niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 39 - Święta w Krakowie

Patrzyła na zaśnieżone podwórko rodzinnego domu męża. Był wczesny ranek, w domu panowała cisza świadcząca o tym, że wszyscy domownicy jeszcze śpią. Dorota nie mogła spać. Chciała, by już rozpoczął się świąteczny gwar, by wreszcie zaczęło się coś dziać. Coś, co odciągnęłoby jej uwagę od obsesyjnego myślenia o Wrocławiu.
– Dorota, wracaj do łóżka! – zawołał ją Antek, leniwie przewracając się na drugi bok.
– Nie chcę spać. – Wciąż stała przy oknie.
– Nie myśl o pracy, Ulka ze wszystkim sobie poradzi – zapewnił ją ziewając.
– Wiem. – Usiadła na łóżku. – Ale jestem zła, że beze mnie – powiedziała zawstydzona.
– Jesteś pracoholiczką. – Pociągnął ją na łóżko. – Bierz przykład z Agaty, ma gdzieś hotel, zawija się i jedzie na święta do Szwecji.
– Ona tam też pracuje – powiedziała kładąc głowę na nagim torsie męża.
– Jasne, w domku Anity! – zaśmiał się. – Pracuje nad kolejną butelką wina.
Dorota też się roześmiała, wyobrażając sobie przyjaciółki bawiące się w najlepsze i poczuła lekkie ukłucie w żołądku. Jak bardzo chciałaby z nimi nad tym winem popracować! Tęskniła za dziewczynami, za hotelem, za pracą. Za tym wszystkim, co zostawiła we Wrocławiu. Na szczęście tu, w Krakowie atmosfera zaczynała się zagęszczać. Wokół było coraz więcej ludzi, był wieczny śmiech, rozmowy, które skutecznie zaczynały odciągać ją od uporczywie powracających myśli.
– Józek, nie rycz! – Zośka z poirytowaniem bujała w wózku półtorarocznego chłopca.
– Daj, ja go uśpię – zaoferowała się Dorota. – Może pójdę z nim na spacer?
– Zrobisz to? – Szwagierka spojrzała na nią z wdzięcznością.
– Pewnie.
Spacerowała po ciemnym podwórku łagodnie mówiąc do chłopca, który już zdążył się uspokoić i teraz przyglądał się jej badawczo. W jego okrągłych, granatowych oczach widziała znajomy błysk, tak często goszczący w zielonych, kocich oczach Zośki. I na tym podobieństwo się kończyło.
– Hej! – Wyszła do niej Wendy. – Ty, Piłsudski, jeszcze nie śpisz? – Uśmiechnęła się do chłopca.
– Zaraz uśnie – zapewniła ją Dorota.
– Antek powiedział, że nie możesz być sama. Chyba się martwi, że zdezerterujesz. – Spojrzała na nią pytająco.
– Nie słuchaj go! – roześmiała się Dorota.
– Co takiego jest w tym hotelu, że nie potrafisz cieszyć się nami? – zapytała Wendy z nutą pretensji.
– O nie, Wendy to nie tak, cieszę się, uwielbiam z wami być. – Zawstydziła się.
Jednak wiedziała, co takiego tam jest. W „tym hotelu” było wszystko.
– To po prostu moja praca, dość odpowiedzialne stanowisko, martwię się, to naturalne – próbowała ją przekonać.
– Rozumiem, ale wyluzuj na te kilka dni, ok?
– Obiecuję.
– Józek, dziecko kochane, nareszcie zasnąłeś! – powiedziała z ulgą Wendy. – Jak zamknie te swoje ślepia, wygląda jak anioł. – Z troską poprawiła kocyk.
– Przecież ma piękne oczy – Dorota nie rozumiała uwagi przyjaciółki.
– Tak, ale od razu widzę w nich jego ojca – powiedziała ze złością, oddalając się w zamyśleniu do zdarzeń, o jakich Dorota miała tylko powierzchowne informacje.
– Ten, którego imienia nie wolno wymawiać? – upewniła się Dorota.
– Nie wie co traci, dupek – mówiła zacietrzewiona Wendy, jednak Dorota rozpoznała w jej tonie nutę nostalgii i sympatii do ojca malca. –Wiesz, co mnie najbardziej wkurza? – spytała, lepiąc zapamiętale kulkę ze śniegu – że ja naprawdę mu wierzyłam i wciąż mam dziwne przeczucie, że to wszystko ma jakieś drugie dno. – Ze złością cisnęła śnieżką.
– Usnął? – Wyszła do nich Zośka. – Mój malutki. – Patrzyła z czułością na Józka. – O czym rozmawiacie?
– O pracy Doroty – skłamała Wendy, porozumiewawczo patrząc na Dorotę.
– Zabierzmy go do domu. – Zośka wzięła śpiącego chłopca na ręce. – Mieliście nie palić! – rzuciła z pretensją do Gośki i Adama.
– Przecież Józek był na podwórku – broniła się Gośka.
– To nie znaczy, że dym w domu nie zostaje – karcąco spojrzała na rodzeństwo.
Adam popukał się w czoło. Dorota roześmiała się widząc mężczyznę w sutannie w tak wymownym geście.
– Adam, widziałam! – Zośka odwróciła się z pretensją do brata.
– Chodź na podwórko – pociągnęła go Gośka, nie kryjąc poirytowania zachowaniem Zośki.
Zośka podała Antkowi dziecko i ostrożnie je rozbierała.
– Chciałoby się mieć syna, co? – zapytała z satysfakcją, całując drobne rączki chłopca.
– Nie za taką cenę – wysyczała nagle z pogardą milcząca dotąd Hania z hukiem odsuwając krzesło i gwałtownie odchodząc od stołu. Trzasnęły drzwi wejściowe.
– A jej co? – zainteresował się Antek zachowaniem chrześnicy. – Mam z nią porozmawiać?
– Zostaw ją – powiedziała Zośka, nic sobie nie robiąc z fochów córki.
Późnym wieczorem Dorota zmywała naczynia z Wendy i teściową.
– Ktoś mi powie, o co chodzi z Hanką? – cicho zapytał Antek, zaskakując je swoją obecnością.
– Hanka obwinia Zochę o to, co się stało – odpowiedziała cicho Wendy.
– Rozumiem.
– Nie, nie rozumiesz, bo ona nie ma żalu o to, że ta zdradziła jej ojca – spojrzała wymownie przewracając oczami – ale o to, że nie zatrzymała ojca Józka. Twierdzi, że to Zocha coś spieprzyła i dlatego on ją zostawił.
– Chyba sobie jaja robisz – Antek patrzył z niedowierzaniem. – Mamo, to prawda?
– Prawda – ze smutkiem przytaknęła Barbara, wycierając mokre dłonie w ręcznik.
– Może jednak powinienem z nią porozmawiać?
– Wszyscy próbowali, ale ona się zawzięła jak cholera – Wendy mówiła ze złością.
– No tak, uparta jak jej matka – dodał.
Dorota następnego dnia podglądała Hankę z zaangażowaniem zajmującą się bratem. Jej relacja z matką była tak daleka od tej, którą tworzyły przez lata – pełnej bliskości, zrozumienia i oddania, budzącej powszechną zazdrość. Teraz jedyna rzecz, jaka je łączyła, to miłość, jaką darzyły chłopca o czarnej czuprynie i granatowych oczach.
– Zostaw mu te kredki – Hania ze złością upomniała matkę sprzątającą porozrzucane zabawki. - Przecież się świetni bawi! Wszystko musisz zepsuć?
Antek wyciągnął Dorotę na korytarz. Czekała tam też Wendy.
– Pomyślałam, że może byście zaprosili Hankę do siebie na ferie – zasugerowała Wendy.
– Oczywiście – ochoczo przytaknęła Dorota.
– Mam najpierw o tym porozmawiać z Zośką? – zapytał Antek.
– Nie, lepiej, by było to spontaniczne – zasugerowała Wendy.
– To ty to zrób. – Dorota wskazała na Antka. – Ja mogę to tylko zepsuć, słaby ze mnie dyplomata.
Przy kolacji Antek zaczepił Hankę.
– Hania, a te czarne włosy to jakaś nowa moda, której starzy nie rozumieją? – nawiązał do koloru włosów, które kiedyś pokrywał złocisty blond.
– Nie, wujek. To znak żałoby – odpowiedziała lekko.
– Rybka odeszła?– zażartował.
– Nie, ktoś ważniejszy, ale jego imienia nie mogę wypowiadać na głos – powiedziała głośno, z ironią, uśmiechając się przy tym krzywo. - Grozi to ścięciem głowy – dodała znacząco patrząc na matkę.
– Hanka, przeginasz – ostrzegł ją Antek.
– Ja? Nie życzę ci wujek, byś musiał kiedykolwiek mieć taką cenzurę, by nie móc wypowiedzieć imienia ważnej dla ciebie osoby, by na portalu, na własnym profilu nie móc umieścić zdjęcia brata! To odebranie podstawowych wolności obywatelskich, łamanie praw człowieka! – rozkręciła się.
– Haniu, a może chcesz odpocząć, może potrzebujesz zmiany otoczenia? – odezwała się nieśmiało Dorota.
– A co, chcecie mnie adoptować?
– Pomyślałam, że mogłabyś na ferie przyjechać do nas – zaproponowała, pomimo że czuła na sobie skupioną uwagę całej rodziny.
– Dzięki, ale jestem sztandarem przechodnim. w ferie jadę z tatusiem na narty, już nie mogę się doczekać – mówiła ze złością. – Ale mogę do was jechać teraz, wróciłabym po Nowym Roku – zapaliła się nagle do pomysłu. – Wzięlibyście mnie na Sylwestra do hotelu! – Jej oczy błyszczały z podniecenia.
- Jedziemy jutro – powiedział Antek kiwając głową.
– Muszę się spakować! – Hania zerwała się od stołu i wybiegła radośnie z pokoju. Po chwili było słychać, że szykuje się do wyjścia.
Antek pytająco spojrzał na Zośkę, a ona przytaknęła.
Dorota zobaczyła ulgę na twarzy Barbary, widzącej wnuczkę promieniejącą, jak kiedyś.
– Zawieziesz mnie do domu? – zapytała ostro matkę zaglądając przez drzwi.
– Już. – Zośka bez słowa podała Wendy syna i ruszyła do wyjścia.
Gdy wyszły, Wendy czekała podglądając przez firankę, kiedy wyjadą.
– Pozbywamy się małej żmijki – powiedziała radośnie, z triumfalną miną patrząc na wszystkich.
– Ale Dorota tekstem zasadziła! – Śmiał się Andrzej. – Ona ma odpocząć od nas!
– Musiałam coś powiedzieć. – Dorota z uwagą patrzyła na Antka, który w zamyśleniu coś analizował.
– Myślę, że ją trochę ustawimy, mam pewną koncepcję – mówił nieobecny.
– Tylko uważaj, by blond główki waszych dziewczynek nie stały się smoliście czarne po tej wizycie – ostrzegł Adam.
– Satanistka w rodzinie księdza – zadrwiła Gośka. – Adaś, nie odbierasz tego trochę jako osobistej porażki?
– Ona jest satanistką? – Dorota się przeraziła.
– Gosia przesadza – uspokoiła ją Barbara. – Dzieci, ona potrzebuje pomocy, nie wiem, czy wy sobie z tym dacie radę – mówiła z troską.
– Znam kogoś, kto powinien ją naprawić. – Antek porozumiewawczo spojrzał na Dorotę.
– Agata? – zapytała z niedowierzaniem. – Chociaż, może? – Przypomniała sobie o nagle ulepszonych kontaktach przyjaciółki z rodzicami. Do tego Agata miała osobowość, która powinna przemówić do zbuntowanej nastolatki. Swoją drogą Agata umiała trafić do każdego, bez względu na wiek, kolor włosów czy rozmiar buta.
– Kiedy ona wraca? – zapytał żony.
– Jutro w nocy – odpowiedziała.
– Muszę z nią pogadać – wziął telefon i wyszedł z pokoju.
Widziała, jak Barbara przyglądała mu się z zainteresowaniem, śledząc, jak wychodzi. Po chwili wstała i też wyszła.
– Ta Agata to jakiś psychoterapeuta? – zapytała Wendy.
– Tak, najlepszy. Zawodowy pogromca rewolucjonistów. – Uśmiechnęła się z satysfakcją na wspomnienie, jakich cudów potrafiła dokonywać przyjaciółka.
Wyszła do kuchni i z czułością patrzyła na Barbarę, obserwującą syna przez okno. Stanęła przy niej i z uśmiechem przyłączyła się. Nie rozumiała uważnego spojrzenia Barbary. Antek był taki zawsze, gdy rozmawiał z Agatą. Pomimo, że była oddalona od niego o tysiące kilometrów, on z chłopięcą radością śmiał się do telefonu. Lubiła obserwować ich relację, wieczne przekomarzanie się, było w tym coś magicznego.
Antek wszedł roześmiany do domu i spojrzał zaskoczony na matkę. Przerażenie, jakie pojawiło się w jego oczach było dla Doroty czymś nowym.
– Chodź, Doris – Wyciągnął do niej rękę, wciąż z oczyma utkwionymi w matce.
– Co powiedziała? – zapytała zaciekawiona, wracając z nim do pokoju.
– Ja? Dlaczego? Nie dam rady. Albo dobra, dam. A jak nie dam? – naśladował Agatę, co spowodowało, że roześmiała się. Dorota nagle zdała sobie sprawę z tego, że od wielu godzin nie pomyślała o hotelu. Jednak Antek nie był już tak wesoły, z uwagą oglądał się na kuchnię, gdzie została jego mama.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz