – powiedział, a zabrzmiało jak – musi.
– Mi też – zapewniła. – Kochasz Dorotę?
– Tak – pokiwał głową stanowczo.
– Ja Erica też, a jednak to trochę nienormalne, że dwoje dorosłych ludzi, w szczęśliwych związkach, spotyka się jak my – musiała w końcu o tym porozmawiać.
– Nic złego nie robimy – powiedział w zamyśleniu.
– Ale ukrywamy to – przeszedł ją dreszcz.
– To po prostu relacja, której nikt oprócz nas nie potrafiłby zrozumieć, a skoro ktoś ma tego nie zrozumieć, po co ma wiedzieć.
– Myślę, że my sami tego nie rozumiemy.
– Może w poprzednim wcieleniu byliśmy bliźniakami syjamskimi i dlatego teraz tak nas do siebie ciągnie, ale nie chcemy popełnić kazirodztwa – rzucił rozładowując sytuację.
– Wierzysz w reinkarnację? – spojrzała na niego podejrzliwie, poddając się jego kojącym argumentom.
– Niekoniecznie.
– To lepiej nie wygaduj takich bzdur – rozbawiona złapała go za rękę.
– Musimy to nazywać?
– Nie, tak jest lepiej – powiedziała, choć w podświadomości wiedziała, że po prostu tak jest wygodniej.
Włączył radio. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
– Ta piosenka nas prześladuje – roześmiała się pogłaśniając.
– Ponieważ jest o tobie – pieścił jej włosy – ty najlepsza, jaką znam.
– Przestań – odsunęła jego rękę – kochaj się dziś z Dorotą – powiedziała, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że była to desperacka ucieczka przed jego dotykiem.
– O nią nie jesteś zazdrosna – spytał odpalając samochód.
– Nie, nie mogłabym, jest najlepsza rzeczą, jak ci się w życiu trafiła – zapewniła – a ty o Erica?
– Czasami – zaskoczył ją.
– Ale jesteśmy zrypani – skomentowała nie chcąc na nowo analizować wszystkiego wspólnie.
Długo stała w parkingu sama, jak zahipnotyzowana, nie potrafiąc pojąć tego wszystkiego, co się wydarzyło. Nawet nie potrafiła nazwać tego, co czuła. Wszystkie lęki, jakie tłamsiły ją przez długie miesiące odchodziły, a w ich miejsce pojawiały się nowe. Wtuliła się w swój sweter i z nostalgią wdychała intensywny zapach, jego zapach.
– Już jadę, Zuza – odebrała telefon.

Wsiadła do swojego samochodu i wyjechała z parkingu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz