niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 42 - Nie poddając się

Gdy drzwi windy zatrzasnęły się za wszystkimi, wtuliła się na moment w Antka. Miała w nim największego sprzymierzeńca w cierpieniu, czuła, że nikt nie rozumie jej w tej chwili tak, jak on. Usiadła zrezygnowana na kanapie i trzymając się za głowę, rozglądała się po pokoju, w którym nadal panował ogromny chaos. Na jasnej ścianie widniały czerwone, upiorne pręgi po rozbitej butelce wina. Swoją drogą, rozbite było prawie wszystko.
Spojrzała na Antka, na jego zmęczoną, wykrzywioną grymasem cierpienia i bezradności twarz.
Domyśliła się, że musi wyglądać podobnie.
– Idź do niej – poprosiła, patrząc z rezygnacją na brunatne schody, prowadzące do sypialni, w której spała Agata – ja się umyję, a potem może uda mi się domyć to wino – podeszła do ściany i machinalnie próbowała zetrzeć czerwoną smugę.
– Przestań. – Odciągnął ją od ściany. – Zuza, czy ona z tego wyjdzie?
– Wyjdzie – zapewniła, choć jej samej było trudno w to teraz uwierzyć. – Górska jest silna. – Ze straceńczą odwagą spojrzała mu w oczy.
– Jej nie ma – powiedział niepewnie.
– Ale my jesteśmy! I ona ma nas – głos Zuzy zabrzmiał chrapliwie. – Stanie na nogi. Idź do niej, może kogoś potrzebować. Za chwilę cię zmienię – musiała zostać sama choć na chwilę.

Weszła do łazienki udając, że panuje nad sobą. Napuściła sobie gorącej wody i zanurzyła w wannie pełnej piany.
– Masz swoje „Przeminęło z wiatrem” – powiedziała ze złością do siebie. – Skąd wiedziałaś, że to taki bydlak-bydlak? – Przez kolejne minuty Zuza starała się odtworzyć ostatnie tygodnie w poszukiwaniu jakichś symptomów mogących zapowiadać to nieszczęście. Nic nie znalazła. Założyła bluzę Agaty i weszła na górę. Przyjaciółka spała w objęciach Antka. Tak naprawdę spali oboje, wtuleni w siebie niczym dwa bezbronne niedźwiadki. Nie miała sumienia go budzić. Położyła się po drugiej stronie łóżka. Ze snu wyrwał ją dzwoniący telefon. Uświadomiła sobie, że spali w trójkę, w objęciach, ale wszystko było teraz dopuszczalne, byle tylko Agacie zrobiło się cieplej, byle przestała drżeć.
– Halo? – zapytała cicho do telefonu.
– Wpuść mnie – usłyszała głos matki.
Zeszła na dół, po drodze zerkając na zegar. Była szósta rano.
– Zwariowałaś? – spytała, widząc matkę obładowaną pakunkami.
– No co? – Roksi wzruszyła ramionami i spokojnie zaczęła rozpakowywać torby.
– Sklepy w nocy obrabowywałaś? – Westchnęła i zaczęła pomagać matce wyładowywać pakunki.
– Ona musi coś jeść – powiedziała i zamiast wyjaśnień wyciągnęła z torby duży gar.
– Mamo, czy ty w ogóle spałaś? – zapytała uświadamiając sobie, o której się rozstały.
– Mam silny organizm. – Kobieta z zapałem obierała warzywa.
– Och, mamo! – powiedziała z pretensją i czułością zarazem.
– Jest jej zimno – odpowiedziała ta wzruszona. – Idź, zobacz lepiej, czy się nie trzęsie.
– Mamo! – Wtuliła się w nią mocno, pełna nadziei. Zawsze przy niej czuła się bezpieczna i wierzyła, że skoro matka nad czymś czuwa, to musi się udać.
– Damy radę – zapewniła – zobaczysz! – przekonywała tak pewnie, jak niegdyś, gdy Su była małą dziewczynką i problemy ją przerastały.
Zuza weszła na górę. Antek już nie spał. Leżał przy Agacie.
– Znowu się trzęsie – powiedział zrezygnowany.
– Agata! – starała się ją ocucić. Dotknęła jej czoła – Cholera, ma gorączkę.
– Dzwoń do Jacka, niech kombinuje leki.
Wzięła swoją komórkę i odszukała literkę P, jak psychopata.
– Obudziłam cię? – zapytała niepewnie, słysząc głos Jacka w telefonie zaledwie po jednym sygnale.
– Nie, jestem pod hotelem – powiedział. – Zbieramy z Ulką rzeczy, które poleciały przez okno.
– Leki są nam potrzebne – powiedziała wprost, nie mając pojęcia, jak ma rozmawiać w zasadzie z obcym jej facetem, o którym nie miała najlepszej opinii.
– O której będzie twoja matka? – W jego głosie wyczuła respekt wobec Roksi.
– Już jest.
– Dobra, to wjadę po listę, otwórz drzwi.
– Wychodzi na to, że tylko nam udało się przespać – rzuciła szybko do Antka.
Zbiegła na dół i wpuściła Jacka z Ulką.
– A wy to tutaj na rok się wprowadzacie? Następni! – rzuciła zdziwiona, widząc tych dwoje obładowanych torbami.
– Dorota pojechała do ciebie do domu – powiedziała Ulka stawiając torby na stole – przywiezie twoje rzeczy.
– Dzięki – powiedziała machinalnie Zuza, uświadamiając sobie dopiero, że ma dom, męża i dzieci. Na tę chwilę to wszystko było w innym, dawnym świecie.
– Jak noc? – zapytała Ulka.
– Jaka noc? – parsknęła dając tym do zrozumienia, że tak jak wszyscy nie miała spokojnego snu. – Ma gorączkę.
– Jest z nią jakiś kontakt? – spytał Jacek, który był tak bardzo obcy Su, że za każdym razem jego głos wywoływał w niej lekkie zdumienie tym, że on w ogóle jest z nimi i mówi zupełnie zwyczajnym tonem. Musiała jednak przyznać, że w sytuacjach kryzysowych ten psychopata wiele zyskiwał, zwłaszcza, że tak jak ona pałał żądzą zemsty.
– Bez zmian – wzruszyła z rezygnacją ramionami. – Mamo, za ile będzie coś do jedzenia? – spojrzała na Roksi, która jakby nieświadoma rzeczywistości nuciła pod nosem piosenkę z bajki dla dzieci.
– W słoiku mam zupę, odgrzej jej – z tymi słowami podała Jackowi słoik, by go otworzył.
– Przyniosłem jej żelki – rzucił Zuzie opakowanie.
Zuza z niedowierzaniem patrzyła na paczkę miśków Haribo. Czuła, jak narasta w niej fala histerycznego płaczu. Wzruszona gestem socjopatycznego chłopaka, z trudem opanowała się.
– Są tu jakieś salaterki, czy wszystkie rozbiła? – Ulka szukała naczyń po szafkach.
– Przywiozłam ze sobą – Roksi wskazała na jedną z toreb stojących na podłodze.
– Mamo, a jest coś, czego nie zabrałaś ze sobą? – Pocałowała ją w policzek, delikatnie ciągnąc matkę za długi, gruby warkocz.
– Pistoletu – odpowiedziała ta natychmiast.
Zuza weszła na górę niosąc ze sobą zupę.
– Bez zmian? – ni to spytała Antka, ni to stwierdziła.
Zaprzeczył ruchem głowy.
– Górska – budziła ją – kochanie, musisz coś zjeść.
Antek uniósł Agatę i wsparł na poduszkach. Wciąż była nieobecna, pogrążona w swojej rozpaczy. Nie patrzyła na nikogo. Posłusznie otwierała usta i zjadała podawaną przez Zuzę zupę.
– Roksi zrobi ci obiad – mówiła do niej ze sztuczną swadą Zuza. – Namówię ją, by zrobiła pierogi, bo widzę, że masz na nie ochotę. Zresztą, kiedy ty nie masz ochoty na pierogi? – szczebiotała. Starała się grać beztroską, łudząc się, że przebije się przez skorupę cierpienia, jaka okalała przyjaciółkę.
– Wiesz co, Górska – nie poddawała się – jakbyś trochę ze mną powspółpracowała, mogłabym cię przebrać. Ten dresik jest jednak mało twarzowy, do tego odrobinę się pocisz i lepiej byś się poczuła w świeżym ubraniu.
– Jakbyś nie zauważyła – ciągnęła uparcie – to Antek jest tu cały czas. Nie udawaj, przecież lubisz go.
– Widzisz, obraził się na ciebie – powiedziała, gdy Antek nie wytrzymał napięcia, które wywoływała ta rozmowa i zszedł na dół. – Nie powinnaś tak się zachowywać, przykro mu się zrobiło.
Agata uniosła głowę i patrzyła w miejsce, gdzie przed chwilą jeszcze stał Antek. Potem odwróciła głowę i pierwszy raz spojrzała na Zuzę.
– Zostawił mnie – powiedziała raptem łamiącym się głosem.
– Kochanie... – Su przytuliła przyjaciółkę.
– Zostawił mnie, zupełnie, totalnie – płakała. – Zuzka, on mnie nie chce.
– Powiedział ci, dlaczego? – starała się czegoś dowiedzieć najdelikatniej, jak mogła.
Agata pokiwała tylko głową i znowu cała zaczęła się trząść.
– Nie chce mnie – płakała spazmatycznie.
– Zrobił ci coś? – zapytała szybko i wstrzymała oddech, obawiając się najgorszej prawdy.
– Zostawił mnie – spojrzała z wyrzutem.
– Agata, ale czy on ciebie uderzył?
– Nie. – Cała drżała.
– Na pewno?
– Na pewno. – Pokiwała głową.
– Nie męcz się już. Teraz śpij, kochanie, później mi wszystko opowiesz. – Tuliła ją niczym dziecko do snu.
– Zimno mi, Zuza, tak bardzo mi zimno.
Słyszała kroki, które urwały się w połowie schodów. Ktoś stojący na schodach nie chciał im przerywać, słysząc, że Agata wreszcie coś mówi.
– Śpij, wszystko będzie dobrze. – Głaskała ją po głowie.
– Zuza, ja go błagałam, by został, krzyczałam, tak głośno krzyczałam, ale on pojechał. Uciekł – szlochała.
– Ciii... – Uspokajała przyjaciółkę.
– Ozzy, mój Ozzy... On nie chciał z nim iść, on chciał być ze mną, ze mną, on mnie chciał, Ozzy mnie chciał, ale mi go zabrał. Nawet psa – mówiła szeptem chwilę przed tym, gdy zmorzył ją błogosławiony sen.
Zuza okryła ją jeszcze jedną kołdrą i podeszła do schodów. Na ich szczycie stał Antek, oparty o ścianę. Ciężko oddychał. Minęła go bez słowa.
Gdy zeszła, Jacek właśnie wypakowywał leki.
– Zjadła? – Roksi odebrała pustą miskę.
- Tak – usiadła przy stole – i zaczęła wreszcie mówić. Nie uderzył jej. – Spojrzała na ścianę i dodała – mam nadzieję, że chociaż jedną butelką w niego trafiła.
Rozległ się dzwonek.
– To Dorota. – Jacek się podniósł, by otworzyć drzwi.
Dorota weszła ostrożnie do apartamentu i z uwagą rozglądała się po wszystkich.
– Jest z nią na górze – Zuza wskazała na schody – idź do niego.
– Nie – Usiadła przy stole. – Nie mam siły – szepnęła zrezygnowana.
– Jak w pracy? – Zuza od razu rozpoznała, że nie był to łatwy poranek dla przyjaciółki.
– Wielkie poruszenie z powodu tego, że zwolniłam sześciu ochroniarzy. Chcieli koniecznie rozmawiać z Agatą, ale Ulka ich przegnała. Mam nadzieję, że nikt się nie zorientuje, że podrobiłam jej podpis. – Położyła głowę na stole.
– A jak poranna narada? – zapytał Jacek.
– Magda obstawiła osiem piętnaście. – Pomimo zmęczenia z bladym uśmiechem spojrzała porozumiewawczo na Jacka.
– Mamo, możesz zrobić mi kanapkę? – poprosiła Zuza, nie potrafiąc zrozumieć, o czym rozmawia Dorota z Jackiem.

Zuza zmywała naczynia po obiedzie, patrząc na śpiącą matkę na łóżku. Przykryła ją kocem i poszła na górę.
– Idź, zjedz coś – powiedziała do Antka.
– Nie jestem głodny – odparł szorstko.
– Musisz jeść, wszyscy musimy, by mieć siłę go zabić. – Czekała nieustępliwie, aż zwolni jej miejsce przy Agacie. – Dorota zostawiła ci torbę, przyjedzie jeszcze wieczorem – powiedziała zanim zszedł na dół.
Jedyne, czego była pewna to to, że zarówno dla niego, jak i dla niej nie istniał teraz inny świat poza tym tutaj. Potrzebowała go teraz, bo tylko on potrafił czuć to, co ona sama. Dlaczego jej to nie dziwiło? A dlaczego miałoby dziwić? Przecież Agacie było zimno. To wyjaśniało wszystko.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz