niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 4 - Tajemnica Rosjanki

Dla Agaty rozpoczął się czas szalonych podróży pomiędzy Sztokholmem a Wrocławiem, utrudnionych przez jej fobię związaną z prowadzeniem samochodu. Niejednokrotnie ten aspekt wywoływał złość Erica, który zupełnie nie pojmował, skąd tak nagle pojawił się w niej lęk utrudniający codzienność, gdyż obsesyjnie bała się wyjechać samotnie poza miasto. Agata była dobrym kierowcą, nie bała się prowadzić samochodu przy dużych prędkościach, nie deprymowały jej trudne warunki pogodowe, dopóki nie zostawała sama w aucie daleko na trasie. Ten jeden lęk był silniejszy od niewygody podróży autobusem, marudnych współpasażerów i straconych godzin. Obsesyjnie wprost bała się samotnej jazdy przez pustkowia. Najczęściej wyobrażała sobie ponury las, gdzie raptem psuje się samochód, telefon nie ma zasięgu, a ona jest zupełnie sama. Zapewnienia Erica, że jej samochód nie ma prawa się zepsuć, że jej telefon będzie miał zasięg, w żaden sposób nie pomagały w pokonaniu tej fobii. Gdy mąż nie mógł jechać z nią do Polski, podróżowała autokarem. Była zmęczona wiecznymi wojażami. Zdawało jej się, że zamieszkała w autobusie, wciąż w drodze,  z wiecznie dzwoniącym telefonem, bez przerwy z natłokiem spraw do załatwienia. Straciła rachubę godzin, dni, tygodni.
Złapała chwilę oddechu na początku kwietnia, w słoneczny, sobotni dzień. Było to przyjemne przedpołudnie spędzone na kutrze w gronie przyjaciół Erica z klubu motocyklowego. Cieszyła się, że jej życie tego dnia wyglądało jak wtedy, gdy była tylko żoną Zimmera, nie mającą problemów, których on nie mógłby rozwiązać. Owszem mogła i tym razem zwrócić się do niego o wsparcie, ale nie chciała psuć jego fascynacji nowym obliczem żony. Wiedziała jak bardzo cieszy go fakt, że wyzwanie, które przed nią postawił, podjęła i realizuje uskrzydlona jego zaufaniem.

Wbiegając do sypialni, przemarznięta i zmęczona poprosiła Erica o gorącą herbatę, po czym zawinęła się w kołdrę i włączyła telewizor, na który od tak dawna nie miała czasu. Miała nadzieję na miłe leniwe popołudnie. Nie spodobało się jej, że ulubiony kanał akurat tego dnia zmienił się w blok informacyjny. Zawiedziona przerzuciła na kolejny i kolejny… Dopiero po chwili uświadomiła sobie, co przedstawiają obrazy emitowane na wszystkich kanałach telewizji. Nie zauważyła, kiedy przyszedł Eric, ponieważ wpatrywała się w ekran, starając się nie przeoczyć żadnego szczegółu z tego, co działo się daleko w Rzymie.
– Kicia, co się stało? – przywrócił ją do rzeczywistości.
Szybko przetarła policzki ścierając z nich łzy. – Papież umiera – powiedziała przerażona.
– Kto? – Eric zapytał wystraszony.
– Papież – powtórzyła – Jan Paweł Drugi.
– Ojej, to twoja rodzina? – spytał z troską.
– Nie – zaprzeczyła. – To Polak, ikona mojego życia.
– Ojej Kicia, ale mnie wystraszyłaś – powiedział z westchnieniem ulgi. – Nie wiedziałem, że jesteś aż tak wrażliwa, że po każdym księdzu płaczesz – dodał układając się wygodnie na łóżku.
Agata nie mogła wprost uwierzyć, że to wydarzenie, że to odejście nie robi na Ericu wrażenia, że jest mu to zupełnie obojętne. Mąż przyciągnął ją do siebie.
– Choć Kicia, poprawię ci nastrój – zaczął namiętnie pieścić jej szyję.
Agata wyrwała się z jego objęć i zbiegła na dół, zostawiając Erica samego w sypialni. Nie mogła zrozumieć, dlaczego jest tak obojętny na to, co dzieje się w świecie, JEJ świecie. Owszem, wiedziała doskonale, że Eric był zdeklarowanym ateistą, jak duża część Szwedów, ale dla niej też nie miało to znaczenia duchowego, a emocjonalne. Zapaliła papierosa, włączyła telewizor na dole i siedziała wpatrzona w ekran przez kilka godzin. Od telewizora oderwał ją dzwoniący natarczywie telefon.
– Agata? – usłyszała głos przyjaciółki z klubu.
– Anita, przepraszam, na śmierć zapomniałam – wyznała, dopiero w tym momencie przypominając sobie o umówionym spotkaniu.
– Stało się coś? – zapytała, a może raczej upewniła, rozpoznając w jej głosie rozdarcie.
– Nie zrozumiesz tego – Agata doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo poglądy Anity są bliskie poglądom Erica.
– Chodzi o papieża? Domyśliłam się, że dlatego o nas dziś zapomniałaś – powiedziała ze zrozumieniem.
Dlaczego Anita potrafiła ją zrozumieć, a Eric nie? Nie chciała o tym myśleć, ponieważ zdawała sobie sprawę, że nie będzie obiektywna, a jednak bolało ją to, że jej własny mąż nie jest w stanie zrozumieć wzrastających w niej emocji.
***
Agata nie była osobą religijną, nie utożsamiała się z żadnym wyznaniem, uznawała się za agnostyczkę. Pomimo doświadczeń, jakie miała z wyznawaną wcześniej wiarą, nie odważyła się zakwestionować istnienia bytu wyższego. Pomimo, że religia zniszczyła jej rodzinę, oddaliła od matki, ojca i brata, nigdy nie obwiniała o ten stan rzeczy Boga, wiedząc doskonale, że zawiedli ludzie. Wszystko zaczęło się wiele, wiele lat wcześniej, gdy była jeszcze kilkuletnią dziewczynką i tego dnia, gdy umierał papież, nie potrafiła o tym nie pamiętać, bo wszystko zaczęło się w dniu jego wyboru. Pamiętała matkę, która siedząc przed czarno-białym telewizorem, płakała ze wzruszeniem, gdy na całym świecie ogłoszono, że Polak został kolejnym papieżem. Dla Agaty wtedy nic to nie znaczyło, była zbyt mała, by pojąć wyjątkowość tego zdarzenia, ale już niebawem odczuła zmiany, jakie ten fakt przyniósł w jej domu, w rodzinie państwa Pietrowów.
Oleg Pietrow, ojciec Agaty pochodził ze Związku Radzieckiego. On, jak i cała rodzina z jego strony, byli wyznania prawosławnego, co do tej pory w żaden sposób nie kolidowało z ich codziennym życiem. Dla Agaty i jej brata było nawet z korzyścią, gdyż święta obchodzili częściej. Agata uwielbiała swojego ojca. Przepadała za jego radosnym usposobieniem, jak urzeczona słuchała, gdy śpiewał pieśni w ojczystym języku, usypiała przy rosyjskich opowieściach ludowych, opowiadanych przez niego spokojnym, kojącym głosem. Tak wyglądało jej dzieciństwo. Do dnia gdy Polak został głową kościoła katolickiego. Fakt ten nie był uznawany przez wyznanie jej ojca. Od tamtego dnia matka ubierała ją i brata w wizytowe stroje i dumnie w gronie sąsiadów kroczyli do kościoła, czego wcześniej nie robili. W ciągu zaledwie paru dni w ich domu rozpętała się burza. Głośny krzyk matki, płacz, a potem ciche dni, gdzie powietrze aż dusiło od tłumionej urazy dały efekt i pewnej niedzieli ojciec założył ciemny garnitur i dołączył do rodziny w ostentacyjnym marszu do świątyni katolickiej. Agata wyczuwała doskonale, że ojciec nie jest z tym szczęśliwy, a mimo to kroczył przy rodzinie w ich cotygodniowym rytuale. Potem nastąpiła kolejna burza, z podobnym przebiegiem i nastąpiła kolejna zmiana. Córka Olega Pietrowa rozpoczęła edukację szkolną jako Agata Górska, pod nazwiskiem panieńskim matki. I życie toczyło się dalej, niby tak samo, ale dziewczynka widziała ogromne zmiany. Ojciec nie uczył jej już swojego ojczystego języka, nie opowiadał baśni, nie śpiewał pieśni ze swojego kraju pomimo, że tak bardzo go prosiła. Uśmiechał się do niej smutno i wyciągał tomy baśni, które poznawał razem z córką. Wszystko powoli stało się nieustanną grą pozorów. Agata przestała prosić ojca, by ją zabawiał, wiedząc, że ten odmówi, nie chcąc narażać się swojej żonie. Ich życie naznaczyło tematy tabu. Przestali ze sobą rozmawiać, śmiać się i bawić. Agata zamykała się w swoim pokoju, Robert w swoim, nie chcąc niefortunnym zachowaniem sprowokować kolejnej awantury, kolejnego szału matki, ucząc się powoli, gdzie leży granica jej tolerancji, która została znacznie przesunięta. Tylko w niedzielę wszyscy razem zakładali swoje kostiumy i odgrywali przedstawienie, krocząc z podniesionymi głowami ulicami Wrocławia, kłaniając się sąsiadom. Robert szybko nauczył się nowych zasad, był słaby jak ojciec, poddał się, chcąc żyć w zgodzie z matką, ale Agata nie chciała udawać, nigdy nie zapomniała o swoim pochodzeniu i korzeniach, wciąż wypominała to swojej matce.
***
Jechała autokarem do Polski, ale już po przekroczeniu granicy zaczęła żałować całego tego pomysłu z wizytą w kraju. Początkowo wzruszały ją odziane kirem flagi spuszczone do połowy masztu. Nawet stacje benzynowe i markety opuściły kolorowe sztandary swoich marek. Widziała całe rodziny odziane w czerń, ludzi płaczących na ulicach. Od zawsze była wyczulona na obłudę, a wiele z tych zachowań było jej manifestacją. Była daleka od integracji z pogrążonym w żałobie tłumem, a jednak był to i dla niej czas na przemyślenia i refleksje. Sprawy, które były dla niej oczywiste i stałe zaczęły przemijać, odchodzić. Zaczęła się bać uciekającego czasu, odkładania na później tego, co powinna zrobić już dawno.
Nie dzwoniła do nikogo, nie uprzedzała, że przyjeżdża. Początkowo chciała zadzwonić do Zuzy, ale obiecała Karolowi, że nie będzie konkurencją dla ich rodziny, a ten czas był dla nich. Nie wyobrażała sobie, że jej przyjaciółka mogłaby być w tłumie, który mijała jadąc taksówką, a jednak niczego nie mogła wykluczyć. Ostatnio na nowo poznawała swoją najlepszą przyjaciółkę. Były pomiędzy nimi tematy, do których jeszcze nie doszły i poglądy religijne do nich należały.
Gdy taksówka odjechała, zostawiając ją pod jej rodzinnym domem, nie czuła nic, miała w sobie zupełną pustkę. Spojrzała w okna i już wiedziała, że nie wejdzie, nie przekroczy progu tego domu. Nie była w stanie wziąć udziału w cyrku, który urządziła jej matka, nie mogła udawać, że wzrusza ją okno przystrojone niczym ołtarz, z powiewającą biało-żółtą flagą, z kirem. Wyciągała już telefon, by wezwać na nowo taksówkę, gdy w oddali zobaczyła sylwetkę mężczyzny, oddalającą się w kierunku pobliskiego parku. Podniosła swoją walizkę i ruszyła za nim. Siadł na ławce i zaczął czytać gazetę, usiadła na ławce po drugiej stronie wąziutkiej alejki naprzeciw niego i spod ciemnych okularów przyglądała się, czekając aż ją zauważy. Postarzał się, jego kruczoczarne włosy były siwe, nawet krzaczaste brwi nabrały jasnego koloru. Bała się, że jak na nią spojrzy, jego oczy nie będą tymi, które pamiętała z dzieciństwa - cudownie niebieskie, otoczone długimi, ciemnymi rzęsami, po których każdy rozpoznawał, że jest jego córką.
– Dzień dobry – powiedziała nie wytrzymując.
– Dzień dobry – odpowiedział, nie rozpoznając jej.
– Ładna pogoda – nie poddawała się.
– Tak, ładna – grzecznie przytaknął.
Patrzył na nią, ale nie rozpoznał w kobiecie siedzącej naprzeciwko swojej córki. Pragnęła uciec, ale wiedziała, że jeżeli teraz się podda, to już może nigdy więcej się nie odważy.
– Często pan tu przychodzi?
– Kiedyś częściej – powiedział i łagodnie się uśmiechnął. – O, tam – wskazał palcem w kierunku placu zabaw – dorastały moje dzieci, to było dawno, a ja wciąż słyszę ich śmiech.
Nie potrafiła nic powiedzieć, wpatrywała się w ojca, wsłuchując się w jego głos z miękkim akcentem którego, ku jej uciesze, nie udało się zniszczyć.
– Bo ja, miła pani, to dzieci mam dorosłe, choć pewnie tego po mnie nie widać – zażartował. – Syn tu na miejscu we Wrocławiu się ożenił, dzieci już ma, a córka daleko – zdawało jej się, że słyszy tęsknotę w jego głosie. – Za obcokrajowca wyszła za mąż, bardzo rzadko bywa w Polsce, wiele lat jej już nie widziałem.
Agata poczuła ogromny żal do siebie, że go zostawiła na tyle lat, dzwoniąc tylko na urodziny i dzień ojca. Przecież od kilku miesięcy tyle razy była w Polsce i nie skontaktowała się z nim.
– To ja – wyszeptała.
– Słucham?
– To ja, tato – zdjęła okulary. – Ja, Agata.
Patrzył na nią z niedowierzaniem. Zmarszczył brwi, próbując wyostrzyć swój schorowany wzrok. Niepewnie wstał i do niej podszedł.
– Dziecko – przytulił ją. – Córeczko moja, co ty tutaj robisz?
– Przyjechałam zobaczyć się z tobą, tato. – Z trudem powstrzymywała łzy wzruszenia.
– Agatko moja, choć do domu, coś zjesz… – zamilkł, wzruszenie nie pozwalało mu mówić.
– Tato proszę, posiedźmy tu – powstrzymała go.
– Ale niespodziankę nam zrobiłaś! – Patrzył na nią tak, jakby miała za chwilę zniknąć.
– Cieszę się. – Położyła głowę na jego ramieniu, a on delikatnie, z ojcowską troską gładził jej włosy.
– Mama w kościele. – Był przejęty. – Ojciec Święty zmarł, dziecko. Straszna wiadomość.
– Wiem, tato. Wiem, że papież zmarł – powiedziała chłodno.
– Oj dziecko, ty nadal jesteś tak bardzo uparta – i choć miało zabrzmieć to jak skarcenie, zabrzmiało niczym pochwała.
– Tato, to nie jest twój papież, wy go nie uznajecie – walczyła o jego przekonania, próbując zmusić go do porzucenia obłudy, w której tkwił od wielu lat.
– Dziecko, ja nie wiem, co uznaję, to nie ma większego znaczenia – powiedział zrezygnowanym głosem.
– Ważne, w co wierzysz tato, to bardzo ważne – przekonywała chcąc wskrzesić w nim ojca z przeszłości, szczęśliwego Olega Pietrowa.
– Ważniejsze, by rodzina była szczęśliwa – oponował słabo.
– Ważne, byś ty był szczęśliwy, a rodzina na pewno też wtedy by była.
– Agatko, wiesz, że tak nie było. – Zasmucił się, jednak rozpoznała, że wciąż winę za tamten burzliwy okres bierze na siebie.
– Tylko matka miała z tym problem, my nie.
– Byliście dziećmi – uśmiechnął się, chcąc ją wyciszyć, omamić swoim spokojem.
– Nigdy nie chciałam, byś zapomniał, kim jesteś, po to poszłam na studia, by poznać coś, czego ty już nie chciałeś mi dać – nie ukrywała długo tłumionych zarzutów.
– Co tu robisz? – spytał, chcąc zmienić temat.
– Wracam do Wrocławia – powiedziała zrezygnowana rozumiejąc, że nigdy już nie wzbudzi w nim iskry, jaką posiadał w jej dziecięcych wspomnieniach.
– Coś w świecie się nie udało? – zapytał z troską.
W milczeniu patrzyła na park, który wiosennego południa budził się do życia. Przyglądała się ludziom spacerującym z dziećmi, obserwowała zgarbionych staruszków podpierających się o drewniane laski, młodych, zakochanych nastolatków namiętnie całujących się kilka ławek od nich. Ten ostatni obraz wywołał uśmiech na jej twarzy i przywrócił nastrój do dalszej rozmowy.
– Udało, dlatego wracam na jakiś czas – powiedziała z dumą.
– I co zamierzasz tutaj robić?
– Jak pozwolisz mi się porwać, to ci pokażę – uśmiechnęła się dziewczęco, mając nadzieję, że nie oprze się tej propozycji.
Smutne było dla niej to spotkanie z ojcem, ponieważ uświadomiło jej, jak bardzo oddaliła się od swojego rodzinnego domu i jak bardzo nie chce do niego wracać. W parku na ławce spotkała obcego człowieka. Wiedziała, że czas nikogo nie oszczędza, ale obraz ojca, który ze smutkiem patrzy na plac zabaw i wspomina czas, kiedy był sobą, czas, kiedy był naprawdę szczęśliwy, poruszył ją do głębi. Teraz było zupełnie inaczej. Nie dał się namówić na wycieczkę, by zobaczyć budowę hotelu, a ona nie dała się zaprosić do domu. Błagał, by poczekała na matkę, ale nie uległa, wykręcając się argumentem, że spieszy się na autokar.
Siedziała na dworcu bez celu i sensu. Nie chciała wracać do Erica, nawet nie miała jak, bo nie było akurat żadnego połączenia. Siedziała na ławce i przyglądała się ludziom z wielkimi torbami, pospiesznie pakujących się do autobusów, które miały im pomóc dotrzeć do ich domów. Agata uciekła sprzed progu jednego, a by wrócić do drugiego, potrzebowała czasu, chwili oddechu, odpoczynku. Bezwiednie przyglądała się kobiecie o czerwonych włosach, w przyciasnej marynarce, z niebieską torbą, która zdezorientowana podbiegała do kolejnych stanowisk.
Agata wyjęła telefon i zadzwoniła do Roberta.
– Cześć, dzwonię by powiedzieć, że właśnie wyjeżdżam z Wrocławia i że widziałam się z tatą – powiedziała możliwie obojętnym tonem.
– Jak to: widziałaś się? – z miejsca zirytował się brat.
– Normalnie – utrzymywała swój obojętny ton.
– Tak po prostu zapukałaś do domu, po tylu latach nieobecności? – w jego głosie wyczuć można było złość pomieszaną z zaskoczeniem.
– Nie. Tak po prostu podeszłam do niego w parku – wyjaśniła z ironią.
– No tak, to zupełnie w twoim stylu, tak bez zapowiedzi, z butami wparować na nowo – wybuchnął.
– Nie wiedziałam, że potrzebne są zapowiedzi, jestem jego córką – odparowała ze złością.
– Tak, jesteś córką, która odkąd wyjechała, pokazała się... no właśnie, policzmy Agatko, ile razy pokazałaś się rodzicom – mówił z ironią – na moim ślubie, na pogrzebie dziadka, na ślubie Zuzy. To chyba, kochana siostrzyczko, by było na tyle, jeżeli chodzi o twoje gorące relacje rodzinne.
– Gratuluję pamięci, ale muszę wprowadzić małą poprawkę w twoich skrupulatnych wyliczeniach: nie byłam na ślubie Zuzy.
– Wzrusza mnie twoja szczerość – powiedział z sarkazmem.
– Nie obchodzi mnie, co ciebie wzrusza, dobrze wiesz, dlaczego tak jest. Nie próbuj robić ze mnie kata. Nie będę przyjeżdżać tylko po to, by pokłócić się z matką, a nie zamierzam pokornie przyklaskiwać jej fanaberiom. Nie jestem głupią owcą.
– Sugerujesz, że my z ojcem jesteśmy?
– Powiedziałam, że ja nie jestem, a kim wy jesteście, to sami wiecie najlepiej – powiedziała i rozłączyła się.
Nie potrafiła nawet być na poważnie zła na Roberta. Siedziała wciąż bez celu na dworcu. Nic jej nie wzruszało, nic nie powodowało uczucia, które poprzedniego dnia popchnęło ją do wycieczki do Polski, czego w tej chwili bardzo żałowała, niemal uwieziona w pustym świecie, w którym bezsensownie siedziała na ławce.
– Zna pani angielski? – zapytała ją po angielsku kobieta w za małej marynarce.
Agata nie potrafiła powstrzymać radości słysząc akcent, który tak bardzo kochała.
– Owszem, jak i rosyjski – odpowiedziała w ojczystym języku ojca.
– Kobieto kochana, z nieba mi spadasz! – Pytająca odczuła wyraźną ulgę. – Skąd jesteś?
– Stąd. – Agata wzruszyła lekko ramionami.
– Niesamowite, nie jesteś Rosjanką? – Ta patrzyła z niedowierzaniem.
Agatę cieszyło, że jej akcent nadal był tak bardzo przekonujący.
– Mój ojciec jest z Kaliningradu. Mogę w czymś pomóc? – zaproponowała.
– Kochana moja, szukam połączenia do Poznania, nie mogę się z nikim dogadać, błagam pomóż mi! – Była szczęśliwa, że znalazła kogoś, kto zaoferował jej swoją pomoc.
– Proszę poczekać, dopytam się w informacji – Agata wstała z ławki i z werwą ruszyła w kierunku okienka informacji. Wróciła po chwili i przysiadła się do kobiety na ławce.
– Najbliższy autobus jest za cztery godziny – powiedziała.
– Najważniejsze, że jest – kobiety wcale nie przerażał długi czas oczekiwania.
– Wraca pani do kraju? – Agata cieszyła się, że może rozmawiać po rosyjsku.
– Nie, nie mogę, mam ważne zadanie do zrealizowania, szukam kogoś.
– W Poznaniu?
– Szukam w całej Polsce, ale chyba ta, której szukam, mieszka właśnie tam. Takie mam informacje, choć początkowo myślałam, że znajdę ją we Wrocławiu. Niepotrzebnie straciłam tu tyle dni, ale to i tak szukanie igły w stogu siana.
– Kogo pani szuka? – Agata była zdumiona odpowiedzią nieznajomej.
Kobieta uważnie się jej przyglądała, zastanawiając się czy odpowiedzieć na pytanie.
– Kogoś, kto ma informacje. Kogoś, kto też mnie potrzebuje. To długa historia dziecko, bardzo długa – powiedziała tajemniczo. – Twój autokar pewnie za chwilę przyjedzie.
– Nie mam pojęcia. Nie wiem nawet, gdzie jadę, wiem gdzie nie jadę.
Kobieta z ogromnym zdziwieniem patrzyła na mówiącą płynnie w jej ojczystym języku Agatę. Kilka lat po tym spotkaniu podkreślała, że dziewczyna siedziała na dworcowej ławce tak, jakby ktoś chciał, by się tam spotkały. Jakby czekała właśnie na nią. Kilka godzin po tym przypadkowym spotkaniu Agata jechała z poznaną na dworcu kobietą do Poznania, z dreszczem emocji wsłuchując się w historię, którą ta jej opowiadała ze wszystkimi szczegółami.
***
Pola Novotna, tak nazywała się bowiem kobieta, uznała, że Agata może usłyszeć tę historię. Faktycznie było to poszukiwanie igły w stogu siana. Wsłuchana w opowieść dziewczyna postanowiła impulsywnie, że musi pomóc.
– Szukam Sophii 6 – powiedziała – kobiety, która szuka informacji o kimś, a ja te informacje posiadam.
Pola miała prawie sześćdziesiąt lat. Wychowała się w małej wiosce oddalonej około pięćdziesiąt kilometrów od Moskwy. Miała przyjaciółkę w sąsiednim domu, Oksanę, z którą przeżywały wspólnie zarówno dzieciństwo, jak i okres zbuntowanej młodości. W piwnicy kuzyna Oksany słuchały amerykańskiej muzyki, na tekstach piosenek Elvisa Presleya uczyły się języka angielskiego. Miały tysiące planów, marzeń i tylko brak pieniędzy, bieda panująca w ich świecie, nie pozwalała na ich realizację. Wujek Oksany był kierowcą i pracował w Moskwie jako szofer u jednej z majętnych rodzin. Postarał się o posadę dla siostrzenicy i Oksana wyjechała do wielkiego miasta. Początkowo była przerażona i smutna, opieka nad starszą inwalidką na wózku okazała się być koszmarnym zajęciem. Oksana chciała wracać, rezygnując z pieniędzy i z szansy, jakie jej dawały. Pola cieszyła się na powrót przyjaciółki, ale ta nie wróciła. Relacje ze starszą panią nagle uległy wręcz niepojętej poprawie. Kobieta nienawidziła swojej rodziny, z którą mieszkała w ogromnym domu, kochała tylko swojego wnuka Mikołaja, który z chórem moskiewskim podróżował po świecie, bardzo rzadko goszcząc w domu. Oksana w listach pisała o rodzinie, dla której pracowała, nazywając ją bardzo wpływową. Dopiero potem odkryła, że zięć starszej pani jest wysoko postawionym funkcjonariuszem w strukturach KGB. Jedyną młodą osobą, z którą miała kontakt, była Irina, wnuczka kobiety. Starsza pani również nienawidziła dziewczyny, nazywając ją sprzedajną dziwką, taką samą jak jej matka. Irina będąc w grupie koleżanek, nie przyznawała się do znajomości z Oksaną, ale w domu, czy w zakamarkach ogrodu opowiadała jej o chłopcach, z którymi się spotykała. Dziewczyna miała dwadzieścia lat i bardzo pragnęła mieć męża. Z utęsknieniem wyczekiwała na wizytę brata, ponieważ jego przybycie wiązało się z wystawnymi przyjęciami organizowanymi przez rodziców, na które schodziła się śmietanka moskiewskiej młodzieży, a to dawało Irinie okazje do realizacji swoich pragnień. Z takim samym utęsknieniem, ale z zupełnie innych pobudek wyczekiwała wnuka starsza pani. I tak Oksana poznała Mikołaja: jasnowłosego, brązowookiego młodzieńca o pięknym uśmiechu i najcudowniejszym głosie. Wstydziła się go bardzo, ale babka chłopaka uparcie, za każdym razem nie pozwalała oddalać się jej, gdy on był w pobliżu. Nic dziwnego zatem, że z każdym jego przyjazdem Oksana i Mikołaj poznawali się coraz bliżej. Zakochali się w sobie i, co było wstrząsem dla reszty rodziny, pobrali. Babka była jedyną osobą, która przyklaskiwała ich związkowi. Oksana po roku urodziła bliźniaczki: Nataszę i Ninę. Przepiękne rudowłose dziewczynki o ciemnobrązowych oczach. Gdy dziewczynki skończyły dwa latka, Oksana przyjechała w odwiedziny do Poli, która była już mężatką. Pola z zachwytem wsłuchiwała się w bajkowe opowieści szczęśliwej Oksany, patrzyła na jej piękne dzieci i nie zdobyła się na odwagę, by opowiedzieć jej o swoim smutnym życiu. Nie chciała obciążać przyjaciółki koszmarem, jakim było jej małżeństwo. Wizyta Oksany nie była przypadkowa. Pierwszy powód stanowiło to, że w domu jej teściów odbywał się zjazd najwyższych członków KGB i Mikołaj prosił, by żona na ten czas wyjechała z dziewczynkami, on sam zaś zajął się babcią. Drugi powód był dla Poli bardzo przygnębiający, bowiem Oksana w wielkiej tajemnicy, z mężem i dziećmi wyjeżdżała do Ameryki. Wszystko mieli dokładnie zaplanowane. Oksanę martwiło tylko, że nie byli w stanie zabrać ze sobą babki, która bardzo pomagała im w tej ucieczce, kontaktując ich z ludźmi, którzy to wszystko zorganizowali. Obiecała przyjaciółce jeszcze ją odwiedzić, ale nie zdążyła. Pola wyczekiwała na jakąkolwiek wiadomość i każdego dnia wypatrywała listonosza, jednak ten wciąż niczego dla niej nie miał. Kilka miesięcy po ostatnim spotkaniu z przyjaciółką, Pola uciekła od męża na wieś do matki i tam dotarła do niej najtragiczniejszą wiadomość. Oksana nie dojechała do Ameryki, razem z rodziną zginęła w wypadku samochodowym w Irlandii. Pola opłakiwała przez wiele miesięcy przyjaciółkę i jej rodzinę. Ponownie wyszła za mąż i kolejny raz musiała uciekać. Wróciła do domu na wieś pół roku temu. Na drodze spotkała schorowaną, ledwie idącą matkę Oksany, która zaprosiła ją do siebie. Kobieta płakała straszliwie, wypowiadając słowa, które zdawały się Poli powodowane obłędem. Mówiła dziwne, wręcz absurdalne rzeczy. Dopiero po godzinie uspokoiła się na tyle, by opowiedzieć, co wydarzyło się naprawdę.
– Nie umrę, dopóki tego nie powiem, ona nie pozwoli mi odejść, będę niczym zmora poruszać się po tym świecie, cierpiąc męczarnie, ale ona się nad mną nie zlituje – mówiła.
– Kto? – Pola nie rozumiała o kim mowa.
– Ona – powiedziała kobieta ze strachem – Oksana. Ona mi nie wybaczyła.
– Przecież ona nie żyje – Pola za każdym razem mówiła to z bólem.
– Zrobiłam straszną rzecz – wyznała starowinka ze łzami.
– O czym pani mówi?
– Dopuściłam się zbrodni – szlochała – ja je zostawiłam.
– Kogo?
– Dziewczynki, jej dziewczynki, córeńki maleńkie oddałam obcym ludziom – płakała.
– Przecież one nie żyją – Pola czuła, jak cała drętwieje w przeczuciu czegoś strasznego.
– Żyją, bliźniaczki przeżyły, ale po co miałabym je tu brać, do tej biedy, do tego domu. Pomyślałam, że tam będą miały lepiej.
– Tam? Gdzie one są? – dopytywała rozgorączkowana Pola.
– Nie mam pojęcia. Przyjechał ojciec Mikołaja i powiedział, że Oksana i Mikołaj zginęli, że dzieci przeżyły. Kazali mi podpisać papiery, że się ich zrzekam, że zezwalam na adopcję. Zgodziłam się, bo skoro tamci ich nie chcieli, uznałam, że to jest dla nich lepsze, niż to co ja mogę im dać.
– Kto ich nie chciał?
– Rodzina Mikołaja, oni przecież mogli im wszystko zapewnić, ale nie chcieli ich – powiedziała z goryczą matka Oksany.
– Gdzie one teraz są?
– Nie mam pojęcia, obiecaj mi Pola, że je odszukasz, że powiesz im o mojej córce, jak bardzo je kochała, jak kochał je ojciec, one muszą to wiedzieć, obiecaj mi to – błagała.
– Dlaczego pani zgodziła się na to, dlaczego pani pozwoliła na adopcję?
– Tu taka bieda, co ja mogłam im dać? Jednak pół roku od śmierci córki i zięcia doszedł do mnie list. List od Oksany. Pisała w nim, jak bardzo kocha swoje dzieci, jak bardzo chce, by były szczęśliwe, by żyły w lepszym świecie. Wtedy do mnie dotarło, że nie powinnam była ich oddawać, powinny być przy rodzinie, przy mnie. Tylko, że było już za późno podpisałam papiery, nie miałam pojęcia gdzie one są, nie miałam pieniędzy by ich zacząć szukać.
Była to ostatnia rozmowa Poli z matką Oksany, ponieważ gdy następnego dnia po nieprzespanej nocy przyszła z kłębiącymi się w jej głowie nowymi pytaniami, znalazła ją w łóżku z błogą, spokojną twarzą, na której rysował się lekki uśmiech. Demon, który niewolił ją, pozwolił jej odejść tam, gdzie od dawna pragnęła się udać.
Pola bez problemu rozpoznała wielki dom, w którym kiedyś mieszkała jej przyjaciółka. Znała go z rysunków, które Oksana załączała do listów i kilku sporadycznych wizyt. Dom był wielki, otoczony ogromnym ogrodem, obecnie strasznie zaniedbanym. Długo pukała do drzwi. Gdy miała już odejść, otworzyła jej kobieta w jasnym fartuchu. Pola przedstawiła się i poprosiła o kontakt z kimś z rodziny Mikołaja Ławrynowicza. Kobieta zniknęła za wielkimi drzwiami, po czym wróciła zapraszając ją do środka. Dom był opustoszały, prawie nikt w nim nie mieszkał, nie było wielu mebli, które kiedyś się w nim znajdowały, nie było ogromnego fortepianu, na którym grał Mikołaj, resztka mebli pokryta była białym suknem, chroniącym je przed kurzem. Służąca wprowadziła ją do wielkiego pokoju, w którym czekała na nią kobieta na wózku. Pola długo przyglądała się jej, nie mogąc przypomnieć sobie kim ona jest.
– Nie patrz tak na mnie – usłyszała zrezygnowany głos. – Tak to ja, Irina.
– Przepraszam, nie poznałam cię.
– Nie masz za co przepraszać, sama siebie nie poznaję. Co cię tu sprowadza? – spytała apatycznym głosem.
– Matka Oksany przed śmiercią powiedziała mi prawdę o bliźniaczkach, wyznała, że dziewczynki przeżyły.
Irina patrzyła zaskoczona na Polę.
– Dlaczego ich nie przyjęliście? – zadała pytanie bez zbędnych wstępów.
– To nie była moja decyzja, ja tu nie mieszkałam, byłam wtedy już mężatką, podróżowałam po świecie, gdy to się stało. Wybuchł skandal w naszym domu, ba, w naszym świecie. Syn poważanego funkcjonariusza KGB opuszcza kraj, ucieka po cichu z rodziną. Tu się działy dziwne rzeczy, których do końca nie rozumiałam. Ojciec stracił pozycję, matka wstydziła pokazywać się wśród znajomych. Powiedziano mi tylko, że Mikołaj zdradził naszą rodzinę, że wszyscy zginęli – zamilkła na moment, po czym kontynuowała. – Nigdy nie doczekałam się własnego dziecka, zostawił mnie przez to pierwszy mąż. Szybko poślubiłam następnego. Poroniłam w czwartym miesiącu, potem kolejny raz i kolejny. Odszedł ode mnie i ten. Wróciłam do domu, opiekowałam się matką chorą na raka, cierpiała bardzo, ale nie odchodziła. Pewnej nocy zawołała mnie i powiedziała, jak było naprawdę. Dzieci przeżyły, a oni podpisali dokumenty, by je oddać do domu dziecka. Następnego dnia umarła, zaraz po tym powiesił się ojciec, pewnie ja też bym to zrobiła, gdybym mogła, ale nie dam rady sama, blokuje mnie paraliż, nie jestem w stanie tabletki do ust samodzielnie włożyć, takie dziedzictwo, po babce mnie dopadło... Stara nigdy mnie nie kochała – dodała na koniec tej ponurej opowieści.
– Chcę je odszukać.
Irina przyglądała się jej długo w milczeniu.
– Pomogę ci – powiedziała w końcu, wprawiając tym Polę w osłupienie.
– Jak to? – zaskoczona nie mogła uwierzyć, że tak łatwo zdobyła sprzymierzeńca.
– Może wtedy mi odpuści, może wybaczy – powiedziała Irina z rozpaczą w głosie, tonem, który tak bardzo przypominał barwę głosu matki Oksany. Po tym wyznaniu rozpłakała się.
***
Pola z Iriną przeszukały wszystkie dokumenty, jakie pozostały w domu, w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby im znaleźć choć ślad, na podstawie którego mogłyby rozpocząć poszukiwania. Dużo ze sobą rozmawiały, obie były samotne, nie ułożyło im się w małżeństwach. Ich światy były tak odległe, a jednak z każdą godziną spędzoną razem stawały się sobie coraz bliższe. Irina znalazła bardzo stare bilingi telefoniczne i po dwóch dniach analiz znalazły połączenie spoza Rosji, wykonane dwa dni po wypadku. Był ślad! Dodzwoniły się do domu dziecka, jednak osoba, która odebrała telefon nie potrafiła im pomóc, tłumacząc, że była wtedy małą dziewczynką. Jednak w Poli narosło dziwne przeczucie, że powinna tam się udać, że kobieta, z którą rozmawiała, nie była aż tak bardzo zaskoczona jej telefonem. I tak dotarła do domu dziecka na obrzeżach Irlandzkiego miasta Galaway.
Dyrektorka sierocińca, Katrina, rzeczywiście była młoda, ale Pola nie zrezygnowała. Opowiedziała jej całą historię, a tamta wysłuchała opowieści ze łzami w oczach. Gdy Pola zrezygnowana chciała już wyjść, ta ją zatrzymała.
– Mieszkała tu kiedyś dziewczyna o imieniu Natasza – powiedziała.
Pola zamarła.
– Mieszkała tu od trzynastego marca siedemdziesiątego siódmego roku – kontynuowała szybko z pamięci Katrina, jakby chciała wyrzucić te informacje z siebie – została zameldowana jako Natasza Murphy.
– A Nina? – spytała Pola przez łzy.
– Nie – odpowiedziała ta – gdy skończyła osiemnaście lat, chciała odszukać swoich rodziców, ale okazało się, że jej akt urodzenia jest sfałszowany. Próbowała czegokolwiek dowiedzieć się od dyrektorek, ale te nie potrafiły jej pomóc. Po ich śmierci zadzwoniła do mnie z prośbą, że jeżeli kiedyś natrafię na jakikolwiek ślad, by ją o tym poinformować.
– Ma pani ten numer? – Pola spytała z nadzieją.
Katrina ze smutkiem zaprzeczyła.
– To był dziwny okres, mój dziadek miał wylew, sama się nim opiekowałam, dwie opiekunki z placówki były chore, miałam urwanie głowy, zamknęłam się w jednym z pokoi na poddaszu, chcąc złapać oddech i zaczęłam bezmyślnie przeglądać szafy. W jednej z nich na koniec znalazłam teczkę z napisem Natasza Murphy. Zadzwoniłam do dziewczyny, a ona tego samego wieczoru pojawiła się. Nie miałam czasu czegokolwiek przeczytać, ponieważ Natasza zaskoczyła mnie bardzo swoim szybkim przybyciem. Nie miałam nawet czasu z nią spokojnie porozmawiać. Zresztą ona pragnęła tylko tej teczki, zniknęła bardzo szybko.
Katrina zrobiła długą przerwę.
– Następnego dnia dostałam informację, że dziewczyna nie żyje. Wpadła pod samochód. Czytała te cholerne dokumenty, była tak bardzo zaabsorbowana, że weszła na jezdnię.
Katrina podała Poli chusteczkę, jedną zostawiając sobie.
– Jaka ona była? – spytała z bólem Pola, gdy już potrafiła opanować drżenie głosu.
– Piękna! Miała długie, kręcone, rude włosy, ciemnobrązowe oczy. Była bardzo przejęta i wdzięczna, że do niej zadzwoniłam. Miała dołeczki, gdy się uśmiechała – mówiła z czułością przez łzy.
Pola była pewna już, że znalazła jedną z dziewczynek, tylko za późno, o wiele lat za późno.
– Kilka miesięcy po śmierci Nataszy pojawiło się tu trzech mężczyzn, podawali się za członków organizacji poszukującej zaginionych krewnych. Nie spodobali mi się, mówili z dziwnym akcentem i zbyt natarczywie wypytywali mnie o tamten wypadek, a dokładnie o to, co zawierały dokumenty. Dopytywali, czy istniała możliwość, by ktoś te dokumenty przeczytał. Skłamałam, że odnalazłam je w sejfie. Dopiero wtedy zastanowiłam się, w jaki sposób one się tam znalazły, nie było możliwości, by przeleżały tam tyle lat. Potem pojawiła się pewna Polka…
– Polka? – Pola powoli traciła poczucie rzeczywistości.
– Tak, przedstawiła się jako przyjaciółka męża Nataszy.
– Natasza miała męża?
– Tak, Willa, chłopca który wychowywał się z nią w tym domu. Polka była bardzo zaangażowana, by pomóc przyjacielowi w odszukaniu czegokolwiek, by ten mógł wreszcie pogodzić się ze stratą żony. Nie byłam w stanie jej pomóc, ale obiecałam, że jeżeli cokolwiek znajdę lub dowiem się, podam jej numer.
– Ma pani ten numer? – Pola odzyskała nadzieję.
– Tak – wstała i z szuflady wyciągnęła małą kartkę i podała ją Poli.
– Sophia 6?
– Tak, na imię ma Zofia, ale prosiłam, by nie podawała swoich pełnych danych. Rozumie pani po tych dziwnych wizytach wolę być ostrożna, tu jest jej numer – podała kolejną kartkę.
Pola od razu wyjęła telefon i wystukała zanotowany na nim numer, ale telefon wciąż powtarzał, że numer jest nieaktualny.
– A ma pani jakiś namiar na jej męża?
– Nie, powiedziała mi tylko, że on przeniósł się do Stanów Zjednoczonych.
– Jak mam ją odszukać?
– Mam tylko ten numer, wiem, że mieszka w Polsce, w dużym mieście, gdzie jest piękny stary rynek.
– A ta cyfra ‘6’, co ona oznacza?
– Myślę, że to może mieć coś wspólnego z jej nazwiskiem.
Gdy otworzyły drzwi gabinetu, pod nimi klęczał kilkuletni chłopiec.
– Evan, ty znowu podsłuchujesz – łagodnie upomniała go Katrina.
– Nie! Ja tylko chciałem powiedzieć, że dziadek chce pić – powiedział oburzony.
– Już do niego idę.
– Pani dziadek nadal żyje? – spytała Pola.
– Nie uwierzy pani, ale miał trzy wylewy i z każdego wychodzi obronną ręką. Jakaś magiczna siła trzyma go przy życiu – uśmiechnęła się czule – muszę się nim zająć.
Pola poczuła zimny dreszcz, coś dziwnego słysząc te słowa, ale czuły uśmiech Katriny szybko rozwiał złe wspomnienia.
Nagle przyniesiono małe dziecko owinięte w różowy kocyk.
– Naprawdę muszę zająć się dziećmi – próbowała odejść – ta dziewczynka trafiła do nas wczoraj w nocy pobita przez ojca.
– Przecież to niemowlę – Pola patrzyła przerażona. – Jak ma na imię? – Z czułością dotykała maleńkiej główki dziewczynki.
– Siena – odpowiedziała Katrina. – Muszę się nią zająć i wrócić do dziadka.
– Tak, oczywiście – Pola podała rękę kobiecie, wręczając przy tym swoją wizytówkę. – Mam tylko jeszcze małe pytanie?
– Proszę pytać.
– Pamięta pani datę jej śmierci?
– Tak. – Ta pokiwała głową. – Dwunasty maja, tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty siódmy rok.
Pola nie mogła złapać oddechu.
– Co się stało? – usłyszała jak przez mgłę zmartwiony głos.
– To dzień jej urodzin – odpowiedziała osuwając się po ścianie. – Ich urodzin – dodała po chwili.

Agata czuła mrowienie na całym ciele, z zafascynowaniem wpatrywała się w Polę. Doznała dziwnego przeświadczenia, że powinna pomóc tej kobiecie i że tego dokona. Znajdą drugą dziewczynkę.
Odszukanie Sophia 6 graniczyło z cudem, o czym szybko się przekonała, a jednak nie poddała się. Razem z Polą w hotelowym pokoju przeglądały tomy książek telefonicznych, zakreślając wszystkie nazwiska, które miały związek z cyfrą 6. Odszukały kilka kobiet o imieniu Zofia o nazwiskach Szóstak, Szóstakiewicz, ale niestety te nigdy nie były w Irlandii, nigdy nie słyszały o Nataszy. Obie musiały wracać do swoich domów. Agata przyrzekła Poli wszelką pomoc. Wymieniły się telefonami, mailami i adresami, by nie stracić ze sobą kontaktu.


Agata od spotkania z kobietą na dworcu, o którym nikomu nie powiedziała, obsesyjnie zbierała książki telefoniczne, co niezmiernie śmieszyło Erica, ale nigdy nie odmówił przywiezienia jej kolejnej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz