niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 37 - Brzydki taniec

I nastąpił bal. Tak, jak w każdej historii, w której wszystko ma swoje zakończenie, wszelkie zawiłości zostają wyjaśnione, a szczęśliwi bohaterowie piją szampana.

O balu w Hotelu Zimmer wiedziało całe miasto, cała Polska. Wrzało w mediach, wszyscy celebryci chcieli na nim być.
Dziewczyny siedziały u Agaty w apartamencie i szykując się, słuchały z zainteresowaniem lokalnych wiadomości. Były zaciekawione, czy znajdzie się ktoś, kto zignoruje wydarzenie. Z satysfakcją odkrywały, że nie, że informacja o balu zdominowała lokalne media w całości.
– Mam nadzieję, że on dojedzie – denerwowała się Magda, niespokojnie patrząc na telefon.
Dziewczyny wymieniły między sobą szybkie porozumiewawcze spojrzenia, z rozbawieniem obserwując zakochaną recepcjonistkę, która rozpromieniona od kilu miesięcy mówiła tylko o szachiście.
– Jeżeli jeździ szybciej niż gra, to powinien – Zuza już piła pierwszego drinka. Stuknęła w kieliszek Anity porozumiewawczo. – Jak Grześ nie dojedzie, to mamy dla ciebie parę – Zuza spojrzała tajemniczo. – Psychopata raczej będzie sam – i roześmiała się rozbrajająco.
– O ile będzie – zauważyła Dorota z wielkim powątpiewaniem co do obecności Jacka.
– Bo jak Grześ dojedzie, to okularnik zostanie dołączony do zajebistej hordy Anity, co nie, mała?! – Zuza rzucała całkiem zgrabne złośliwostki, nawet mówiąc po angielsku.
– Mam Gienka i Mariana, ale Jacek też może być. I tak żaden na mnie nie działa – rzuciła obojętnie Szwedka z zaangażowaniem malując Dorocie paznokcie.
– Chyba żartujesz sobie. Żaden? – Zuza wciąż bawiła się, kpiąc dobrodusznie.
– Ale ty mi się coraz bardziej podobasz – rzuciła Anita, zbliżając się do niej kocim ruchem.
– Nie waż się – ostrzegła ta, pasując jednak z dalszymi żartami.

W apartamencie panował zupełny rozgardiasz. Dziewczyny przekrzykiwały się żartując, rzucając dwuznaczne komentarze zarówno wobec siebie, jak i zaproszonych na bal gości.
– Błagam, tylko nie zachowujcie się tak na balu – ostrzegła je Ulka, która była odpowiedzialna za negocjacje z mediami.
– Ulka drętwusie, wyluzuj – objęła ją Zuza.
– I ty, Su lepiej nie pij za dużo – upomniała, obrzucając dziewczynę karcącym spojrzeniem.
– Przestań się stresować, to ja mam mowę powitalną odszczekać – Agata chodziła bez skrępowania w bieliźnie i pończochach. – Zuzka zrób mi drinka, proszę.
– Się robi – poderwała się – ktoś jeszcze sobie coś życzy?
Anita podała jej swoja szklankę, na co Ulka jęknęła poirytowana.
– Dziewczyno, przestań, one specjalnie cię prowokują – uspokajała Dorota.
– Mam pomysł – Zuza roześmiała się rozbrajająco – zamówmy sobie limuzynę.
– Jak limuzynę? – spojrzały na nią wszystkie.
– Mamy się nią przejechać z parkingu na górę – Magda parsknęła.
– Ej zróbmy tak, będziemy miały mega wejście – Agata zapałała atencją do szalonego pomysłu Zuzy.
– Po co? – Dorota nie widziała w tym nic zabawnego.
– Dla jaj – Agata była coraz bardziej zaangażowana.
Ulka bez zbędnych pytań wzięła swój kalendarz i w pospiechu szukała numeru. Po kilku minutach wszystko było ustalone i limuzyna miała czekać na hotelowym parkingu.
– Ale lot – Magda śmiała się, nie dowierzając w to wszystko – Grześ pomyśli, że jestem wariatką – była podekscytowana.
– O ile dojedzie? – zauważyła Su z nutką złośliwości.
– Dojedzie – Magda triumfalnie podniosła komórkę.
– To Anita ma do kompletu okularnika – poklepała pokrzepiająco byłą rywalkę po plecach.
– Przecież wiadomo, że wszystkie jej pomożemy – Dorota się wzburzyła.
– Ja za psychopatę dziękuję – Zuza rozsiadła się w fotelu.
– Tańczyłaś z nim swego czasu, wszyscy cię widzieli – dokuczyła jej Agata wypominając pożegnalną imprezę Szwedki.
Zuza zawstydzona zamknęła oczy.
– Pijana byłam, nic nie pamiętam – udawała, choć wszystkie przez wiele miesięcy jej to skrzętnie przypominały.
– Dziś pewnie też będziesz pijana – Ulka przeglądała się w lusterku, ale Zuza zignorowała ten prztyczek i wyjęła komórkę.
Zuza z rosnącą irytacją rozmawiała z Karolem. Wszystkie naśmiewały się z min, jakie stroiła Lisowa.
– Kochanie, ja tylko proszę, byście stali przed wejściem… Niespodzianka… Nie, nie mogę… Ale czy to jest tak bardzo problematyczne dla ciebie… Dobra, daj mi Antka.
– Dorota, może twój jest bardziej rozgarnięty – podała jej telefon.
– No cześć, czekajcie na nas przed wejściem… Tak… Do zobaczenia.
Wszystkie wybuchły śmiechem.
– Mój Antek jest bardziej podatny na sugestie – uśmiechnęła się usatysfakcjonowana Dorota, która coraz bardziej ulegała wpływom koleżanek.
Nie mogła widzieć zawodu na twarzy Agaty, wchodzącej do łazienki. Nie chciała, by żona jej Antka stała się przebiegłą kobietą, by naśmiewała się z niego w gronie koleżanek. W mniemaniu Zimmerowej tak mogła zachowywać się każda kobieta, ale nie Dorota. I choć zakładała, że to tylko poza, wiedząc doskonale, że nie powinno ją to obchodzić, to nie potrafiła podejść z obojętnością do spraw związanych z Zacharewiczem. W tym wszystkim była coraz bardziej zła na siebie.
– Nie bądź taka – ze złością powiedziała, patrząc na swoje odbicie w lustrze. – Jeżeli dziś uzna, że jesteś brzydulą, to Steve Wonder przy nim to sokole oko – z satysfakcją obserwowała swój dopracowany wizerunek.
– Górska, otwieraj – do łazienki dobijała się Zuza. – Co jest? – pytająco patrzyła na przyjaciółkę.
– Nic, mam zawieszkę – Agata bezradnie wzruszyła ramionami, sama nie potrafiąc zrozumieć, czym powodowany jest jej wewnętrzny niepokój.
– To odwieś się – podała jej swoją szklankę z drinkiem.
– Jestem brzydka – powiedziała do swojego odbicia. Nie mogła zdradzić przyjaciółce, że nie chodzi jej o zewnętrzną powierzchowność, a o to co działo się w środku, pod maską, jaką musiała coraz częściej nakładać.
– Jasne, a Naomi Campbell jest albinoską – zadrwiła Zuza.
– Myślisz, że zawsze będzie tak jak dziś? – z niewinną ufnością spojrzała na Zuzę.
– Górska, pamiętasz? Ja i ty po wsze czasy, cokolwiek się nie zdarzy, my odnajdziemy się zawsze. Nie odrobiłaś lekcji – Zuza pocałowała ją w policzek.
– Zuza, boję się, że to wszystko się skończy – Agata zdradzała jej swój wewnętrzny niepokój. Coraz częściej miała wręcz paranoiczne obawy, że to wszystko za chwilę zniknie. Urwie nagle, jak sen przed dzwonkiem budzika.
– Jesteś chora, to wszystko dopiero się zaczyna, na dowód tego zatańczę z Erikiem – Zuza żywiła zupełnie przeciwne odczucia, z czym wcale się nie kryła, obnosząc się za swoją ekscytacją.
Agata nie potrafiła ulec uniesieniu przyjaciółki.
– Zuza, ja ma złe przeczucia, pamiętasz jak czytałyśmy „Przeminęło z wiatrem”?
– No i?
– Boje się, że ten bal będzie taki jak tamten, że wszystko przeminie – mówiła z powagą.
– Oj i ty mówisz, że ja jestem głupia. Masz zwykłego pietra, ale jakby tu jakiś Red Butler się pojawił, to nie odmówię – naśmiewała się z niewytłumaczalnych obaw Agaty.
– Odwala mi powoli – Zimmer zmusiła się do wyrzucenia z głowy dręczących ją niepokojów, nie chcąc psuć wszystkim zabawy.
– Chodź, założę ci kieckę – z entuzjazmem zaproponowała jej Zuza.
– Zrób mi drinka – poprosiła.
– Zachowujesz się jak pieprzona panna młoda – ale pomimo sarkazmu w głosie poszła i zrobiła jej drinka.
W podekscytowaniu poprawiały swoje makijaże i sukienki. Agata z nostalgią patrzyła po swoich przyjaciółkach i poczuła wzmagającą się dumę. Wszystkie były tak różne nie tylko wizualnie, ale osobowościowo, a jednak udawało im się tworzyć niezwykle zgraną paczkę.
– Miłe panie – ogłosiła Ulka – limuzyna czeka
– Kopciuszki do windy – zaganiała je Agata.
Była limuzyna, szampan, gromki śmiech, róże i panowie w garniturach, czekający na nie przed wejściem.
Nikogo nie obchodziło, że w pierwszej parze szła bogini z dużo niższym gnomem. Nikt nie widział, z jaką uwagą skupiała się na mężu, by choć przez ułamek nie okazać słabości ta, która kroczyła tuż za nimi.

Weszła na scenę, światła były przygaszone, rozglądała się po twarzach, by odnaleźć w nich wsparcie, którego tak bardzo potrzebowała. Byli wszyscy: przyjaciele, mąż, a jednak ostanie spojrzenie skierowała w stronę zielono-brązowych oczu, które swoim chłopięcym spojrzeniem upewniły ją na tyle, by mogła swobodnie przemówić.
– Dobry wieczór – uśmiechnęła się promieniście – każda tradycja ma swoje początki, mam nadzieję, że moje przywitanie rozpoczęło kolejną. Postaram się nie zanudzać Państwa zbyt długo. Dla mnie ten dzień jest szczególny. Mija rok, od kiedy Zimmer Hotel istnieje w Polsce, we Wrocławiu, moim Wrocławiu. Tu, gdzie mam swój rodzinny dom, gdzie jest mój świat – Zuza, Roksi. Wiecie, że wy i ja, to my. – Uśmiechnęła się – Gdzie przypomniałam sobie, że mam brata, lekko irytującego – zaśmiała się. – Poznałam kogoś, kto w chwili gdy chciałam krzyczeć stłamszona, powiedział: ja ci pomogę – popatrzyła na Dorotę, której łzy spływały po policzkach. – Odkryłam osobę o niezwykłych zdolnościach załatwiania wszystkich spraw – skłoniła głowę w kierunku Ulki. – Chciałam podziękować najbardziej roześmianej osobie w tym hotelu, nie muszę mówić o kim mowa – spojrzała po sali upewniając się, że wszyscy patrzą na Magdę. – Dziękuję też sceptykowi, czasami irytującemu bardziej lub mniej – nawet nie mam odwagi na niego spojrzeć, by zmierzyć się z jego cynicznym wzrokiem. Dziękuję wszystkim, którzy tu są i ze mną pracują. Dziękuję Anicie, która zawsze jest, gdy jej potrzebujemy, dziękuję tobie, Ericu, że mi zaufałeś – wzięła za rękę męża – kocham cię. I, dziękuję, że w tym szaleństwie ostatniego roku, ktoś dał mi na chwilę wyciszenia, sprawił, że gdy bardzo potrzebowałam, czas nagle zwalniał. Dziękuje wszystkim, którzy tu są, którzy wspierają swoich bliskich.
I choć bawiło ją to, że większość odebrała jej ostatnie słowa jako akt wyznania wobec nieobecnego psa, mało ją to obchodziło.
– Trochę mnie przeceniłaś – powiedział Antek cicho, podając jej kieliszek szampana.
– Nie sądzę – odpowiedziała z satysfakcją posyłając mu tajemniczy uśmiech.
I zaczął się bal, gdzie były najpiękniejsze księżniczki i książęta. Gdzie orkiestra grała do rana, gdzie wszyscy pragnęli, by bal trwał wiecznie, by nie było jutra.

Dorota nareszcie czuła, że są wszyscy, że jest spełniona, nareszcie. Tańczyła z Antkiem, Erikiem, Jackiem, nawet z Anitą. Był to bal jej życia.
Zuza starała się ze wszystkich sił unikać okularnika, jednak po jakimś czasie poddała się. Zaprosiła go do tańca sama. Jednak było to niczym w porównaniu z wyjściem na parkiet z Erikiem. Ostentacyjnie podeszła do niego, by nikt nie miał wątpliwości, że była to jej inicjatywa. Nawet sam Eric był zaskoczony. Nie sądziła, że tak dobrze prowadzi, że tak łatwo mu się podda.
Magda nie odrywała się od szachisty.
Ulka czuła, że wraca do świata, który niezasłużenie ją źle potraktował. Z wysoko podniesioną głową mierzyła wzrokiem zaproszonych gości, pamiętając dokładnie, jak wielu z nich spuszczało wzrok i odmawiało jej zatrudnienia. Z sentymentem uśmiechała się do tańczącej na parkiecie pracodawczyni. Wiedziała, że Agata wie, że jest świadoma, ile wszystkim im dała. Spojrzała na Jacka, który pomimo postawy ponuraka i bezczelnego ignoranta był jak oni wszyscy, wyratowany z osaczających go problemów.
Anita w szatni grała w karty, bo jedyne czego pragnęła tego wieczoru, to wygrać.
Agata tańczyła stale, ale gdy orkiestra zagrała „Brzydkich” wiedziała, kto z nią zatańczy.
– Choć brzydulo – pociągnął ją na parkiet.
I znowu poczuła, że nie ma świata, że nie ma nikogo na sali. Była w lesie, świat, który otaczał ją w tej chwili na parkiecie, ulotnił się.
– Dobrze się bawisz? – zapytał.
– Teraz już tak – śmiała się, odchylając głowę do tyłu.
– Jutro niedziela – powiedział jej do ucha.
– Lubię niedziele – zakręciła się.
– Ja bardziej – przechylił ją.
– Sądzisz, że przesadzamy? – udawała przed całym światem, że to tylko swobodna rozmowa w tańcu.
– Nie – przyciągnął ją do siebie – my po prostu próbujemy się odnaleźć.
– Myślisz, że jesteśmy syjamskimi bliźniakami?
– Czasami… Ale raczej nie – musnął jej włosy.
– Uważasz, że uda się nam tego nie spierniczyć? – spytała z nadzieją.
– Jak się postaramy – czyżby nuta smutku w jego głosie?
– To postaraj się tak mocno mnie nie przyciskać – powiedziała ostrzegawczym tonem, karcąco patrząc mu w oczy, na co on tylko się zaśmiał.
– Zapomniałem się – uśmiechnął się przepraszająco.
– To nie zapominaj się – przestrzegła go.
– Jestem tylko facetem – rzucił hardo.
– Nie igraj! – nie mogła pozwolić mu na zapomnienie.
– Czy wiesz, jak bardzo jesteś brzydka? – głęboko patrzył jej w oczy.
– Ty też – rzuciła na finiszu imponującego piruetu.
– Wiesz co?
– Wiem – powiedziała niemo ustami.
Czy wyrwani z rzeczywistości mogli przypuszczać, jak przewrotny tworzyli duet? Para pięknych ludzi tańczących na parkiecie, z udawanym sarkazmem szepcących sobie rzeczy na pozór banalne. Przekaz piosenki, przy której tańczyli, był zupełnym przeciwieństwem. Byli piękni, jednak uczucie, jakie ich łączyło, było brzydkie. Tylko czy ktoś ze zgromadzonych na sali balowej mógł mieć tego świadomość, gdy oni sami jeszcze nie potrafili, bali się to nazywać. Tak, tylko ta jedna osoba z niepokojem im się przyglądała zaciskając pięści, będąc pewna, że właśnie zaczynają się problemy, że będzie musiała zrealizować misję, do jakiej się zobowiązała. Ta osoba wiedziała, kto będzie największą ofiarą, jednak nie mogła niczego zatrzymać, zmienić, bo przyrzekła, a ona nigdy by nie złamała danego słowa.

I skończył się bal. Tak, jak w każdej historii, gdzie wszystko jest porządnie zakończone, wyjaśnione, a bohaterowie szczęśliwi.

Tyle że ta historia skończyła się pozornie, została ułudnie wyjaśniona, a bohaterowie zwodniczo trwali w stanie szczęścia. Ten bal nie oznaczał, że wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Ten bal był ostatnim, na którym czuli się tak beztrosko. Bo to był bal z prawdziwej książki, a nie ten z tej ostatniej strony dziecięcej lektury.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz