niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 5 - Dorota


Dorota stała przy oknie wyczekując przyjazdu Zuzy i tej, o której słyszała od tygodni od wiecznie szczebioczącej przyjaciółki. Targały nią dziwne uczucia: zazdrość, złość i ciekawość, ale pomimo tego ostatniego odmówiła, gdy została zaproszona do lokalu, wymigując się opieką nad dziewczynkami. Tak naprawdę chciała sprawdzić lojalność Zuzy. Przygotowywała się na to, że koleżanka szybko o niej zapomni, skoro pojawiła się ta, o której wysłuchiwała całych epopei. Ta, która miała odmienić wszystko i sprawić, że będzie jeszcze lepiej.
Dorota nie znosiła zmian, więc nie cierpiała nawet myśli o nich. Nienawidziła zatem tej, która miała je sobą nieść, pomimo, iż jej jeszcze nie znała. Zuza jednak nie odpuściła i zapowiedziała, że skoro góra nie chce przyjść do Mahometa, to Mahomet przyjdzie do góry, co dodatkowo rozjuszyło Dorotę, ale nie okazała tego. Jak zwykle.

Wciąż patrzyła na podwórko, na którym powoli zachodzące słońce kładło bliki ostrym, czerwonym światłem. Dziewczynki przed telewizorem kończyły kolację, po czym, jak co wieczór, miały położyć się spać. Nagle rozszczekał się pies. Po chwili na podjeździe pojawił się samochód Zuzy - czarny VW Beetle z białymi stokrotkami na masce. Dorota starała się nie myśleć, nie wyobrażać sobie tej, która przyjechała. Pomimo tego pewien wizerunek kreował się w jej głowie. Widziała ją jako bardzo podobną właśnie do Zuzy. Bo dlaczego miałaby być inna, skoro przyjaźniły się od liceum? Były wręcz jak siostry. Dorota, pomimo iż nigdy w młodości nie miała prawdziwej przyjaciółki, obserwowała wielokrotnie relacje tego typu i wiedziała, że zasadą budującą te związki są podobieństwo i wspólnota zainteresowań. Dlatego nigdy kogoś takiego nie miała, bo na jej drodze nie stanął nikt taki, kto byłby tak bardzo zamknięty w sobie jak ona. Spodziewała się zatem kogoś, kto tak jak Zuza kocha orient i folklor, posiada pokaźną kolekcję przedziwnych naszyjników, bransolet i kolczyków oraz ma odwagę pojawić się w turbanie na głowie w samym centrum miasta.
Jednak pasażerka Zuzy okazała się być zupełnie inną osobą, niż wykreowana w jej wyobrażeniach postać. Dorotą jęknęła, gdy ją zobaczyła, co wzbudziło tylko ciekawość dziewczynek, które przez moment z zainteresowaniem przyglądały się matce.
Troskliwie wypielęgnowany ogród oglądała wysoka, zgrabna kobieta, a jej długie, proste, brązowe włosy rozwiewał wiatr. Ubrana była w wąskie jeansy, czarny golf, buty bez obcasów i czarną, skórzaną kurtkę. Jej twarz przysłaniały duże, ciemne okulary, mocnym akcentem odcinały się usta, pomalowane ciemnoczerwoną pomadką. Zuza przy niej wyglądała jak przerysowana postać z kreskówki - w swojej długiej kwiecistej sukni i czerwonym kapeluszu. Zuza nigdy nie wywoływała w Dorocie zbyt wielkich kompleksów. Owszem, marzyła czasami o pięknych krągłościach koleżanki. Jednak image Zuzy był dla niej zbyt krzykliwy, wprost przesadzony. Teraz zaś, gdy zobaczyła tę, która stała w jej ogrodzie, poczuła, że jest jeszcze bardziej nieatrakcyjna, tak bardzo bezbarwna, że zapragnęła odwołać spotkanie, uciec do sypialni i już tam pozostać.
Niepewnie ruszyła do wejścia, przywołując na twarz uprzejmy uśmiech.
Kobieta w ogrodzie gdy tylko usłyszała otwierające się drzwi, zwróciła się natychmiast w kierunku gospodyni, zdejmując okulary i tym samym ukazując w pełni swoją twarz o regularnych rysach i dużych, niebieskich oczach, które były tylko delikatnie podkreślone tuszem. Uśmiechnęła się życzliwie i wyciągnęła smukłą dłoń na przywitanie.
– Dziękuję za zaproszenie, jestem Agata – przywitała się.
Dorota powinna powiedzieć lub chociaż pomyśleć, że to nie było zaproszenie, że to one wprosiły się, ale miała totalną pustkę w głowie.
– Dorota – wybełkotała, zmuszając się do reagowania wymaganego przez konwenans towarzyski.

Kiedy już było po wszystkim, po tej przedziwnej wizycie, przez całą noc przewracała się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Próbowała ujarzmić emocje, które nią zawładnęły. Nikt nigdy nie doprowadził jej do takiego stanu, w którym była obecnie. Odtwarzała wciąż w myślach na nowo wszystko, co wydarzyło się tego wieczoru.
– Piękny ogród – zagaiła Agata. – Macie ogrodnika? – zapytała oczywistym tonem.
Dorota wydała z siebie dźwięk, który miał być czymś na kształt lekceważącego parsknięcia.
– Tak, ja nim jestem – odpowiedziała krótko.
– Naprawdę? Jesteś artystką – ze szczerym podziwem powiedziała Agata.
Już ta rzucona drobna pochwała z ust Agaty spowodowała, że dziewczyna porzuciła swoje wcześniejsze uprzedzenia.
Nigdy nie postrzegała siebie jako kogoś wyjątkowego. Była przecież zwykłą kurą domową, zamkniętą w pięknym domu przy lesie, trzydzieści kilometrów od Wrocławia, dbającą o trzy córki i realizującą to, co przyrzekła sobie wiele lat wcześniej - czynić wszystko, by jej mąż, Antek był szczęśliwy. Temu ostatniemu celowi podporządkowała cały swój świat.
– Jej, jak tu ciepło i przytulnie – Agata śmiało rozglądała się po domu.
Dziewczynki wstały od stołu, gdy kobiety weszły do salonu.
– Cześć – przywitała się z trzema dziewczynkami, każdej podając rękę. – Jestem Agata.
– Ja jestem Ela – odezwała się rezolutnie najmłodsza z dziewczynek. – A to Kasia – wskazała na najwyższa dziewczynkę – i Ola – przedstawiła starsze siostry.
Agata uśmiechnęła się do nich i pogłaskała najmłodszą po jasnej główce.
– Ale jesteś bystra – pochwaliła ją. – Wszystkie jesteście taki śliczne.
– Córcie, pora na was – upomniała je Dorota. – Ząbki myć, buziaka i dobranoc.
Dziewczynki bardzo opornie wspinały się po schodach do swoich sypialni, nie ukrywając zainteresowania nową koleżanką mamy. Dorota popędzała je na górę, starając się przy tym nie wzbudzać niepotrzebnych emocji, ponieważ Zuza przestrzegła ją, by unikać tematu dzieci przy gościu. Przyjaciółka bowiem, znając stosunek Agaty do dzieci, założyła, że skoro ich nie ma, musi być to wynikiem zaburzeń zdrowotnych. W natłoku wszystkiego, co się w ich życiu działo, Zuza odkładała tę rozmowę na bardziej odpowiedni moment, by móc z Agatą spokojnie o tym porozmawiać.
– Czego się napijecie? – spytała gospodyni, próbując oderwać Agatę od czułego spoglądania na dzieci.
– Ja nie mogę pić alkoholu, bo jak widać jestem dziś kierowcą – Zuza jęknęła z aktorską rozpaczą.
– A ty co pijesz? – zapytała Agata.
– Może wino? – niepewnie zaproponowała. Nie miała pojęcia, co pija Agata, ale wiedziała, że ma w barku drogie, kilkuletnie wino, więc postawiła na nie.
– To ja się przyłączam.
Dorota dostrzegła pełne zaskoczenia spojrzenie Zuzy. Z reguły odmawiała alkoholu, a tym bardziej powinna to zrobić teraz, gdy była sama w domu z dziewczynkami.
Postawiła na stole kieliszki, zręcznie otworzyła butelkę chilijskiego wina, rozlewając niczym kelner kilka kropel do degustacji, wprawiając tym Zuzę w jeszcze większe osłupienie.
Agata skosztowała wina, uśmiechając się pod nosem.
– Pyszne, hmm, to jest takie prawdziwe wino–wino. Żałuj, że nie pijesz – przekornie uśmiechnęła się do Zuzy.
Dorota porozumiewawczo spojrzała na Zuzę, dając do zrozumienia, że teraz wie, skąd bierze się skrót, którego ta druga tak często używała.
Białe–białe oznaczało w słowniku Zuzy coś śnieżnobiałego, słońce–słońce, słoneczny dzień. Pyszne–pyszne, wiatr–wiatr. Zuza stale używała tych skrótów, które nagle wydały się Dorocie dużo bardziej zabawne, niż dotychczas.
– Przy takiej kobiecie można popaść w mega kompleksy – mruczała Agata, jedząc szarlotkę.
– No, niestety można – Zuza komplementowała Dorotę, co robiła naprawdę bardzo rzadko.
– Przestańcie – policzki Doroty pokryły się rumieńcem.
– Co przestańcie, jesteś najlepszą gospodynią, matką i żoną, jaką świat widział – wyznania przyjaciółki coraz bardziej ją zaskakiwały.
Agata musiała naprawdę bardzo pozytywnie wpływać na swoją Su, ponieważ gospodyni wieczoru nie mogła sobie przypomnieć sytuacji, w której ta byłaby choć w połowie tak hojna w pochwały. Zuza była osobą dominującą w relacji z Dorotą. Otwarcie wyrażała swoją dezaprobatę wobec jej zachowań, upominała, stroiła fochy lub naprawdę się obrażała, po czym, jak gdyby nigdy nic, wszystko wracało do normy. Dorota zaakceptowała Zuzę taką, jaką była, z czasem nawet się do niej przywiązała. Z racji tego, że ich mężowie przyjaźnili się, to tym samym i ich kobiece relacje stały się bliskie, tworząc coś na kształt przyjaźni. Tak to traktowała Dorota, ponieważ Zuza stała się najbliższą osobą, jaką miała w swoim hermetycznym otoczeniu. Pomimo wybuchowości przyjaciółki, jej nieprzewidywalności, godziła się na wszystkie fanaberie, nie chcąc jej stracić. Nie stanowiło to trudności dla Doroty, gdyż miała doświadczenie w byciu tą drugą.
– Ja bez skrępowania korzystam z pomocy mamy przy dwójce dzieci, natomiast ona tylko w wyjątkowych sytuacjach. Rodzina to cały jej świat, dziewczynki wychuchane do granic możliwości – Zuza poniewczasie zorientowała się, że poruszyła temat, którego nie zamierzała, więc zaczęła robić wymownie duże oczy, by zmusić Dorotę do szybkiej reakcji i zmiany niewygodnego tematu.
Ale zanim ta zdążyła cokolwiek powiedzieć, Agata odezwała się pierwsza.
– Naprawdę taka silna kobieta z ciebie?
Dorota wzruszyła ramionami.
– To nic takiego – starała się zbagatelizować poruszenie Agaty.
– Jak to nic! – Agata była wzburzona. – To największe poświęcenie. Rzecz, która powoduje we mnie dwie sprzeczności.
Dorota i Zuza patrzyły na Agatę oczekując, by dokończyła i zdradziła jakie:
– Podziw i zazdrość – wyznała, gdy zorientowała się, że tego od niej oczekują.
– Zazdrość? – Su nie ukrywała zdziwienia.
– No, głupie co? – Agata nagle stała się mniej pewna siebie – zazdroszczę kobietom, które chcą się poświęcić dla rodziny, to dla mnie niebywała odwaga zrezygnować z siebie dla dzieci – wyznała lekko wyciszona.
Zuza i Dorota wymieniały się szybkimi spojrzeniami, analizując to, co przed chwilą usłyszały. Nie miały odwagi o cokolwiek spytać, ale ta informacja wyraźnie zakłóciła teorię Zuzy.
– To nie jest łatwe, ale zawsze myślę o przyszłości, że kiedyś to moje poświecenie będzie docenione – nieśmiało wyznała Dorota, dziwiąc się samej sobie, skąd wzięła odwagę, by tym wyznaniem przerwać krępującą ciszę.
Agata uśmiechnęła się smutno.
– No właśnie, kiedyś. Kiedyś może będę bardzo żałować, że postawiłam na dziś – wypowiedziała to z lekkim zawstydzeniem.
– To ty świadomie nie masz dzieci – Zuza była zdumiona odkryciem.
– Świadomie, a coś ty myślała? – Agata z uwaga spojrzała na przyjaciółkę, która w zamyśleniu zagryzała wargę, analizując otrzymaną informację.
– E... nic – próbowała ta zakończyć temat.
– Zuza, co ty tam w chorej głowie sobie ubzdurałaś? – Zimmer wbiła w nią stanowcze spojrzenie, wymuszając na Lisowej wyjawienie prawdy.
– Cholera, Agata ja myślałam, że ty nie możesz, albo ta twoja ruda świnia.
Przyjaciółka zrugała wzrokiem Zuzę.
– No znaczy... ten... twój świński blondyn – poprawiła Su, która nigdy nie ukrywała swojego stosunku do Erica Zimmera.
– Jesteś niereformowalna, wiesz? – Agata nie bardzo przejęła się słowami przyjaciółki.
– Tylko w tej jednej kwestii – Su złośliwie wystawiła zęby w sztucznym uśmiechu.
– Eric mnie rozpieścił, nauczył mnie żyć dla siebie. Dla nas samych – poprawiła szybko. – On kocha wolność i brak ograniczeń i to mi zaszczepił. Pokochałam to jego... nasze życie. Możemy spakować się w nocy i ruszyć w daleką podróż, by następnego dnia cieszyć się upalną plażą, a nie deszczowym Sztokholmem – wyjaśniła Dorocie.
– Wielka mi wolność – zakpiła Zuza – to nadmiar kasy.
– To też, ale wiesz, że Ericowi pieniądze nie robią różnicy, potrafi biwakować pod namiotem za marne grosze.
Zuza parsknęła.
– Tak potrafi, jak ma cel. To nie luzak, tylko ekscentryk, zmanierowany milioner, nie daj się omamić bajką o bogatym księciu – przestrzegła Dorotę.
Agata udała, że nie słyszy tego, co mówi przyjaciółka.
– Czasami się zastanawiam, czy decyzja o nieposiadaniu dzieci jest bardziej jego czy moja – zabawnie zmarszczyła nos. – Ale wolę myśleć, że moja – dodała.
Dorota jak zaczarowana wsłuchiwała się w Agatę, z każdą chwilą jej podziw dla nowopoznanej wzrastał. Była piękną, silną kobietą sukcesu, a jednocześnie tak kruchą. Zdawała sobie sprawę ze swoich niedoskonałości i potrafiła się do tego przyznać. Dorota nigdy wcześniej kogoś takiego nie poznała.
Było już po północy, gdy przyjaciółki stały w korytarzu gotowe do wyjścia. Dorota czuła spojrzenie Agaty, która tak intensywnie przyglądała się jej, jakby wciąż coś analizowała.
– Dlaczego tak na mnie patrzysz? – Dorota nie wytrzymała tego napięcia.
Ta bez słowa postawiła ją przed lustrem.
– Powiedz, co widzisz? – spytała.
Dorota skonfrontowana ze zwierciadłem poczuła, jak wzbierają łzy w jej oczach, gdy widziała wspólne odbicie swoje i Agaty.
– Siebie i ciebie – próbowała wydostać się z tej krępującej sytuacji i odejść od lustra, ale Agata ją przytrzymała.
Dorota ze smutkiem patrzyła na odbicie, które tak bardzo kontrastowało z obrazem Zimmerowej.
Nos, którego nienawidziła, nagle stał się jeszcze większy, szare oczy zlały się z jasną cerą i jasnymi włosami, była wyblakła, nijaka. Przełknęła ślinę i z całych sił powstrzymała napływające łzy.
– Dlaczego tego nie widzisz? – spytała smutno Agata.
– Nie wiem, co mam widzieć? – spuściła głowę, by nie patrzeć na siebie.
– To, że jesteś piękna – powiedziała to tak pewnie i czule, że z policzków Doroty spłynęły łzy, których już nie miała szans powstrzymać.
– Ja?
– Tak, popatrz na siebie – Agata delikatnie złapała ją za brodę – jesteś tak krucha, delikatna, eterycznie piękna i do tego silna – dotykała czule jej twarzy.
– Chyba mocne było to wino – Dorota próbowała zażartować ocierając łzy, które spływały po jej policzkach.
– Miłych snów – Agata pocałowała ją w policzek. – Cieszę się, że cię poznałam – powiedziała i zniknęła za drzwiami, zostawiając ją z Zuzą na korytarzu.
– Ja też – odpowiedziała do drzwi, wciąż nie mogąc się otrząsnąć po scenie, która przed chwilą się rozegrała.
– No to znasz już Agatę – skwitowała Zuza przytulając ją. Po czym zniknęła za drzwiami za przyjaciółką.
Dorota poddała się i przestała walczyć z bezsennością, która dopadła ją tej nocy. Zapaliła lampkę, usiadła przy toaletce i przyglądała się swojemu odbiciu. Zrezygnowana uśmiechnęła się do niego. Agata może miała zmienić życie ich rodziny w biznesie, od którego Dorota i tak była daleko, ale czuła, że to będzie coś więcej, że idzie coś nowego dla niej samej i pierwszy raz potrafiła się z tego cieszyć i szczerze cieszyła się.

***

Dorota miała trzydzieści jeden lat, ale czuła się o wiele starsza. Wpływ na to miało zapewne też to, że nie przeżyła szalonej, zwariowanej młodości. Całe jej życie było obowiązkowe, poważne i w żaden sposób nie odbiegało od określenia poprawne. Taką pamiętała siebie od zawsze. "Tchórz życiowy" - mówiła o sobie ze złością, na co dzień jednak tłumacząc swoje zachowanie przezornością i rozsądnym patrzeniem w przyszłość. Takie podejście dodatkowo zamykało ją na to, co nowe, ale gdzieś głęboko w sobie zawsze pragnęła być inna: szalona, odważna, mówić to, co myśli i nie bać się popełniania błędów.
Urodziła się w kilkutysięcznym miasteczku, którego większość mieszkańców utrzymywała się z pracy na kolei. Ojciec był zawiadowcą PKP i ze swojej pensji utrzymywał czteroosobową rodzinę. Matka nie pracowała, poświęcając cały swój czas wychowywaniu dwóch córek: Doroty i starszej o dwa lata Darii. Dorota lubiła swoje dzieciństwo, często w nostalgii wracała wspomnieniami do niego, do beztroski, którą się ono cechowało oraz do więzi, jaka łączyła ją z siostrą. Ciepłe dni spędzały na działce, dopiero późnym wieczorem zmęczone wracały do domu w towarzystwie innych działkowiczów i ich dzieci. Daria była otwarta i wygadana, przyciągała swoją osobowością wiele osób i dzięki temu Dorota miała wielu znajomych.
Gdy miała trzynaście lat nadeszły zmiany duże i bolesne. Najpierw zabrano ogrodnikom działki, a na zwolnionym terenie utworzono ogromny bazar, chwilę po tym otwarto granicę. Wszystko zaczęło się zmieniać, sąsiedzi zaczęli dostosowywać się do nowej sytuacji, próbując odnaleźć się w nowych realiach. Już nie kolej, a handel stał się źródłem utrzymania wielu z nich.
I wtedy stało się najgorsze. Ojciec wpadł pod pociąg. Zginął na miejscu. Tragedią tą miasteczko żyło przez wiele miesięcy. W mieście, gdzie nie zdarzały się nawet większe kolizje samochodowe, wydarzyła się taka sensacja. Od tamtego zdarzenia Dorota nie miała imienia, stała się córką tragicznie zmarłego kolejarza, wzbudzając swoją osobą zainteresowanie i litość.
To wtedy jej dzieciństwo definitywnie się skończyło. Dziewczynka na długie miesiące zapadła w depresję, tak naprawdę nigdy do końca z niej nie wychodząc. Odizolowała się od ludzi i zamknęła w sobie, starała się nie opuszczać domu, ponieważ nie chciała czuć pełnych niezdrowego zainteresowania spojrzeń sąsiadów.
Matka nie była w stanie utrzymać dwóch dorastających córek z renty po zmarłym mężu. Tak, jak większość mieszkańców zaczęła pracować na bazarze, często bez dnia odpoczynku. Nie czekała już na dziewczynki z ciepłym obiadem w wypielęgnowanym domu.
Obowiązki przejęła Dorota, która po szkole biegła do domu, by ugotować matce ciepły posiłek. Pomimo mrozu, deszczu czy też upału szła ze spuszczoną głową, próbując stać się wręcz niewidzialną dla wszystkich, na drugi kraniec miasta, by ciepłym posiłkiem chociaż w ten sposób wesprzeć pracującą matkę. Stary Kostrzyn jak nazywała kiedyś to miejsce, centrum handlu przygranicznego, miejsce gdzie dawno temu, w innym życiu potrafiła śmiać się beztrosko pełną piersią.
Daria buntowała się. Nie akceptowała nowej, trudnej sytuacji. Stale obrażała się na matkę. Niepilnowana zaczęła nawiązywać nowe znajomości i nie wracała na noce do domu. Ledwie przechodziła z klasy do klasy. Dorota z przerażeniem obserwowała nowe towarzystwo siostry, dziwiła się, skąd tak młodych ludzi stać na samochody, drogie ubrania i nieustanne imprezowanie. Nie chciała martwić matki, więc milczała i ukrywała przed nią poczynania starszej córki.
Miała tylko jedną koleżankę, z którą utrzymywała kontakt. Magda była inteligenta, nawet trochę zarozumiała. To właśnie ona wyjaśniła jej, skąd znajomi Darii mają pieniądze. Z trudem przyjmowała fakt, iż młodzi ludzie narażają swoją przyszłość, reputację parając się niezgodnymi z prawem działaniami, tylko po to by zdobyć pieniądze i je bez sensu roztrwonić.
Zanim Dorota skończyła drugą klasę miejscowego liceum hotelarskiego, wielu ze znajomych jej siostry odsiadywało wyroki lub też miało je w zawieszeniu.
Już wtedy Dorota marzyła, by stamtąd uciec. Magda planowała studia dziennikarskie w Poznaniu i namawiała koleżankę, by ta do niej dołączyła. Dorota pierwszy raz czegoś naprawdę szczerze zapragnęła. Nocami marzyła o ucieczce z miejsca, w którym się znajdowała. Widziała, że jest to możliwe.
Gdy rozpoczynała trzecią klasę liceum, jej siostra Daria wychodziła za mąż, będąc w drugim miesiącu ciąży. Matka początkowo była załamana szybkim zamążpójściem starszej córki, ale gdy poznała Mariusza, zwanego Grubym, a szczególnie zasobność jego portfela, gdy ten zatrudnił ją na swoim straganie, jej obawy szybko przerodziły się w ekscytację. Dorotę przeraziła postawa matki. To, że nie widziała, że córka pokochała nie mężczyznę, a jego pieniądze, nie osobowość, a mały lokal z kebabem, który stał się centrum rozrywki dla lokalnej gangsterki. Determinację dziewczyny pogłębiło wyznanie matki, która pragnęła, by młodsza córka także podobnie ułożyła sobie życie. Daria próbowała umówić Dorotę z kolegami Grubego, ale ta nigdy nie przyszła na zaaranżowane spotkania.
W kwietniu urodził się Alanek, syn Darii. Wzruszenie Doroty było ogromne, gdy siostra poprosiła ją, by została matką chrzestną maleństwa, na punkcie którego wprost zwariowała. Opiekowała się nim w każdej wolnej chwili, poświęcała mu cały swój czas. Nie dostrzegała tego, że siostra po prostu wykorzystuje jej miłość do dziecka. Alanek miał kilka miesięcy, gdy Daria zaproponowała jej, by razem z nimi pojechała na wycieczkę do Turcji w zamian za opiekę nad maleństwem. Dorota była bardzo podekscytowana, ponieważ nigdy nie była za granicą, a o wypoczynku w orientalnym kraju nie śmiała nawet marzyć. Wróciła z niej tryskając energią, pomimo, iż Turcję widziała tylko z perspektywy basenu dla dzieci.
Daria bardzo często zostawiała małego na noc u nich w domu, tłumacząc się pracą w barze.
Dorota z pełnym zrozumieniem dla pracy siostry zarywała noce opiekując się siostrzeńcem.
Pewnego jesiennego wieczoru wyszła do Magdy po notatki, zostawiając małego z nieukrywanymi wyrzutami pod opieką babci, obiecując, że wróci najszybciej jak się da.
Mijając bar Mariusza zajrzała z ciekawością przez szybę, chcąc pomachać siostrze i zapewnić, że Alanek jest pod dobrą opieką. To, co zobaczyła zabolało ją bardzo. Nie dlatego, że ktoś wykorzystał ją jako siostrę, ale że ona – matka słodkiego maleństwa wolała spędzać czas pijąc ze znajomymi, zataczając się tańczyć na stole, niż się nim zajmować. Początkowo próbowała oszukać sama siebie, że to był jednorazowy incydent, ale niestety szybko przekonała się, że było to rutyną w życiu jej siostry, ponieważ po tym, co jakiś czas dziewczyna ukradkiem zaglądała do baru. Niestety nigdy nie zobaczyła siostry pracującej.
Nastała zima i Daria zabrała Dorotę na narty, oczywiście w roli opiekunki dla dziecka. Dziewczyna oglądała zaśnieżone stoki z okna pokoju, piastując stęsknionego za matką Alanka. Nie wracała już z takim entuzjazmem jak z letniej podróży. Matka wynosiła starszą córkę pod niebiosa, zmuszając Dorotę do okazywania wdzięczności, a ta wciąż milczała, ponieważ z coraz większym trudem przychodziło jej ukrywanie prawdy o obłudnym postępowaniu siostry. Na wiosnę Dorota zdobyła się na odwagę i przedstawiła matce swoje plany na przyszłość. Bardzo długo przygotowywała się na tę rozmowę. Zaskoczyła matkę przedstawiając jej gotowy plan finansowy, pokazując umowę z agencją hostess i numerem nowo założonego konta, na które od września miała wpływać renta po ojcu. Matka nie ukrywała zaskoczenia, jednak nie protestowała, co sprawiło, że Dorota uwierzyła, że jej marzenie się spełni, że wydostanie się z pułapki swojego życia.
Podczas świąt wielkanocnych Daria ogłosiła dwie nowiny. Pierwsza, że kupują dom w szeregowcu, a druga to powód, dla którego zdecydowali się na ten zakup - drugie dziecko w drodze.
Dorota serdecznie pogratulowała siostrze ciesząc się jej szczęściem, po czym ogłosiła swoje plany o studiach, oczekując podobnej reakcji ze strony Darii. Ku jej zdumieniu rozpętało się piekło. Daria wpadła w szał. Oznajmiła, że siostra zamierza ją zostawić, a ona tak bardzo na jej pomoc liczyła. Oskarżyła dziewczynę o brak wdzięczności, za to, co od niej dostaje. Dorota początkowo nie rozumiała absolutnie nic z padających pod jej adresem oskarżeń. Gdy matka poparła starszą córkę, dotarło do niej wszytko. Jej plany legły w gruzach. Zabrakło jej sił do walki.
Zaczęła wrzeszczeć na matkę, wyrzucała z siebie straszne przekleństwa, obnażyła w końcu całą prawdę o swojej siostrze. Był to akt desperacji – krzyk bezgłośny, krzyk w jej głowie. Bo tylko czasami, gdy zamykała oczy, potrafiła zobaczyć siebie mówiącą: NIE. Na tym jednak jej asertywność się kończyła. Matka widząc milczącą, zszokowaną córkę, dała jej czas na ochłonięcie wiedząc, że ta porzuci swoje plany.

***

Tak też się stało. Cierpiała. Stała się jeszcze bardziej milcząca.
Pomimo, że dostała się na studia w Poznaniu, pokornie rozpoczęła naukę na gorzowskiej uczelni, na kierunku administracyjnym, codziennie dojeżdżając tam pociągiem. Matka powiedziała jej tylko, że ojciec byłby z niej dumny. W głowie Doroty krzyczało: – Szkoda że nie ty!!! Na głos wypowiedziała tylko krótkie, smutne:– Tak, wiem.
I tak wszystko powoli zaczęło powracać do utartego rytmu. Daria podekscytowana biegała z katalogami, wybierając wyposażenie do domu, próbując imponować siostrze, która obojętnie spoglądała na zaznaczone towary, pomimo iż wzbudzały w niej odrazę swoją krzykliwością.
Dorota była przygaszona i zmęczona codziennymi podróżami na uczelnię, nauką i stałą opieką nad Alankiem.
Na uczelni była niezauważalna, ponieważ nie miała siły przebicia, ładnych ciuchów, ani pieniędzy na integrację ze studentami. Siedziała zawsze na końcu sali przy oknie, sama. Czuła, że większość tych ludzi nie jest świadoma jej istnienia. Nikt nie zwracał uwagi na niską blondynkę z długim warkoczem, w wytartych spodniach, schowaną w ciemnych swetrach.
Zimą Daria urodziła drugiego syna, Oskara.
Na uczelni zbliżała się sesja i ku zdziwieniu Doroty okazało się, że nie jest tak do końca widmem. Studenci byli świadomi jej istnienia, może nie do końca ją zauważali, ale wiedzieli bardzo dobrze, że posiada skrupulatnie prowadzone notatki. Nie potrafiła przyzwyczaić się do tego, że ktoś mówi do niej po imieniu. Zawstydzona nową sytuacją bez słowa pozwalała kopiować swoje zapiski.
Po sesji wszystko wróciło do dawnego rytmu, co ją niezmiernie cieszyło. Interesowne zainteresowanie jej osobą, wzbudzało w niej tylko agresję, której nie była w stanie okazać. Ponowne stanie się kimś niewidzialnym bardzo ją satysfakcjonowało.
W domu zmieniło się tylko to, że zamiast jednego, obecnie miała dwóch chłopców pod opieką.
Wakacje letnie spędzała nad basenami kurortów pilnując siostrzeńców.
Pogrążyła się w swojej samotności jeszcze bardziej. W wewnętrznej ciszy rozprawiała sama ze sobą o niesprawiedliwości świata i nienawiści do swojej siostry. Zerwała kontakt z puszystą Magdą, która swą ekscytacją studenckim życiem raniła ją dodatkowo.
Po letniej sesji drugiego roku obiecała sobie, że wyrwie się ze swojego niesprawiedliwego świata, że jeżeli dostanie najmniejszą szansę na odmienienie swojego życia, skorzysta z niej.
W wakacje Daria zabierała ją do Egiptu. Dziewczyna miała trochę odłożonych pieniędzy. Zamierzała po raz pierwszy na jeden dzień opuścić siostrę i jej dzieci, by skorzystać z wycieczki fakultatywnej. Chciała zobaczyć pustynię, zobaczyć piramidy. Obiecała sobie, że to będzie początek jej asertywności.
Od pierwszego dnia widziała ekscytację Darii grupą chłopaków, których w myślach nazywała burakami, beztrosko korzystającymi z uroków wakacji. Absorbowali swoją krzykliwą obecnością wszystkich. Wszystkich, oprócz Doroty, która ignorowała ich zupełnie. Nie byłaby w stanie powiedzieć ilu ich było, nie odróżniała jednego od drugiego. Wszyscy byli wysocy, opaleni i wysportowani. Wyzywała ich w myślach, gdy śmiejąc się głośno i przekrzykując siebie w rozmowach wyrywali dzieci ze snu.
Daria obraziła się na Dorotę, gdy usłyszała, że siostra zamierza skorzystać z uroków wakacji. Gruby stanął jednak po stronie Doroty i ta musiała zaakceptować jej decyzję. Po kolacji zabrała dzieci i poszła z nadzieją i podnieceniem do pokoju, by następnego ranka spełnić swoje małe marzenie.
Zapukała rano do pokoju Mariusza i Darii, by zostawić dzieci. Drzwi otworzył skacowany Gruby, ledwo stojąc na nogach po całonocnej imprezie. Siostra nie miała nawet siły zwlec się z łóżka. Mariusz kajał się przed Dorotą, przepraszał za swój stan. Bełkotał pod nosem, że to koledzy zaprosili na jednego. Zabrała dzieci i z płaczem wybiegła z ich pokoju. Spakowała koce, zabawki i szybko, tłumiąc wzbierający w niej szloch, wybiegła z hotelu. Po drodze wpadła na jednego z buraków, ale nawet go nie przeprosiła. Dzieci bawiły się w piasku, a ona siedziała na leżaku, zasłonięta ciemnymi okularami cicho płakała. Nie miała ochoty na powrót do hotelu. Za pieniądze przeznaczone na wycieczkę kupiła suty, niezdrowy obiad i zjadła go z dziećmi na plaży, potem pozwoliła dzieciom bezkarnie zajadać się słodyczami. Po południu dzieciaki usnęły. Leżały spokojnie na kocu w cieniu parasola, a Dorota wyjadała resztki łakoci, które zostały po żarłocznych małych łasuchach.
I wtedy przeżyła największe zaskoczenie:
– Nie było cię na obiedzie – usłyszała za swoimi plecami obcy, męski głos.
Odwróciła się szybko i dostrzegła za swoim leżakiem jednego z buraków.
– Nie byłam głodna – odpowiedziała obojętnie.
– Nie sądzę. – Zaśmiał się, wskazując na pojemnik z jedzeniem.
– Śledzisz mnie? – Nawet nie starała się być miła.
– Nie, ale zdziwiłem się, że nie ma cię na obiedzie.
Dorota wzruszyła ramionami, starając się, by wyglądało to jak najbardziej neutralnie, jednak jej ciało ogarnął paraliż. Nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś zwraca uwagę na jej obecność. Nie wiedziała zupełnie, co o tym myśleć. Chłopak usiadł na przeciwko niej swobodnie na kocu. Miał opalone, wysportowane ciało, krótkie włosy, wyraźny kontur ust i zielono-brązowe oczy, które najbardziej przykuwały uwagę. Lekko się uśmiechnął.
– To na ciebie dzisiaj wpadłam? – upewniła się. 
– Trochę mnie wystraszyłaś.
Dorota uśmiechnęła się smutno.
– Chcesz o tym porozmawiać? – spytał.
– Nie, to za długa historia. – Nie mogła uwierzyć, że ten chłopak, który mógł mieć każdą kobietę na plaży, siedział na jej kocu i chciał rozmawiać właśnie z nią. Kręciło jej się w głowie z nadmiaru emocji.
– Widzę, że masz krem przeciw poparzeniom. – Wskazał na leżąca tubkę i obracając się pokazał swoje spalone plecy.
Dorota zaśmiała się w myślach, sama z siebie. Jak mogła pomyśleć, że jego nagłe zainteresowanie było bezinteresowne. Powinna była przewidzieć, że taki burak, do kogoś takiego jak ona, nie podchodzi powodowany troską.
– Jak chcesz, posmaruję cię – zaproponowała wściekła na siebie za swoją naiwność.
Niech ma burak jeden, niech wszyscy widzą i niech się z niego śmieją, że brzydka dziewczyna smarowała mu plecy. Krzyczała bezgłośnie, ogarnięta furią. Bez zastanowienia uklękła i zaczęła wsmarowywać krem w jego plecy, a w głowie jej huczało od najgorszych wyzwisk, które kierowała pod adresem chłopaka.
Miała wszystkiego dość, a buraczydło jeszcze bardziej ją wkurzał mrucząc z zadowolenia podczas masowania.
– Bosko to robisz – wyznał.
Dorota bez słowa przestała go dotykać, bo naśmiewanie się z niej, jak to odebrała, było ponad jej niespodziewany akt determinacji. Odsunęła się ostentacyjnie i bez słowa patrzyła przed siebie. Chciała po raz pierwszy odważyć się i wykrzyczeć mu to, co było w jej głowie od zawsze.
– Zjesz ze mną kolację? – zaproponował niepewnie.
Dorota zamarła, analizując, czy to co przed chwilą usłyszała, nie było psikusem wyobraźni jej przegrzanej głowy.
– No tak, kretyn ze mnie zupełny. Przepraszam, że się narzucam… Po prostu pomyślałem... Sam nie wiem, co sobie pomyślałem! Jeszcze raz cię przepraszam. – Wstał zawiedziony brakiem reakcji z jej strony.
Dorota błyskawicznie przeanalizowała zaistniałą sytuację.
– Poczekaj! – zawołała za odchodzącym chłopakiem.
Patrzył na nią w skupieniu, co dodatkowo ją dekoncentrowało.
– Przecież, nawet się nie przedstawiłeś – powiedziała zawstydzona.
Uśmiechnął się zabawnie i podbiegł z powrotem na koc.
– Antek, bałwan pozbawiony dobrych manier. – Wyciągnął dłoń.
– Dorota – odpowiedziała, spuszczając wzrok.
– Czy teraz, kiedy już wiesz, jak mam na imię, dasz się zaprosić na kolację? – ponowił propozycję.
Z uśmiechem, nie mając odwagi na niego spojrzeć przytaknęła głową.
– Yes! – krzyknął zadowolony.
– Cii – uciszyła go. – Dzieci śpią.
– Sorry – ściszył głos zakłopotany. – Będę po ciebie o dwudziestej. Pasuje ci ta godzina?
Dorota skinęła głową.
Uśmiechnął się. Po czym wstał i w triumfalnym geście wzniósł ręce.
– Ale ty nie wiesz, gdzie ja mieszkam – krzyknęła, gdy zaczął się oddalać.
Cofnął się i z czarującym uśmiechem powiedział:
– Wiem i zanim tu przyszedłem znałem twoje imię.
– Jak to? – jęknęła.
– Kto nasłuchuje, ten wie! – Wstał i pobiegł radośnie w stronę hotelu.
Siedziała wpatrując się w morze, nie mogąc się otrząsnąć z tego, co wydarzyło się przed chwilą. Uszczypnęła się w rękę z niedowierzania.
– Przepraszam – wyrwał ją z transu głos Darii, która skruchą próbowała wywołać litość w siostrze.
Dorota wyrwana z rozmarzenia, spojrzała na siostrę z lekkim uśmiechem.
– To było ostatni raz – powiedziała nie patrząc na Darię, która posłusznie skinęła głową, przyglądając się siostrze, która nie do końca była jej siostrą.
– Mówię poważnie, to są ostatnie wczasy, na które z wami pojechałam.
Daria patrzyła przerażona.
– Mało tego. Dziś jest ostatni dzień, który spędzam na wyręczaniu ciebie z bycia matką – kontynuowała.
– Co ty wygadujesz? – Daria nie dowierzała.
– To, co słyszysz. – Dorota była bardzo opanowana. – Jak tylko chłopcy się obudzą, zaprowadzę ich do hotelu, wykąpię, spakuję i zaprowadzę do waszego pokoju. I przez ten ostatni tydzień, ty wreszcie będziesz tam, gdzie powinnaś być od kilku lat, przy swoich dzieciach.
– Tobie chyba…
Nie dała jej skończyć.
– Nie pozwolę ci się więcej mną wysługiwać, wiem na czym polega twoja praca, nie raz obserwowałam twoją udrękę zza okna.
Zszokowana Daria patrzyła na siostrę.
– Jeżeli zrobisz aferę, urządzisz tutaj cyrk, obiecuję, że wszystko w końcu opowiem mamie i nie zawaham się powiedzieć całej prawdy. Nie powinnaś spalać jedynego mostu, który ci pozostał.
Daria próbowała coś powiedzieć, ale dzieci właśnie się przebudziły i z zaskoczeniem patrzyły na siedzącą matkę. Dorota uklęknęła przy dzieciach i potargała delikatnie po główkach.
– A ciocia ma dla misiaczków niespodziankę – powiedziała słodkim głosem.
Oczy dzieci zrobiły się większe z zaciekawienia.
– Nie, nie, teraz się nie dowiecie, najpierw trzeba się wykąpać i zjeść pięknie kolację – mówiła z czułością zbierając rzeczy z plaży.
– Ciociu, a duża ta niespodzianka? – dopytywał Alanek.
– Zdradzę ci tajemnicę, ale cii, duża, bo to dwie niespodzianki – powiedziała z rozbawieniem.
– Do zobaczenia wieczorem – pożegnała oschle Darię, która w milczeniu, z nieukrywaną złością siedziała wpatrzona w rozgrywającą się scenę.
Wieczorem Dorota ubrana w długą, niebieską sukienkę, którą kiedyś dostała w spadku po starszej siostrze, zrezygnowana przeglądała się w lustrze. Zaczęła wątpić, że on przyjdzie, to wszystko było jakąś farsą, ten cały dzień, to wszystko co się wydarzyło, było jak sen. I pomimo, że nie mogła w to uwierzyć, on jednak przyszedł.
Zjedli kolację na tarasie hotelu. Dorota wypiła kieliszek wina, Antek więcej. Z przejęciem słuchała opowieści, którymi ją zabawiał. Wcale nie był burakiem. Dowcipny, kulturalny, mądry. Nie mówił o pracy, nie chwalił się pieniędzmi.
Poszli na spacer na plażę. Okrył ją swoją marynarką, ponieważ wiał lekki wiatr. Szumiało morze, a on opowiadał zabawne historie, by ją rozśmieszyć. Mówił o swoim dzieciństwie: pięciu braciach i o siostrze, a w zasadzie o dwóch. Bez skrępowania opowiedział o tym, jak dowiedzieli się, że mają jeszcze jedną. Dorota była w bajce. Z nieukrywanym zafascynowaniem wsłuchiwała się we wszystko, co mówił. Nie potrafiła opowiedzieć nic ciekawego, choć w połowie tak zabawnego, bo wszystko, co przeżyła, było smutne, ale on nie naciskał.
Opowiadał o Krakowie, w którym się wychował, o Wrocławiu, w którym obecnie mieszka, o koledze, który był organizatorem tego wyjazdu, a który niebawem miał poślubić kobietę swojego życia. Imponował jej bardzo. Zakochała się w nim już pierwszego wieczoru.
Zrezygnował z towarzystwa kolegów i spędzał z nią cały czas, jaki im pozostał.
Daria nie odezwała się do niej do końca pobytu. Gruby pokornie zaakceptował decyzję Doroty, nawet przez chwilę nie dając jej odczuć, że ma do niej jakikolwiek żal. To rozjuszało Darię jeszcze bardziej, ponieważ musiała zrezygnować z beztroskiego wypoczynku, poświęcając się dzieciom. Z nieukrywaną zazdrością obserwowała nową znajomość siostry.
Dorota nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę, że ten mężczyzna właśnie na nią zwrócił uwagę. Gdy późną nocą siedziała sama w hotelowym pokoju, próbowała to jakoś ogarnąć, logicznie wytłumaczyć, ale nie potrafiła. Nie mogła rozgryźć jego intencji, nie narzucał się, nie był nachalny, sprawiał wrażenie, jakby zależało mu tylko na jednym, na tym by się śmiała, a od momentu, gdy go poznała, robiła to bez przerwy.
Ostatniego wieczoru poszli potańczyć. Poznała jego kolegów. Była strasznie skrępowana obecnością tylu mężczyzn, że nie miała odwagi się odezwać. On, jakby to wyczuł, delikatnie wziął ją za rękę, próbując dodać jej otuchy.
Spacerowali po plaży.
– Opowiedz mi o swojej uczelni – poprosił.
– Nic ciekawego – odpowiedziała zrezygnowana.
– Dużo masz tam kolegów? – nie wiedziała ile w tym pytaniu było kokieterii, a ile szczerej ciekawości o jej układy z mężczyznami. Poniekąd nawet ją to rozbawiło, że był gotów pomyśleć o tym, że ma jakiekolwiek relacje z kimś na uczelni, a tym bardziej z kolegami.
Wzruszyła obojętnie ramionami, próbując przemilczeć temat niewart kontynuowania.
– Ty coś przede mną ukrywasz – śmiał się.
– Niby co?
– Nie wiem, pewnie sznurek wielbicieli. – Miała wrażenie, że on jest zawstydzony tym, że o to dopytuje. W takim razie po co pytał?
Przytaknęła.
– O tak, tu masz rację, kolejka – zakpiła – czasami aż muszę rozdawać numerki.
Patrzył zdumiony.
– Jako jedna z nielicznych mam wszystkie notatki, tak więc pod koniec sesji… sam rozumiesz – powiedziała zrezygnowana.
Śmiał się głośno, a ona razem z nim, szczęśliwa że doprowadziła do tego swoim sarkazmem.
I wtedy przyciągnął ją do siebie. Delikatnie dotknął jej twarzy, nosa, ust. Drżała. Całą sobą pragnęła tego, a zarazem bardzo się bała. Nigdy nie była z mężczyzną, a pocałunki mogła wyliczyć na palcu jednej ręki, do tego po ostatnim usłyszała, że jest drętwa jak kłoda.
– Boisz się mnie? – spytał delikatnie.
Patrzyła na niego z wypiekami na twarzy, czując że świat zwariował.
– Nie – powiedziała bardzo cicho.
– Mogę cię pocałować? – poprosił.
– Ponoć jestem drętwa jak kłoda – wyznała, nie panując nad nerwami.
Pochylił się nad nią i pocałował delikatnie, ale ona pragnęła więcej, a on jej nie zawiódł.
Leżeli na piasku całując się namiętnie, jego dłonie delikatnie ją przyciskały. Nie zszedł niżej, nie naruszył miejsc, na których dotyk nie była jeszcze gotowa. Odprowadził ją do pokoju. Gdy tylko zamknęła drzwi usiadła przerażona. Czy to miał być koniec? Czy to było ich pożegnanie? Czy powinna była już zacząć o nim zapominać, jeżeli to w ogóle było możliwe?
Pukanie do drzwi przywróciło ją do świadomości.
– Mogę do ciebie zadzwonić, po powrocie? – usłyszała, gdy tylko uchyliła drzwi.
– Tak – odpowiedziała wpatrzona w Antka.
– Będziesz chciała się ze mną spotykać? – W jego głosie było wiele wzruszenia i nadziei.
Nie mogła uwierzyć, że on ją o to prosi.
– To bardzo daleko – wybełkotała.
– Myślisz, że stanowi to dla mnie przeszkodę, że jest w stanie mnie powstrzymać? – zapytał z przekorą w głosie.
– A nie jest? – spytała pełna nadziei.
– Powiedz: tak, a ci udowodnię – zapewnił.
– Tak – prawie krzyknęła.
– Daj mi swój numer telefonu – wyszeptał, zaraz po tym całując ją w usta.
– Nie mam telefonu, ale załatwię – obiecała.
Zapisał jej na ręku swój numer rysując przy tym małe serduszko.
– Obiecaj mi, że zadzwonisz? – błagał.
– Zadzwonię – zapewniła.
Zapisała jego numer we wszystkich możliwych miejscach, powtarzała go niczym mantrę przez cała podróż do Polski. Wracając do domu, pierwszy raz w swoim życiu czuła się naprawdę szczęśliwa.
Wybłagała Grubego, by załatwił jej telefon komórkowy, obiecując płacić swoje rachunki z renty po ojcu. Gruby przeszkolił ją, jak go używać i pod żadnym pozorem nie pozwolił nikomu pokazywać, a jeżeli się wyda, że go ma, nigdy nie zdradzić skąd.
Ogarnęła ją panika, patrzyła na aparat telefoniczny, nie mając odwagi jego użyć. Zaczęła się bać, co będzie, jak ją zostawi, a na pewno zostawi, bo przecież nie miała mu nic do zaoferowania. Tak naprawdę nie miała pojęcia, kim on jest. Może z niej tylko zakpił. Była gotowa odpuścić, ale wtedy przypomniała sobie, co obiecała. Nawet jeżeli on nie był tą wyczekiwaną szansą na zmiany, nie mogła tego nie sprawdzić.
Myślała o tym dwa dni, analizowała każde za i przeciw. W końcu zdecydowała się i drżącymi rękoma niezdarnie wystukała sms: "To mój numer, jeżeli masz ochotę porozmawiać, to zadzwoń. Dorota".
I każda sekunda stała się minutą, minuta godziną, godzina wiecznością.
Śmiała się ironicznie przez łzy z samej siebie, ze swojej naiwności.
Nagle telefon zaczął wibrować, początkowo nie wiedziała, co to oznacza. Spojrzała na wyświetlacz, na którym migał napis "Antek", jedyny numer, jaki miała wpisany.
– Halo – próbowała opanować emocje.
– Dorotka? – usłyszała ten cudowny głos.
– Tak – tyle tylko była w stanie powiedzieć.
– Bałem się, że ze mnie zrezygnowałaś – wyznał.
Milczała. Nie byłą w stanie powiedzieć nic sensownego.
– Jesteś tam? – upewnił się.
– Tak.
– Mam rację? – sprawdzał swoje obawy.
– Musiałam to przemyśleć – powiedziała.
– Cieszę się, że w końcu się odezwałaś.
– Ja też się cieszę.
– Tęsknie za tobą – tak szczerze to powiedział, że z trudem opanowała krzyk.
Boże, jak ona za nim tęskniła, całą sobą, każdy skrawek jej ciała potrzebował go, by mogła żyć, ale nie potrafiła mu tego powiedzieć.
– Czy ty się mnie boisz? – spytał.
– Nie wiem – zdobyła się na szczerość.
– Daj mi szansę – błagał.
Znowu milczała.
– Proszę – nie ustępował.
– Antek, ja nie potrafię sobie tego wyobrazić, jak to by miało wyglądać.
– Nie bój się, proszę. Wszystko się ułoży, tylko mi zaufaj – obiecał.
– Dobrze.
– Dorotko, obiecuję ci, że będziesz szczęśliwa.
– Wierzę ci – powiedziała z przekonaniem, ponieważ tak bardzo pragnęła mu wierzyć.
Wieczorami rozmawiali przez długie godziny, a potem żegnali niekończącymi się wiadomościami tekstowymi.

***

Zaczął się rok akademicki i tym samym powrót do szarej rzeczywistości. Znowu siedziała pod ścianą, bez znajomych. Czasami ktoś powiedział jej cześć, ułatwiając sobie tym drogę do notatek na przyszłość. Niczym zjawa przemieszczała się niezauważalna dla reszty studentów.
Pewnego dnia raptem wszystko się zmieniło. Po zakończonych ćwiczeniach odebrała telefon od tego, którego tak bardzo pokochała.
– Cześć – powiedziała cicho, nie chcąc nikomu rzucać się w oczy.
– Co robisz?
– Jestem na uczelni – odpowiedziała trochę zdziwiona pytaniem, ponieważ było to oczywistością.
– Tęsknisz za mną choć trochę? – spytał.
– Trochę – próbowała flirtować.
– Eee… nie podoba mi się ta odpowiedź – ostrzegł żartobliwie.
– Oczywiście, że za tobą tęsknię – wyznała ze śmiechem, wychodząc z budynku uczelni.
Omijała ludzi, którzy jak na złość wielkim tłumem wylegli na dziedziniec i zamiast podążyć do swoich spraw, wpatrywali się w czarne terenowe auto z przyciemnianymi szybami i błyszczącymi felgami.
– Poczekaj chwilę – była lekko zdegustowana. – Postaram się znaleźć spokojniejsze miejsce. Tu dziś nie jest łatwo wyjść, ludzie niczym święte krowy tarasują mi drogę.
– A co takiego się wydarzyło?
– Eee tam, brak słów. – Z pogardą spojrzała na tłum i obojętnie wyminęła obiekt ich zainteresowania.
– Dlaczego to zrobiłaś?
– Słucham? – Nie zrozumiała sensu zadanego pytania.
– Dlaczego tak mnie potraktowałaś?
– Antek, czy ty mówisz do mnie? – spytała, odniosła bowiem wrażenie, że chłopak rozmawia z kimś, kto znajduje się koło niego.
– Tak.
– Dobrze się czujesz?
– Nie wiem, świat mi wiruje, gdy jesteś tak blisko – powiedział prawie szeptem.
Dorota stojąc na środku dziedzińca, zaczęła się niepewnie rozglądać, szukając Antka, choć wiedziała, że to niemożliwe. I nagle zobaczyła go. Siedział w tym wulgarnym aucie, wpatrzony w nią, z telefonem przy uchu. Stała w bezruchu. Zamknęła i otworzyła ponownie oczy, ale on nie zniknął. Nie miała odwagi się poruszyć.
Wysiadł z auta i do niej podbiegł. Wziął ją w ramiona i zaczął całować namiętnie, a ona wciąż nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
– Jak to… ty… Boże… – próbowała powiedzieć coś sensownego.
– Ja – śmiał się, widząc jej zaskoczenie i niedowierzanie.
Przytulił ją mocno i nie wypuszczając z objęć zaprowadził do samochodu.
Nic ją nie obchodziło. Nie wiedziała, co działo się wokół niej. Nie miało już znaczenia, czy ktoś ich widział, czy zwróciła na siebie uwagę, liczyło się tylko to, że on był przy niej.
Jednak gdy ochłonęła, zaczęła analizować zaistniałą sytuację. Zaniepokoił ją luksusowy samochód. Zaczęła się zastanawiać, kim on tak naprawdę jest, skoro stać go na to wszystko. Przecież nic o nim nie wiedziała. Początkowo uznała to za przejaw kultury, ale może on celowo przed nią ukrywał, czym się zajmuje. Nie wiedziała nawet, ile on ma lat.
Spacerowali po parku, rozkopując leżące liście.
– Antek, czym ty się właściwie zajmujesz? – zebrała się w końcu w sobie, by o to spytać.
– Czy to ma znaczenie? – próbował zignorować jej pytanie.
– Tak, ma. Chcę wiedzieć, skąd masz pieniądze, by bawić się na drogich wycieczkach, by jeździć luksusowym autem. – Była zdeterminowana, musiała to wiedzieć.
Zobaczyła złość pomieszaną ze smutkiem na jego twarzy. Stał ze spuszczoną głową próbując zdeptać kasztana. Milczenie stawało się coraz bardziej krępujące. Miała ochotę uciec, zakopać się w stosie liści, po prostu zniknąć. Mimo to stała, wyczekując odpowiedzi, nie pozwoliła, by jej głowa opuściła się ze wstydu.
– Dlaczego – jego głos był bardzo obcy – dlaczego to ma dla ciebie znaczenie? – zapytał z wyrzutem, a może nawet oskarżeniem. I choć zabolał ją jego ton, nie poddała się.
– Chcę wiedzieć, z kim się zadaję. Mieszkam w mieście, gdzie wielu młodych ludzi ma piękne auta, domy, mnóstwo pieniędzy. Stać ich na wiele. Oni sami myślą, że na wszystko, ale to, skąd to wszystko mają, jest odrażające – wyznała z pogardą.
– Czy jeżeli ci powiem, że to co mam, pochodzi z nielegalnych interesów, nie będziesz się chciała ze mną spotykać? – zapytał już spokojniej.
Patrzyła smutno przed siebie. A więc taki miał być finał tej znajomości. Gdy znalazł się ktoś, komu zaufała, kogo pokochała, okazał się być człowiekiem takim, jak ci wszyscy, których mijała z milczącą pogardą, ci z którymi Daria starała się ją umówić, tyle że tego akurat poznała na końcu świata.
– Nie jestem w stanie tego zaakceptować – powiedziała oschle, patrząc mu w oczy.
Chłopak zaczął się śmiać.
– Muszę wracać do domu, do widzenia Antku. – Nie miała siły na niego patrzeć, odwróciła się, chcąc odejść jak najszybciej.
– Nie – powiedział przytrzymując ją za rękę.
Dziewczynę zaczęła ogarniać panika.
– Puść mnie! – Próbowała wyrwać mu swoją dłoń.
– Nie mogę ciebie wypuścić, Dorotko – powiedział to tak spokojnie, że wzbudziło w niej jeszcze większe przerażenie.
– Proszę, puść… – Zaczęła naprawdę się go bać.
– Odnalazłam coś, czego tak długo szukałem – patrzył na nią z taką czułością, że jeszcze chwila, a gotowa była z nim zostać.
Złapał ją za nos.
– Głuptasie, nie jestem żadnym kryminalistą – zaśmiał się.
– Przecież powiedziałeś... – nie mogła pozbierać myśli.
– Powiedziałem: a jeśli bym był…
– Niby tak – przyznała spokojniejsza, jednak nie potrafiła mu wtórować w rozbawieniu.
– Ale nie jestem. Uczciwie pracuję, odprowadzam podatki, płacę składki do ZUS.
– Na pewno? – upewniła się.
– Tak – roześmiał się.
– To ok. – Z impetem kopnęła kasztana, którego on wcześniej nie mógł rozgnieść.
– To ci wystarczy? – Nie ukrywał zaskoczenia.
– Tak – zapewniła już zupełnie spokojna.
– Nie chcesz wiedzieć, z czego płacę te podatki? – Zaskoczony wpatrywał się w nią podparty o drzewo.
Jego chłopięce zachowanie, swobodny uśmiech, ręce w kieszeniach i to cudowne pełne podziwu dla niej spojrzenie, wystarczyły, by odrzuciła jakiekolwiek obawy.
– Nie, twoja deklaracja mi wystarczy – powiedziała pewnie.
Patrzył na nią z niedowierzaniem, a ona tylko wzruszyła ramionami.
– Prowadzę restaurację meksykańską razem z Karolem, którego poznałaś na wakacjach – choć tego nie potrzebowała, on jej tłumaczył, skąd biorą się jego dochody.
– Acha – odpowiedziała, dając do zrozumienia, że nie robi to na niej zbyt wielkiego wrażenia.
– O coś jeszcze chcesz mnie zapytać? – Podszedł do niej powoli i delikatnie założył kosmyk jej włosów za ucho.
Przez moment się zmyśliła.
– Ile masz lat?
– Więcej niż ty – odpowiedział zadziornie.
– Tyle to wiem. – Udając poirytowanie przewróciła oczyma.
– Czy to też może stanowić jakiś problem? – żartował.
– Nie – roześmiała się – ale chcę wiedzieć.
– Dwadzieścia siedem. I co ty na to? – zapytał przybliżając do niej swoje usta, których pragnęła.
– Tak przypuszczałam. – Nie potrafiąc się opanować, wpiła się w jego usta.
Było już ciemno i chociaż wiedziała, że matka się niepokoi, to nie miało znaczenia. Była z nim i żadna siła nie była w stanie zakochanej dziewczyny zmusić do zakończenia tego spotkania.
– Wiesz, czego się dziś dowiedziałem? – wyszeptał jej do ucha, gdy spacerowali mocno do siebie przytuleni.
Spojrzała na niego pytająco.
– Niebawem ożenię się z cudowną dziewczyną. Zabiorę ją z Kostrzyna i będę rozpieszczać przez całe życie, a ona będzie się do mnie uśmiechać, urodzi mi dzieci i będzie najszczęśliwszą kobietą na ziemi, bo ja o to zadbam.

***

Matka rozwiązywała krzyżówki przy kuchennym stole. Był to moment, na który Dorota czekała. Wzięła głęboki oddech, zdawała się być solidnie przygotowana do tej rozmowy, tyle razy ją przeprowadzała sama ze sobą, a jednak przed starciem nie miała odwagi. Wchodziła i wychodziła z kuchni, co rusz tracąc odwagę.
– Dziecko, kręcisz się, jakbyś miała robaki. – Matka była podenerwowana.
– Mamo. – Usiadła naprzeciwko przy stole pokrytym kolorową ceratą.
– Tak?
– Mamuś, poznałam kogoś – powiedziała cicho.
Dopiero wtedy jej matka oderwała się od krzyżówki i badawczo zaczęła przyglądać się córce.
– Jak to?
– Zakochałam się – wyznała niepewnie opuszczając głowę.
– To ten chłopak z Egiptu? – spytała zimno matka.
Nie ukrywała zaskoczenia, choć nie było trudno odgadnąć, skąd ta o tym wiedziała.
– No tak, Daria – powiedziała niby do siebie.
– Tak, mówiła, że poznałaś jakiegoś mężczyznę, ale że z tego nic nie będzie, że on jest z daleka – oschle wyjaśniła córce.
– Z Wrocławia – szybko wtrąciła Dorota.
– To daleko. – Matka udawała, że skupia się na krzyżówce.
– Nie aż tak bardzo – próbowała przekonać matkę.
– Dziecko, jak ty to sobie wyobrażasz, tak się nie da.
Dorota próbowała skupić na sobie uwagę matki, która nie wiadomo czemu ją ignorowała, co zupełnie ją onieśmielało. Cisza panująca w kuchni stawała się coraz bardziej krepująca i Dorota próbując jakoś ją przerwać zaczęła myć naczynia, głośno nimi stukając.
– Jadę do niego w piątek, do Wrocławia – powiedziała przebijając się swoim niepewnym głosem przez szum wody.
– Co?! – wykrzyknęła wzburzona rodzicielka.
– Jadę do niego na weekend, do Wrocławia – powiedziała odważnie Dorota.
– Jak ta latawica będziesz jeździła do niego przez pół Polski – parsknęła matka.
– On po mnie przyjedzie – powiedziała, starając się ze wszystkich sił stłumić napływające łzy.
– O tak, ciągnie ciebie do pieniędzy, podróży – matka była oburzona – byle kto się pojawi, a ty już lecisz. Nie wiesz kim jest ten człowiek, czy nie jest przestępcą, degeneratem, zboczeńcem, albo, kto wie, może jakimś narkomanem. Tyle się o tym czyta – wskazała wymownie na gazety, leżące na brzegu stołu.
Dorota nie mogła uwierzyć, że słyszy te słowa z ust swojej matki. Tej, która nielegalne pieniądze zięcia prała na bazarze. Tej, która przyklaskiwała związkowi starszej córki z lokalnym gangsterem z wyrokiem w zawieszeniu za przemyt, prowadzącym lokal, w którym głównymi klientami byli kostrzyńscy mafiozi.
Łzy spływały jej po policzkach, co matka uznała za swoje zwycięstwo.
– Mamo, ja nie pytam ciebie o zgodę – powiedziała z zaciśniętymi zębami. – Nie masz prawa tak go oceniać.
Wstała od stołu i głośno trzaskając drzwiami, zniknęła w swoim pokoju. Długo nie mogła się uspokoić. Patrzyła na jasny księżyc, tak wielki i tak odległy. Zastanawiała się, czy on też go widzi. Poczuła w końcu ukojenie. Była tak bardzo zakochana, że cieszył ją fakt, iż pochodzą z tej samej planety. Przynajmniej to coś ich już łączyło.

***

Stała się nagle zauważalna na uczelni. Przytłaczały ją te ukradkowe spojrzenia wszystkich dookoła. Garbiła się, próbując udźwignąć ciężar ciekawości, który tak nagle na nią spadł. Prawie każdy mówił jej "cześć", nikt obojętnie jej nie mijał. Koleżanki z pogardą przyglądały się jej ubogiemu wizerunkowi, ktoś dosiadł się na ćwiczeniach. Jednak ona tak bardzo pragnęła ponownie stać się przezroczystą, niewidzialną.
Z czwartku na piątek nie mogła zasnąć z nadmiaru emocji. Piątkowe zajęcia zaś ciągnęły się tak bardzo, że była gotowa iść pierwszy raz na wagary.
Wychodząc z sali wykładowej od razu go dostrzegła, stojącego z boku z bukietem kwiatów, lekko się uśmiechającego.
Nie obchodziły jej zdumione spojrzenia, pierwszy raz prawie wykrzyczała na głos: mam was wszystkich gdzieś!
Ale zamiast tego pocałowała Antka odważnie na powitanie i utonęła w jego ramionach.
W cztery godziny dojechali do Wrocławia, który Dorota znała tylko z wycieczek szkolnych.
Dostrzegła, że Antek nie lubi muzyki, na której ona się wychowała, odruchowo przełączał wszystkie rockowe kawałki, nie pozwalając nawet rozpoznać danego utworu.
Pomyślała, że w końcu musi mieć jakąś wadę, a ta była do zaakceptowania.
Spytał o reakcję matki na wycieczkę do Wrocławia. Przez moment analizowała, czy mu to opowiedzieć, ale szybko uznała, że nie będzie go obarczać swoimi problemami.
– Jestem dorosła – powiedziała dając do zrozumienia, że nie chce o tym rozmawiać.
Dopiero, gdy dotarli na miejsce, Dorotę ogarnął strach. Zaczęła analizować, jak to będzie, co się wydarzy i czy on ją tak naprawdę bezinteresownie zaprosił.
Mieszkanie było bardzo ładne i przestronne. Dyskretnie oglądała wszystko dookoła. Duży pokój z aneksem kuchennym, jasne ściany ładnie kontrastujące z ciepłym brązem mebli kuchennych i skórzanym kompletem wypoczynkowym w pokoju.
– Witaj królewno w moim mieszkaniu – objął ją ramieniem.
– Ładnie tu.
– Owszem teraz jest tu pięknie, bo ty tu jesteś – powiedział i pociągnął delikatnie w kierunku sofy. Posadził sobie na kolanach i całował niczym stęskniony kochanek.
Przytulił ją mocno.
– Nie bój się, mam dwie sypialnie. Jeżeli masz czuć się niekomfortowo, możesz spać sama, nie nalegam, ale jeżeli tylko chcesz, będę przeszczęśliwy, mogąc tulić ciebie w ramionach.
Dorota nie odpowiedziała, czując napięcie, które się w niej wzbierało.
– Chcę cię zabrać w jedno miejsce – przywrócił ją do rzeczywistości.
– Gdzie?
– Udowodnię ci, że to co powiedziałem, to prawda, że jestem uczciwym obywatelem, prowadzącym legalną działalność.
– Już ci mówiłam, że wystarczy mi twoje słowo.
– Nalegam. Chcę, byś zobaczyła to na własne oczy. Przy okazji chcę cię też z kimś zapoznać.
Dorota spięła się na myśl o poznawaniu kogokolwiek.
– Proszę – powiedział łagodnie, wyczuwając jej niepewność. – Karola już znasz. Chcę tylko, byś poznała jego przyszłą żonę.
– Tylko ich? – upewniła się.
– Nie, jeszcze moją rodzinę: mamę, braci, siostry.
Dorota patrzyła na niego z przerażeniem.
– Ale nie dziś. – Roześmiał się, widząc jej minę. – Tego wieczoru tylko moich najbliższych przyjaciół.
I tak w życie Doroty wkroczyła Zuzanna.
Restauracja meksykańska pełna czerwieni, dużych graficznych wzorów i kaktusów była oblegana przez tłumy. Grała muzyka, pomiędzy stolikami przemykały kelnerki, unosił się gwar rozmów i śmiechu.
W tym tłumie Dorota od razu zwróciła uwagę na Zuzę, dopiero potem dostrzegając, że ta siedzi w objęciach Karola. Miała szeroką, wymowną gestykulację, wciąż patrzyła Karolowi w oczy. Jej egzotyczna uroda rzeczywiście przyciągała wzrok: czarne włosy krótko, symetrycznie obcięte, ciemna karnacja, ciemne oczy, do tego smoliście czarna sukienka z odważnym dekoltem i mnóstwo zielonej biżuterii. Rzuciła się w ramiona Doroty tak, jakby znała ją od wielu lat.
– No nareszcie, już myślałam, że nie przestaniecie się gzić – rzuciła na wstępie.
Dorota starała się ukryć zaskoczenie tym niekonwencjonalnym powitaniem.
– Zuza, świrze – strofował ją Antek.
– No, co? – Wzburzyła się lekko. – Nic, co ludzkie, nie jest mi obce.
– To akurat wiemy. – Antek drażnił się z nią.
– Dobra – klasnęła w dłonie – mili państwo, czas zacząć. Karol, wołaj Jolkę! – Nie kryła podekscytowania spotkaniem.
– Ja? – Karol był zaskoczony.
– Kochany, tak, ty, póki twoją żoną nie jestem, nie będę wychodziła przed szereg, ale poczekajcie przyjdzie taki dzień i zaprowadzę tu porządek – mówiła niby żartem.
– Kotku, ale tu jest porządek – Karol zdawał się być zaskoczony słowami narzeczonej.
– Tak tylko wam się wydaje – zapewniła. – Oj zamów, proszę, tę tequilę – niecierpliwiła się.
Dorota nigdy nie prowadziła rozrywkowego życia, nie znała alkoholi, a tym bardziej nie miała pojęcia, jak się pije tequilę. Antek zorientował się i wyjaśnił jej, co należy zrobić z postawioną na stole solą i cytryną. Zakrztusiła się ostrym smakiem trunku.
– Ojojoj, widzę maleńka, że musisz przejść małą edukacje u cioci Zuzy. – Dziewczyna mrugnęła przekornie, dodając jej otuchy.
– Chyba nie jestem w stanie tego ogarnąć – wyznała zawstydzona Dorota.
Antek pocałował ja w czoło.
– Moja grzeczna dziewczynka. Jolka! – zawołał do kelnerki, która momentalnie znalazła się przy stoliku. – Przynieś wino czerwone, w miarę słodkie, dla mojej dziewczyny.
Dorocie kręciło się w głowie, nie wiedziała czy to wina alkoholu, czy też tego, że Antek tak otwarcie przy wszystkich nazwał ją swoją dziewczyną.
Dorota wypiła dwa kieliszki wina, gdy reszta towarzystwa zdołała wypić dwie butelki tequili.
Zuzy nie sposób było nie polubić. Może zbyt krzykliwa, absorbowała swoją osobą, ale przy tym dysponowała niezaprzeczalną inteligencją i seksapilem.
Gdy wychodzili z lokalu Zuza była ewidentnie pijana, ale podtrzymując się na ramieniu Karola, próbowała przytulić Dorotę.
– Cieszę się, że cię poznałam – bełkotała.
– Ja również – zapewniła Dorota.
W milczeniu oglądała Wrocław nocą z za okna taksówki. Był najpiękniejszym miastem, gdy siedziała na tylnym siedzeniu, w objęciach najcudowniejszego faceta na ziemi, który nie wiedząc czemu właśnie nią się zainteresował.
– Pójdziesz ze mną na ślub Karola i Zuzy? – spytał łapiąc ją za rękę, gdy wysiedli z taksówki.
Uśmiechnęła się, spuszczając głowę.
– Jeśli tylko chcesz.
– Uwielbiam ten twój uśmiech. – Złapał ją delikatnie za nos.
Biorąc prysznic wciąż analizowała, gdzie powinna spać. Nie chciała ranić Antka, ale też nie uważała, by ten odpowiedni czas już nadszedł. Pragnęła zasnąć w jego ramionach, ale zbyt bardzo bała się tego, co było tak blisko.
Zamknęła się w drugiej sypialni. Nie spała. Wciąż analizowała, czy jej decyzja go nie uraziła. Leżała, obserwując podświetlony zegar. Patrzyła, jak zmieniają się godziny: druga, trzecia, czwarta – wtedy wstała i poszła do niego. Jego uśmiech, jego lśniące oczy to było to, co sprawiało, że wszystko, co miało się wydarzyć, było tego warte. Ale on tylko tulił ją, całując jej szyję.
Ta noc rozwiała jej wszystkie wątpliwości, co do zamiarów Antka.
Spali długo.
Sobotę spędzili gotując, śmiejąc się i grając w gry planszowe. W nocy położyła się przy Antku, odważniej rozkoszując się jego dotykiem i smakiem ust.
W niedzielę po obiedzie ruszyli do Kostrzyna. Nie pozwoliła mu odwieźć się pod dom, nie chcąc wzbudzać niczyjej ciekawości. Obiecał, że w następny piątek po nią przyjedzie, a ona od razu wiedziała, jak bardzo będzie wyczekiwać tego dnia.
W domu zastała matkę z Darią i dziećmi. Udawała, że nie widzi ich obrażonych min i beztrosko wszystkich całując przywitała się, na co zareagowali tylko chłopcy.
– Cześć, ciocia! – Rzucili się w jej objęcia.
– Halo, wróciłam! Jestem tu! – Pomachała do kobiet przy stole, starając się rozładować atmosferę.
– Daruj sobie te wygłupy – zrugała ją matka.
– Póki co, to wy się wygłupiacie – powiedziała bez zastanowienia.
– My!? – matka nie kryła oburzenia – puszczasz się po kątach z jakimś łajdakiem, myślisz że o co mu chodzi, niby o ciebie... Wykorzysta cię i porzuci, a wtedy nie będzie ci już tak wesoło.
Dorota ze smutkiem wpatrywała się w matkę, w milczeniu analizowała, co powinna zrobić.
Wyciągnęła telefon, na widok którego Daria parsknęła z pogardą.
– O proszę, już nawet ci prezenty daje i to nie tanie – powiedziała z zawiścią z trudem kryjąc zazdrość, choć sama od dawna miała telefon komórkowy.
Dorota udała, że tego nie słyszy i bez wahania wybrała jego numer.
– Antku, mam prośbę, czy za tydzień, jak przyjedziesz, pozwolisz zaprosić się na obiad, u mnie w domu?
– Dorotko, jesteś pewna? Wiesz, odniosłem wrażenie, że się tego boisz? – upewniał się, mając w pamięci jej niechęć do mówienia o reakcji mamy.
– To głupie, co zrobiłam, do tego nie pomyślałam, że moja mama może się o mnie martwić. Chciałabym, żeby miała świadomość, z kim się spotykam – mówiła łagodnie do Antka, jednak jej wzrok był zimny i bezlitosny, wbity w osłupiałą matkę, która w stojącej dziewczynie nie mogła rozpoznać swojej wiecznie spłoszonej córki.
– Mam nadzieję, że w piątek rozwiejesz wszystkie swoje wątpliwości – powiedziała chłodno do matki po skończonej rozmowie i wyszła do swojego pokoju.
Dopiero tam uświadomiła sobie, co przed chwilą się rozegrało. Udało jej się zawalczyć, nie poddać matce pomimo, iż wspierała ją starsza córka. Rozejrzała się ze smutkiem po pokoju i ogarnął ją lęk, że go zaprosiła. Nie chciała odkrywać przed nim swojej smutnej rzeczywistości, swojego bezbarwnego życia.

***

Dorota zawsze lubiła czystość i porządek, ale to co wyprawiała przez ten tydzień, było nie do pojęcia nawet przez nią samą. Mieszkanie wiele lat temu, gdy było ich na to stać, prezentowało się nawet atrakcyjnie, ale tyle lat bez remontu, napraw, z przestarzałymi meblami, pozostawiało dużo do życzenia. Teraz pomimo wszystkich braków miało wysprzątany każdy kąt, było czyste i pachnące.
– Widzę, że zależy ci na tym panu – był to jedyny komentarz, jaki usłyszała od matki.
W piątek pierwszy raz zawagarowała.
Matka z Darią szeptały coś w kuchni, Gruby siedział przed telewizorem w skupieniu oglądając mecz, nie zwracając uwagi na chłopców wyrywających sobie zawzięcie zabawki. Dorota z niecierpliwością chodziła od okna do okna, wciąż patrząc na zegarek.
Zadzwonił telefon.
– Halo – odebrała szybko.
– Dorotko już jestem, zaparkowałem tam, gdzie ostatnio ciebie wysadziłem.
– Poczekaj, wyjdę po ciebie.
– Spokojnie, powiedz tylko, w którą stronę mam iść.
Po kilku minutach zobaczyła go. Nie mogła dłużej czekać. Wybiegła mu na spotkanie, pokonując po kilka stopni na raz. Po chwili była w jego ramionach. Była pewna, że z kuchennego okna przyglądają się im dwie kobiety, te które powinny być jej tak bliskie, te które powinny cieszyć się jej szczęściem.
Czuła lęk wprowadzając go do swojego domu, ale on zdawał się nie zauważać tego, co ją tak bardzo zawstydzało.
Szarmancko ukłonił się matce, wręczając jej bukiet kwiatów.
– Nazywam się Antoni Zacharewicz – przedstawił się. – Dziękuję za zaproszenie.
Matka stała oniemiała, wpatrując się w chłopaka córki. Dorota zauważyła, że matka się kruszy, że zaczyna się wstydzić tych wszystkich słów, które wcześniej wypowiedziała.
– Grażyna Kalinowska – powiedziała, wciąż nie mogąc oderwać wzroku od Antka ubranego w garnitur i jasną koszulę. – Zapraszam pana do środka.
– Proszę mówić do mnie: Antek – poprosił.
Dorota obserwowała, jak z zaskoczeniem, a potem niedowierzaniem matka patrzy na Antka, który rozbrajał ją swoją wysoką kulturą obycia.
Wpatrywała się w niego, gdy wręczał kwiaty Dorocie i Darii, Grubemu zaś alkohol, raczej dobry wnioskując po reakcji obdarowanego. Nie zapomniał o dzieciach, tyle, że jak wyjął dla nich małe pakunki, zaśmiał się rozbawiony sytuacją.
– Przepraszam, byłem pewien, że macie trójkę – powiedział, wskazując na trzeci pakunek.
– Stary, nie ma co przepraszać, jak dziś weźmiemy się do roboty to za dziewięć miechów się przyda. Co nie, mała? – uszczypnął żonę w pośladek.
Dorota skuliła się zawstydzona prymitywnym zachowaniem szwagra i nie mogła uwierzyć, że matka również wykonała podobny unik jak ona. Antek śmiał się rozbawiony, nie dając po sobie poznać w żaden sposób, że cokolwiek go oburza.
Dorota nie przewidziała takiego scenariusza spotkania. To, co się wydarzyło, było nie do pojęcia w jej smutnym świecie. Siedziała zrelaksowana w objęciach ukochanego mężczyzny, przy stole ze swoją rodziną. Antek zdawał się nie zauważać prostactwa Grubego, sztuczności Darii, która za wszelką cenę starała się być w centrum uwagi, krzyku dzieci, które walczyły o nowo otrzymane zabawki. Spojrzała z pewną obawą na matkę i zobaczyła coś, czego od tak dawna nie widziała. Coś, co sądziła, że odeszło bezpowrotnie razem z ojcem, coś, co tak bardzo kiedyś kochała. Szare oczy Grażyny Kalinowskiej ożyły, lśniły, a smutek i zniechęcenie, które zdawały się być jej przypisane, zamieniły się w radość i nadzieję.
Dorota nie chcąc pokazywać swojego wzruszenia, szybko zebrała talerze i wyszła do kuchni.
Stała nieruchomo modląc się w duchu by to, co przed chwilą ujrzała, nie było wytworem jej wyobraźni.
– Przepraszam córeczko, tak bardzo cię przepraszam – matka przytuliła ją mocno.
Było jej tak błogo, tak jak powinno być zawsze.

***

Pojechała z nim do Wrocławia szczęśliwa i spokojna.
W sobotę zabrał ją na wycieczkę za miasto. Zostawił samochód u jednego z gospodarzy i zaprowadził dziewczynę na pole, a po kilku minutach intensywnego wypatrywania odnalazł coś, czego szukał.
– No. jest – odsapnął pokazując nieduży kamień wkopany w ziemię.
– Szukałeś tego kamienia, na tej łące? – patrzyła z niedowierzaniem.
– To nie jest zwykły kamień, to kamień węgielny naszego domu – powiedział swobodnie, po czym pytająco spojrzał na nią, czekając na reakcje na te słowa. Dorota nie miała pojęcia, czy powinna coś powiedzieć, zaśmiać się, traktując to jako żart, czy też zacząć płakać ze wzruszenia. Nie potrafiąc odgadnąć zamiarów i prawdziwości usłyszanych słów, spuściła głowę patrząc po prostu w odkopany kamień.
Przytulił się mocno do jej pleców i zaczął pokazywać teren.
– Od tego drzewa, tam i tam – pokazywał palcem pustą przestrzeń – będzie nasz dom, a tu plac zabaw dla dzieci.
– A ile będzie tych dzieci, bo plac, jak widzę, planujesz spory. – Próbowała mu dać do zrozumienia, że nie traktuje tego poważnie.
– Na pewno dwoje, ale nie jestem pewien czy dwójką się zadowolimy. Może jednak trójka – mówił całkiem poważnie. – A tam będzie ogród, przy drzewie posadzimy zieloną trawkę i będziemy urządzać imprezy w plenerze dla znajomych.
Dorota nagle zobaczyła to: piękny, przytulny dom, wypielęgnowany ogród, zieloną trawę, biegające dzieci, ich gwar, śmiech zaproszonych gości, poczuła nawet zapach grilla. Tylko siebie nie potrafiła dostrzec w tym obrazku. Mimo to poczuła się szczęśliwa.
Każde spotkanie z Antkiem było zdecydowanie zbyt krótkie. Tak, jakby ktoś przyspieszał zegary. Nagle była już niedziela i dojeżdżali do Kostrzyna. Tym razem chłopak odwiózł ją pod sam dom i wszedł na górę, by zjeść kolację.

***

I tak zaczął się dla niej nowy czas. Gdzie dni powszednie były długie, a weekendy zbyt krótkie. Zbliżał się ślub przyjaciół Antka. Dorota dostała od mamy na tę uroczystość piękną sukienkę w kolorze stali. Zuza zaciągnęła ją do fryzjera i kosmetyczki, dziewczyna nie potrafiła odmówić tym bardziej, że Su była podłamana, gdyż jej najlepsza przyjaciółka nie mogła dojechać na wesele z powodu wypadku męża na motorze. Dla Doroty było to jak najbardziej zrozumiałe, że przyjaciółka nie jest w stanie przyjechać. Zuza jednak uparła się w swojej teorii, twierdząc, że mąż tej drugiej rozbił się celowo, jej na złość, by zepsuć weselną uroczystość.
Dorota nie mogła przyzwyczaić się do nowego wizerunku, wciąż niepewnie przyglądała się odbiciu w lustrze, które przedstawiało kogoś innego. Antek patrzył na nią tak inaczej. Nie wypił kropli alkoholu, tańczył z nią cały czas, przytulał, trzymał za rękę. Czuła niewytłumaczalny lęk i podniecenie na samą myśl, co to może zwiastować. I stało się to, na co oboje tak długo czekali. To, co zbliżało się powoli, pozwalając na pełną rozkosz nocy, która w końcu nastała.
Dorota niesiona na skrzydłach nowych doznań, pogrążała się coraz bardziej w życiu Antka.
Nadeszły święta, przyjechał do niej w drugi dzień prosto z rodzinnego Krakowa. Dostała od niego w prezencie kurs prawa jazdy, prezent wcześniej ukartowany z jej mamą. Była tym bardzo skrępowana i onieśmielona, tym bardziej, że od siebie dała mu tylko płytę z muzyką, która ją odstręczała. Jego radość z podarunku był przeogromna, wręcz niedorzeczna, rzadko widziała go takim uradowanym, gdy odsłuchiwał płyty.
Wtedy właśnie poprosiła go, by opowiedział jej o Krakowie, a on zamyślił się głęboko, tak bardzo odpłynął myślami, że przez moment sądziła, że nie usłyszał jej pytania.
– Wolę rozmawiać o Wrocławiu – powiedział po dłuższej chwili. – On jest teraz moim domem, czuję się w nim dużo lepiej niż w Krakowie.
Dorota nie nalegała, ale poczuła dziwną nutę w jego głosie, coś czego jeszcze nie znała. Nie mogła pojąć, dlaczego nie chce rozmawiać o mieście, w którym się wychował, w którym mieszka jego mama i rodzeństwo. Ponadto Kraków znała z pięknych legend, historii Polski i zdjęć, zdawał się jej o wiele atrakcyjniejszy od Wrocławia, ale więcej nie wracała do tego tematu.
Nie mogła już tak często jeździć do Wrocławia, miała na głowie kurs prawa jazdy i pracę licencjacką. Antek pojawiał się u niej chociaż na jeden dzień w każdy weekend, co nie przestawało być dla niej niepojętym szczęściem.
Egzamin zdała za pierwszym podejściem. Antek uparł się, by kupić jej auto, ale wybłagała, by tego nie robił. Samochód dostała od mamy - Fiat 126p. Najpiękniejszy i najcudowniejszy pomarańczowy maluszek był dla Doroty niczym porsche. Radości dziewczyny nie była w stanie nawet osłabić furia Darii, która pomimo, iż jeździła dużo lepszym samochodem, nie mogła się pogodzić z tym, że przestała być najważniejsza, że matka angażowała się w szczęście młodszej córki.
Dorota pomimo ogromnego szczęścia, w środku odczuwała lęk, który ją często nawiedzał. Strach przed tym, że ta bajka się skończy, że któregoś dnia obudzi się, a to wszystko okaże się tylko uroczym snem. Ale póki co, śniła nadal.

***

Antek zaprosił ją na święta wielkanocne do Krakowa. Miała ogromną tremę przed poznaniem jego rodziny, ale nie miała odwagi mu odmówić. Były to pierwsze święta, które spędzała poza domem. Wyjechali bardzo wcześnie rano, by zdążyć dojechać na śniadanie. Antek powiedział, że nie zostaną na noc, że wrócą po kolacji. Dorota zaczęła snuć teorię, że chłopak ma jakiś problem w rodzinie, skoro tak bardzo ucieka od Krakowa i od rodziny, ale szybko ją porzuciła, przekraczając próg jego domu.
Dorota speszona wysiadła z samochodu i stanęła na rodzinnym podwórzu swojego chłopaka. Stres nie pozwolił jej rozejrzeć się wokół siebie. Bardzo niepewnie podniosła głowę, gdy usłyszała szczęk otwieranych drzwi.
– No dzieci, wszyscy na was czekamy – usłyszała kobiecy głos, tak ciepły i ujmujący, że nie mogła powstrzymać się przed spojrzeniem w stronę, z której on dochodził.
W progu domu stała kobieta, w której od razu po rysach rozpoznała matkę Antka. Miała jasne włosy, oprószone siwizną. Stała wyprostowana dostojnie przy drzwiach, brązowym spojrzeniem, łagodnym i ciepłym, przywołując ich do wejścia.
Antek podbiegł i z ogromną czułością przytulił matkę, a zmarszczki wokół jej oczu jeszcze bardziej się pogłębiły, gdy mrużyła je w uśmiechu, tuląc syna.
Łagodnie uśmiechnęła się do Doroty, która nie potrafiła nie odwzajemnić tego.
– Dzień dobry – powiedziała cicho, skrępowana.
– Mamuś, to moja Dorotka – Antek przedstawił ją, prowadząc za rękę w kierunku swojej matki.
– Miło mi bardzo, dziecko – kobieta wyciągnęła drobną dłoń.
– Dorota Kalinowska – przedstawiła się.
– Barbara Zacharewicz – podała jej dłoń, po czym delikatnie przyciągnęła ją do siebie i lekko przytuliła. – Cieszę się, że tu jesteś.
– Antek! – rozszedł się głośny, niski kobiecy głos i nagle w jego ramionach pojawiła się bardzo drobna kobieta o ciemnych włosach spiętych w kucyk. – Ty ciołku, zapomnij o tym, że pozwolę ci dziś wyjechać! – krzyczała.
– Zocha, wariacie! – Wziął kobietę na ręce i obrócił się wokół własnej osi. – Zachowuj się, ja tu dziewczynę ze sobą przywiozłem, a ty cyrki od wejścia urządzasz.
Kobieta wyrwała się z objęć Antka, ogarnęła włosy, wyprostowała się i śmiejąc się zielono-brązowymi oczyma, niczym puma przemknęła do Doroty.
– Wiem – powiedziała z ekscytacją – ty jesteś Dorota. Jestem Zośka. – Wyciągnęła bardzo chudą dłoń.
– Miło mi – Dorota nie potrafiła się nie śmiać, patrząc w radosną twarzyczkę o wielkich oczach. – Chodź, przedstawię ci resztę naszej wariackiej rodzinki. – Wzięła dziewczynę pod rękę i wprowadziła do domu.
Dorota zapomniała o lęku i strachu. Czuła się tak, jakby zawsze tu była i od zawsze wszystkich znała. Nie mogła pojąć, dlaczego Antek ucieka od tak cudownej rodziny, ciepłego domu.
Początkowo nie mogła rozpoznać, kto jest kim, ale po kilku godzinach nie miała z tym żadnego problemu. Wszyscy mężczyźni których imiona rozpoczynały się na A, wyjątek stanowił Zbyszek, to byli bracia Antka, poza nimi były dwie dziewczyny: Zośka i Gośka, która była przyrodnia siostrą.
Wszyscy mieli oczy jak Antek zielono-brązowe, tylko Gośka miała zielone niczym szmaragd, do tego podkreślała je intensywnie rudym kolorem włosów.
Najstarszy z braci Antka, Adam, był księdzem, którego wciąż widziała z Gośką na werandzie palących papierosy i zawzięcie dyskutujących. Andrzej miał ciężarną żonę i dwie śliczne córeczki i z tego co zapamiętała, prowadził firmę budowlaną. Adrian był piłkarzem, napastnikiem Wisły Kraków, a Artur prowadził pub „Radio”, o którym non stop ktoś coś wspominał. Kolejnym co do wieku był Antek, Gośka, Zośka, a po niej Zbyszek, który przyprowadził na śniadanie swojego przyjaciela Piotra, z którym mieszkał i nikt nie widział w tym nic dziwnego. Zośka co chwilę przypominała Antkowi, że nie pozwoli mu wyjechać, na co on nie odpowiadał, tylko zuchwale śmiał się jej w oczy i zabawiał na swoich kolanach kilkuletnią chrześnicę, córkę Zośki, Hanię o blond włosach, które niczym sprężyny osłaniały plecy dziewczynki. Dopiero potem dowiedziała się, że tata malutkiej Hanki jest w Ameryce, że jest tam producentem muzycznym. Odnosi sukcesy.
Wszyscy byli mili i serdeczni, wszystkie żony i dziewczyny braci Antka były tak samo przyjazne, jak reszta rodziny. Wszyscy się śmiali i przekrzykiwali. Gośka była najgłośniejsza z całej grupy, cokolwiek nie wykrzyczała, było odbierane gromkim śmiechem, natomiast Zośka była jak iskra, przemykająca tak lekko, tak słodko i niewinnie, nie pozwalając nikomu tego nie zauważyć. Wszyscy bracia byli w nią wpatrzeni niczym w skarb, coś nadprzyrodzonego i wyjątkowego, a ona udając, że tego nie zauważa, rzucała swój urok na wszystkich. Dorota zahipnotyzowana każdym jej ruchem, gestem, jak reszta braci śledziła ją wzrokiem.
Tę błogą aurę przerwało przybycie nowych gości
– Gocha! – krzyknęła Zośka w stronę siostry – przybywają posiłki!
Po czym obie zerwały się od stołu, by przywitać nadchodzących gości.
– Wendy – usłyszała czuły głos Antka, który ruszył w kierunku wysokiej, bardzo smukłej, pięknej blondynki i mocno ja przytulił.
– Nawet sobie nie myśl, że stąd dziś wyjedziesz – powiedziała przytulając się do chłopaka Doroty. – Nie po to potwora od cycka odessałam, byś ty mi dziś imprezę popsuł, zrozumiano? – upewniła się.
Dorota przyglądała się temu, co się rozgrywało. Nowo przybyła kobieta była owszem piękna, ale przy tym niezwykle pewna siebie i wyniosła.
– Wendy, dla ciebie wszystko – usłyszała odpowiedź Antka i wzmogła swoją czujność.
Kobieta śmiało dotykała Antka, jego twarzy i ramion, bez skrępowania, jakby do niej należał i na nikim to nie robiło wrażenia. Tylko Dorota z trudem łapała powietrze.
Blondynka z zainteresowaniem przebiegła wzrokiem po gościach przy stole i skupiła swój zimny wzrok na Dorocie, która poczuła, jak na twarz wypływają jej rumieńce. Odsunęła Antka i podeszła śmiało do nieznanej dziewczyny.
– Cześć, jestem Wanda – przedstawiła się chłodno, wciąż uważnie przyglądając się Dorocie.
– Dorota – odpowiedziała z lekkim uśmiechem, starając się zmiękczyć posągową piękność o lśniących niebieskich oczach, jednak bezskutecznie.
Wszyscy odwrócili się w kierunku płaczu dziecka, tylko Wanda wciąż nie odrywała wzroku od Doroty. W wejściu do salonu stał wysoki barczysty mężczyzna z maleńkim płaczącym dzieckiem na ręku, w którego kierunku wszyscy się zerwali.
– To Tobiasz, mój mąż i mały potwór, mój syn Tobi junior – powiedziała obojętnie do Doroty, która nie potrafiła opanować czułości, patrząc na obrazek, który przedstawiali.
Starała się skupić na tym, co się dzieje dookoła, jednak co jakiś czas odczuwała zimny prąd płynący z oczu Wandy, która nie kryjąc tego, uważnie się jej przyglądała.
– Nie masz nic przeciwko, byśmy tu jednak zostali? – spytał Antek, dotykając delikatnie dłoni Doroty.
– Nie mam nic do spania, ani na przebranie – powiedziała cicho.
– To nie jest problem – usłyszała głos Zośki – pojedziemy do mnie, na pewno coś znajdziesz, mamy podobne gabaryty.
– Chyba ich brak – zaśmiał się mąż Wandy.
– Małe jest piękne, dryblasie! – Pokazała mu język. – Antek, broń nas – zwróciła się o pomoc do brata.
– Tobi nie ma co do tego wątpliwości, prawda? – zaśmiał się Antek, obejmując Dorotę i Zośkę.
– Nie, absolutnie nie, chociaż preferuję inny typ kobiet. – Wymownie spojrzał na swoją piękną żonę, która z satysfakcją przyjęła jego odpowiedz.
– Pantoflarz – dokuczyła mu ze śmiechem Zośka.
Dorota cieszyła się, że jedzie z siostrą Antka do jej domu, bo dzięki temu mogła obejrzeć Kraków.
Siedziała cichutko i uważnie obserwowała mijające obrazy. Zośka rozmawiała przez komórkę, ciągle śmiejąc się i żartując z kimś po drugiej stronie telefonu.
– To jest Wawel? – Dorota wskazała na wzgórze, które były tak odległe, ale znała je ze zdjęć i była prawie pewna, że to ono.
Zośka ostro zahamowała i ze zdziwieniem patrzyła na Dorotę.
– Nie widziałaś nigdy Wawelu? – spytała z ogromnym zdziwieniem.
– Nie, pierwszy raz jestem w Krakowie – odpowiedziała.
– To skandal! I ty chciałaś pozwolić temu ciołkowi wywieźć się dziś wieczorem, wcześniej nie widząc Krakowa?
Dorota wzruszyła lekko ramionami, chcąc powiedzieć coś pojednawczego.
– Dobra, już się uspokajam – zapewniła ta szybko, biorąc wdech. – Jutro nie wyjedziecie, dopóki nie pokażę ci kilku miejsc. I koniecznie zaprowadzę ciebie do Józka.
– Kogo? – Dorota nie miała pojęcia, o kim ta mówi.
Ale Zośka uśmiechnęła się tajemniczo:
– Zobaczysz, to niesamowity koleś – zaśmiała się.
– Nie chcę robić ci problemu.
– Daj spokój, to dla mnie wielka przyjemność rozkochać kogoś w tym mieście. Zobaczysz, pokochasz je tak jak ja, już o to zadbam. To najpiękniejsze miejsce na ziemi, jedyne z takim klimatem i historią.
Dorota wsłuchiwała się w słowotok Zośki, w jej zachwyt Krakowem. Pierwszy raz spotkała tak bardzo ekspresyjną osobę, mówiącą o wszystkim z emfazą i radością. Najbardziej pozytywna osoba, z jaką miała styczność w swoim życiu. Nie sposób było się w niej nie zakochać.
Dojechały na ciche i spokojne osiedle domków jednorodzinnych. Dom Zośki był ostatni, pod samym lasem.
– Wiem, że jest tu niezłe pobojowisko, ale wciąż jesteśmy na etapie remontu – uprzedziła.
W domu były poustawiane kartony i skrzynie. Na środku pokoju królował sprzęt muzyczny z ogromnymi kolumnami porozstawianymi po kątach. Wokół porozkładane były płyty. Dorota nigdy nie odnalazłaby się w takim nieładzie, u niej nawet przy remontach wszystko było skrupulatnie układane i chowane. Jednak u siostry Antka wszystko stwarzało pozór nieładu artystycznego i miało swoją logikę.
Zośka odnalazła wśród porozkładanych na podłodze rzeczy pilot do wieży. Zaczęła przebierać wśród płyt, siedząc po turecku na podłodze. Po chwili z triumfalnym uśmiechem włączyła muzykę.
Dorota prawie odetchnęła z ulgą, że muzyka, którą włączyła siostra Antka, była tak bardzo różna od tej, której słuchał on sam.
– Lubisz Robbiego? – spytała Doroty.
Ta przytaknęła, choć daleko jej było do bycia fanka Robbiego Williamsa.
– Kocham tego faceta – Zośka uśmiechnęła się błogo.
– Antek słucha muzyki, która powoduje u mnie ból głowy – Dorota wyjaśniła.
Zośka uśmiechnęła się przepraszająco.
– To trochę moja wina, nieustannie wysyłam mu te płyty. Aż tak źle? Nie da się ich słuchać?- zapytała z przekornym uśmiechem marszcząc przy tym zabawnie nos.
– Nie – Dorota starała się wycofać z tego, co powiedziała. – Po prostu ja słucham czegoś zupełnie innego.
– Czego, jeśli można wiedzieć?
– Nic ambitnego, tego, na czym się wychowałam: polski rock. Uwielbiam dźwięk gitary.
Zośka lekko się zamyśliła.
– Antek też kiedyś tego słuchał – powiedziała zamyślona – ale z czasem gust mu się zmienił. – Zabrzmiało to tak, jakby chciała by zabrzmiało to obojętnie, jednak sztuczność za bardzo biła z jej słów.
– Szkoda.
– Czasami tak się dzieje – powiedziała już weselej Zośka.
Dorota nie chciała być zbyt wścibska, ale zaintrygowała ją reakcja siostry Antka, jednak nie miała odwagi wypytywać o cokolwiek.
Znalazły koszulkę do spania i ubranie na zmianę, do tego Zośka wyszukała wygodne buty dla gościa, by dziewczyna mogła komfortowo następnego dnia zwiedzać miasto.
– Może Antek jutro ze mną pójdzie, nie chcę ci psuć świąt – zasugerowała Dorota.
– Nie łudź się, on tego nie zrobi. – Dziewczyna parsknęła ironicznie. – Znaczy się, nie zrobi tego tak dobrze jak ja – szybko poprawiła się.
Wjechały na podwórko, Zośka przepakowywała samochód, a Dorota cichutko weszła do domu. Nikt nie zauważył jej powrotu. W kuchni siedział Antek z mamą i Wendy, nie wiedzieli, że ona jest tuż obok, przy wejściu.
– Nie spieprz tego, Antek – usłyszała chłodny głos Wandy i sapnięcie poirytowanego Antka.
– Dziecko, zastanów się, bo możesz komuś wielką krzywdę wyrządzić – doszedł ją głos matki chłopaka.
– Basiu, mam nadzieję, że twój syn ma rozum. Ja jestem jak najbardziej na tak. Wiesz, że co jak co, ale intuicję to ja mam doskonałą. Choć, niestety, ty nigdy mnie nie słuchałeś.
Dorota nie miała pojęcia, czego dotyczy zasłyszana rozmowa. Nie chciała być niegrzeczna i podsłuchiwać, ale też nie miała odwagi wejść do kuchni, a tym bardziej nie chciała, by ktoś się domyślił, że cokolwiek słyszała.
Zośka wpadła z taką ekspresją, że wszyscy już wiedzieli, że dziewczyny wróciły i nikt nie przypuszczał, że Dorota była przed nią w domu i cokolwiek mogła podsłuchać.
– No, nareszcie! – Antek podszedł do wybranki i pocałował ją w policzek.
– Nie odzywam się do ciebie – powiedziała obrażona Zośka do brata.
– Oh jej, co się stało? – spytał Dorotę, gdy siostra z podniesioną głową obojętnie go minęła.
Dziewczyna wzruszyła ramionami, ponieważ nie miała pojęcia, o co chodzi Zośce.
Siostra cofnęła się i stanęła naprzeciw Antka.
– Jesteś ciołkiem do kwadratu, brak mi słów i muszę się za ciebie wstydzić – trajkotała. – Jak mogłeś do czegoś takiego dopuścić?
Wszyscy stali w kuchni wpatrzeni w rozgrywającą się scenę.
– O co ci chodzi?
– O to, co powiedziałam, że jesteś kretynem zaiste. – Zośka naburmuszona usiadła na szafce kuchennej wpatrując się w brata.
– Zośka – upomniała ją matka.
– Wyobraźcie sobie, że Dorota nigdy nie widziała Krakowa, a nasz Antek ma to gdzieś, po prostu ma to w nosie. Chciał ją zabrać wieczorem do domu i tyle. – Rozłożyła aktorsko ręce.
– Zocha, nie wszyscy mają taki obłęd, jak ty na punkcie Krakowa i nie każdy tak bardzo chce go zwiedzać – Antek próbował się jakoś wybronić.
– Acha – prychnęła – a czy w ogóle jej to zaproponowałeś? – Wskazała na zszokowaną Dorotę, która lekko zgarbiona, oparta o ścianę, przyglądała się z zażenowaniem rozgrywającej się sytuacji. Była zła na siebie, że przez jej wygadanie się doszło do scysji.
– Nie, bo nie było teraz takiej możliwości, wolałem by najpierw was poznała, a na Kraków zawsze przyjdzie czas potem – tłumaczył oczywistym tonem.
Wanda parsknęła i z gracją z podniesioną głową wyszła z kuchni. Matka zrugała Zośkę karcącym spojrzeniem, wskazując jej drzwi, na co ta wzruszyła obojętnie ramionami, jednak po chwili poddała się i wyszła za matką.
– Przepraszam Dorota, nie wiedziałem, że tak bardzo chciałaś zobaczyć Kraków – powiedział skruszony, gdy zostali sami w kuchni.
– Nie, to ja przepraszam, o nic nie prosiłam. Po prostu w rozmowie wyszło, że pierwszy raz jestem w Krakowie. Nie chciałam tego – przepraszała.
– Daj spokój, nie masz za co przepraszać, znam swoją siostrę i jej obłęd na punkcie tego miasta. Jak chcesz to poproszę Zośkę i ona pokaże ci miasto. – Zawahał się przez moment. – Bo wiesz, ona ci je pokaże najlepiej – wyjaśnił.
– Już mi to zaproponowała – Uśmiechnęła się krzepiąco Dorota.
– Jest w tym naprawdę dobra – zapewnił ją.
Dziewczyna sądziła, iż zwiedzać Kraków pojedzie tylko z Zośką, ale już przy śniadaniu Gośka zapowiedziała, że jedzie z nimi. Dorota cieszyła się, że bliżej pozna obie siostry Antka, ale gdy podjechało pod dom granatowe auto, z którego wysiadła Wanda, odechciało jej się wszystkiego. Nie wyobrażała sobie spędzenia połowy dnia w towarzystwie kobiety, która piorunowała ją wzrokiem, była wyniosła i krępowała ją niesamowicie samą swoją obecnością. Nie miała wyjścia, nie mogła się już wycofać, ponieważ ostatnią rzeczą, którą mogła teraz zrobić, to odmówić.
Wsiadły do samochodu Zośki, ale za kierownicą usiadła Wanda. Dorota nie mogła uwierzyć, że ta potrafi prowadzić auto w wysokich szpilkach. Jeszcze bardziej się zdziwiła, gdy Wanda nie zmieniła obuwia po zaparkowaniu auta i w butach, w których chodzenie było dla Doroty niczym akrobatyka, ruszyła z pozostałymi dziewczynami na zwiedzanie Krakowa.
– Nie bój się mnie – powiedziała do zaskoczonej Doroty. – Wiem, że potrafię robić wrażenie wyrachowanej suki, ale mam nadzieję, że dziś poznasz także moją jaśniejszą stronę.
– Wcale tak o tobie nie myślę – zapewniła Dorota.
– To miłe i udam, że ci wierzę – puściła do niej oczko. – To będzie wspaniały dzień, zapewniam.
I tak było. Był to dzień, w którym Dorota płakała ze śmiechu, w którym zobaczyła najpiękniejsze miasto i poznała jego cudowna historię.
Pierwszym punktem programu było wsłuchanie się w dzwon Zygmunta.
– Masz niebywałe szczęście – powiedziała z zadumą Zośka, gdy ucichł. – Dobra miłe panie, Józek czeka – oznajmiła.
– No to teraz poznasz największą miłość mojej siostry – Gośka objęła ramieniem Dorotę i poprowadziła do samochodu.
Podjechały do Wawelu najbliżej, jak tylko dało..
– Teraz rozumiesz, dlaczego ona jest kierowcą – wyjaśniła Zośka w momencie, gdy Wanda używała wszystkich swoich wdzięków w przekonywaniu miejskich strażników, by pozwolili jej zaparkować. Oczywiście przegrali to starcie.
Dorota nie miała pojęcia, kim jest Józek, do momentu, w którym dotarły do krypty marszałka Piłsudskiego.
– To jest ten twój Józek? – spytała z niedowierzaniem.
Zośka z natchnieniem wpatrywała się w wieko stalowej trumny.
– Tak, to mój Józek. – Zamilkła na dłuższą chwilę, po czym dodała cicho z uniesieniem w głosie: – Nie ma w niej jego serca.
– Nie? – Dorota starała się wczuć w powagę swojej towarzyszki.
– Serce jest przy jego matce, w Willeńskiej Rosie – odpowiedziała ta z zadumą. – Tam też dotrę.
Wychodziły wyciszone po schodach na dziedziniec katedralny.
– Corpora dormiunt vigilant animae – powiedziała Zośka niezrozumiale.
– Co to oznacza? – spytała ją Dorota.
– Ciała śpią, dusze czuwają – odpowiedziała i wskazała na napis umieszczony nad baldachimem u wyjścia z grobowców.
Zośka znała wszystkie legendy i historie Krakowa. Opowiadała je z ogromnym zaangażowaniem, każdy szczegół był dla niej istotny, ale gdy opowiadała o Piłsudskim, miała wypieki na twarzy. Mówiła płynnie i ujmująco. Wszystkie trzy wpatrywały się w nią sczytując w napięciu każde słowo, jakie wypowiadała, choć Dorota była pewna, że jej towarzyszki znają te historie doskonale.
Jakiś czas potem siedziały na rynku w małej kawiarence i jadły lody.
Dorota nie mogła uwierzyć, że jeszcze wczoraj Wanda ją przerażała. Teraz nie czuła wobec niej żadnego skrępowania. Owszem, Wendy była świadoma swojej urody i wcale się z tym nie kryła, ale potrafiła śmiać się z siebie i ze swojej próżności. Gośka natomiast sprawiła, że Dorota pierwszy raz rozpłakała się ze śmiechu, nie czując żadnego skrepowania z tego powodu. Dziewczyna opowiadała o swoim życiu erotycznym, kochankach i o rozwodzie, który był w trakcie. Była tak bardzo bezpruderyjna, że swoimi niektórymi opowiadaniami zawstydzała Dorotę.
Każda z nich była inna, a jako grupa tworzyły harmonijną całość. Dorota z zazdrością patrzyła na ich zażyłość, przyjaźń i miłość, której nie potrafiły ukryć. Cieszyła się, że może być w środku wraz z nimi, że ktoś, kto patrzy na nie z boku, może pomyśleć, że ona do nich należy, że jest czwartym ogniwem tego układu. Odkryła jak bardzo brakuje jej takich relacji - prostych, babskich.
Dorota wracając z Krakowa była zakochana nie tyko w Antku. Pokochała cały jego świat, rodzinę, przyjaciół i miasto, od którego on tak bardzo uciekał.

***

Jednak powrót do rzeczywistości nie był łatwy. Antek w pierwszy weekend po świętach nie odwiedził jej, co było zrozumiałe, ponieważ widzieli się jeszcze we wtorek. Fakt ten, mimo wszystko, nie dawał Dorocie spokoju. Wyczuwała w rozmowie z nim, że coś jest nie tak, że stał się bardziej obcy, chłodniejszy. Zaczęła się bać, tak bardzo nie chciała się obudzić. Nie teraz.
Gdy nie przyjechał w kolejny weekend, tłumacząc się pracą, była bliska załamania. Nie jadła, nie spała, nie kontrolowała otaczającej ją rzeczywistości. Chciała walczyć o niego, ale nie miała pojęcia, jak to się robi. Nie chcąc mu się narzucać, przestała dzwonić w ogóle do niego. Bała się, co może usłyszeć. Z narastającą paniką odbierała telefony od niego, które i tak nie były zbyt częste. Kilka razy prawie zdecydowała się zadzwonić do Zuzy, do Zośki, do Gośki, a nawet do Wandy, miała przecież te wszystkie numery w telefonie. Miała je jako wybrane, tyle że nigdy nie wcisnęła zielonej słuchawki. Zamiast tego wyłączyła swój telefon. Nie chciała usłyszeć słów, które miały ją zabić.
Matka ze współczuciem patrzyła na kruszejącą postać córki, ale o nic nie pytała. Nawet Daria starała się być delikatniejsza dla siostry.
Nie wiedziała jak, ale zaliczała wszystkie egzaminy.
Ubrana w białą bluzkę, czarną spódnicę z gładko zaczesanymi włosami weszła na salę egzaminacyjną, gdzie odbywała się obrona pracy licencjackiej. Odpowiedziała na pytania z zakresu Prawa Pracy niczym robot i wyszła, dopiero na korytarzu spojrzała w kartę z wynikiem bardzo dobrym.
Z sali egzaminacyjnej wybiegł za nią wykładowca:
– Pani Doroto! – zawołał.
– Tak, słucham? – zapytała bez cienia entuzjazmu.
– Czy planuje pani studia magisterskie? – Ten natomiast przejawiał nadmiar emocji.
– Nic nie planuję – odpowiedziała smutno.
– Proszę pomyśleć o kontynuowaniu nauki w Szczecinie. – Podał jej swoją wizytówkę. – Widzę panią w swojej grupie, prowadzę firmę z zakresu doradztwa personalnego, miałaby pani u mnie zatrudnienie, potrzebuję takich ludzi, jak pani.
Dorota lekko się uśmiechnęła i wzięła wizytówkę
– Dziękuję panu, obiecuję to przemyśleć.
– I proszę się uśmiechnąć, nikt dzisiaj nie zasłużył na tak wysoką notę, jak pani – rzucił na odchodne.
Dorota pomyślała, że w zasadzie powinna Antkowi podziękować za stan, w którym się znalazła, ponieważ nie potrafiła wyobrazić sobie siebie wchodzącej na egzamin i bez stresu, bez wstydu odpowiadającej na zadane pytania. Bo czy coś mogło ją stresować w momencie, gdy przestawała żyć?
Nie widziała go od czterech tygodni, nie słyszała od dwóch, ale miała wrażenie, że minęły wieki.
– Masz gościa – usłyszała w progu mieszkania od uśmiechniętej matki.
W dużym pokoju siedział Antek z bukietem czerwonych róż i patrzył na nią z niepokojem.
– Cześć – powiedziała tylko i usiadła przy stole.
– Cześć – odpowiedział zaskoczony jej reakcją.
– Kochanie, jak egzamin? – dopytywała matka nie kryjąc podenerwowania nagłą obecnością Antka.
– Dobrze – odpowiedziała.
– Tylko tyle? – była niepocieszona, jednak nie chcąc się narzucać zostawiła ich samych wychodząc do kuchni.
Dorota smutno patrzyła na Antka.
– Pojedziesz ze mną do Wrocławia? – spytał niepewnie.
– Nie – powiedziała stanowczo, jednak nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy.
– Proszę, musimy porozmawiać – nalegał.
– Możemy tutaj porozmawiać – była przygotowana na wszystko.
– Dorota, proszę.
Pomyślała, że ma kilka rzeczy do zabrania z jego domu i może dlatego chce ją tam zabrać.
– Poczekaj, będę gotowa za dwadzieścia minut. – Wstała od stołu i poszła do swojego pokoju.
Otworzyła szafę i zastanawiała się, czy powinna cokolwiek zabrać. Spojrzała w swoje odbicie w ukrytym wewnątrz szafy lustrze, podkrążone oczy, wychudłą twarz na której nos, dziedzictwo po ojcu, było jeszcze bardziej wyraźne. Zrezygnowana zamknęła drzwi, nie biorąc niczego. Wyjęła ze skarbonki banknot i schowała go w portfelu, zakładając, że będzie jej potrzebny, gdy wieczorem będzie uciekać z jego domu, zalana łzami, na pociąg. A może do niego nie wsiądzie, może zostanie na peronie niczym Cybulski? Wzięła torebkę i wyszła z pokoju.
– Już? – Nie ukrywał zdziwienia.
– Tak, możemy jechać.
Czas z Antkiem zawsze mijał jej zbyt szybko, tym razem jednak tak nie było.
Długa cisza przerywana wymyślanymi przez niego pytaniami i jej krótkie odpowiedzi.
Pierwszy raz cieszyła się, że leci jego chora muzyka, muzyka do której ona nigdy nie wróci, ponieważ od teraz już zawsze będzie kojarzyć się jej z rozstaniem.
Antek wziął prysznic. Wyszedł ubrany w ciemne spodnie i białą koszulę.
Dorota ze smutkiem patrzyła na niego. Jak mogła pomyśleć, że cokolwiek z tego wyjdzie, że coś było prawdą. Była świadoma, że nadchodzi poranek, że pora się obudzić.
– Zamówiłem stolik w restauracji – wyjaśnił.
Dorota tylko skinęła głową.
– Ma gest – pomyślała, po czym uświadomiła sobie, że celowo chce ją pożegnać
w miejscu publicznym, by odbyło się bez scen. Ale przecież ona nie była w stanie zrobić żadnej sceny, z jej oczu nie mogły popłynąć łzy, bo wszystkie już wylała.
Siedzieli w eleganckiej restauracji, przy świecach i woni kadzideł.
– Trochę się pogubiliśmy – zaczął.
Dziewczyna wciąż milczała.
– Przepraszam, to moja wina – kontynuował – potrzebowałem czasu, by wszystko przemyśleć, by zrozumieć, by być pewnym podjętej decyzji.
Spojrzała na niego z wyrzutem, a on patrzył na nią nie tak jak powinien, nie tak jak zakładał jej scenariusz.
– Boję się ci to powiedzieć – wyznał cicho.
– Mów. Po prostu powiedz to – odezwała się bez emocji.
Milczał i wciąż na nią patrzył.
Widziała jego lęk, pierwszy raz bał się odezwać.
– Kocham cię – wyznał łamiącym się głosem.
Dorota patrzyła na niego oniemiała.
– Kocham cię! Błagam, zostań moja żoną – uklęknął przed nią, wręczając jej małe pudełko w kolorze róż na stole.
Ręce jej drżały tak bardzo, że nie była w stanie go utrzymać, ani otworzyć. Mocowała się z wieczkiem przez dłuższą chwilę. Okazało się, że jej oczy posiadają przeogromne zapasy łez.

***

Zośka i Wanda uparły się, by ślub odbył się w październiku. Obie w tym miesiącu wychodziły za mąż i przekonywały wszystkich, że to miesiąc wróżący najbardziej trwałe związki. Gośka wyśmiewała ich zabobonne przekonania, ale angażowała się w przygotowania tak samo jak one. Zuza zabierała ją na wielogodzinne wyprawy po salonach, wyszukując przedziwne kreacje, w których Dorota czuła się jak przebieraniec. Byłą najmniej zaangażowaną przyszłą panną młodą, nie ogarniając wszystkiego, co wokół niej się działo i poddając się każdej sugestii, czy nienajmądrzejszemu pomysłowi.
Na swojego świadka poprosiła Wandę, którą to tak bardzo wzruszyło, że aż się popłakała. Dlaczego właśnie ją, sama nie mogła do końca pojąć, ale nigdy tej decyzji nie żałowała.
Pozostał miesiąc do ślubu. Sukienkę szyła matka Zuzy, pod dyktando Wandy, która od chwili gdy stała się świadkową, zaczęła przygotowywać wszystko, z czym nie dawała sobie rady Dorota.
A panna młoda miała tylko jedno zmartwienie, bo jej ślub wypadał w pierwszy zjazd studentów na Uniwersytecie Szczecińskim. Ten problem także rozwiązała Wanda, zapraszając promotora Doroty na wesele, tym samym przekładając zajęcia na kolejny tydzień.
Coraz bardziej szczęśliwa przyszła panna młoda miała wrócić wieczorem z Kostrzyna, ale udało jej się wcześniej wszystko pozałatwiać i przyjechała prosto do restauracji, chcąc zrobić niespodziankę Antkowi. Myła skrzynki na zapleczu, gdy usłyszała jego podniesiony głos.
Wbiegł na zaplecze.
– Co ty tu tutaj robisz!? – krzyczał do kogoś.
– Ratuję cię – usłyszała bardzo miękki, dźwięczny kobiecy głos i ukryła się za kontenerami.
– Nie powinnaś tutaj w ogóle przychodzić! – Był wzburzony.
– Ależ powinnam. – Lekko wyzywająco śmiała się kobieta.
– Proszę cię, wyjdź stąd i nigdy nie wracaj! – Głos chłopaka był bardzo stanowczy.
– Antek, nie rób tego – prosiła. – Wróć do mnie, proszę. Ja się zmieniłam, wszystko przemyślałam. Wiem, że zrobiłam wiele głupich rzeczy – mówiła przepraszająco.
– Głupich, tak to teraz nazywasz? – kpił. – Jesteś zdzirą, to powinnaś powiedzieć!
– Jestem zdzirą… Byłam – dodała po chwili.
– Czego ty chcesz dziewczyno? – Chłopak starał się panować nad wściekłością, która przebijała w jego głosie.
– Chcę ciebie, chcę wszystko naprawić – mówiła przymilnym głosikiem.
– Kaja, jesteś idiotką, ale to powinienem odkryć wiele lat temu – zakpił.
– Zmieniłam się – zapewniała słodko.
– Wynoś się! – W głosie chłopaka pojawiły się stalowe nuty.
– Antek nie rób tego, będziesz żałował. Wróć do mnie! – błagała.
Dorota usłyszała stukot obcasów, po czym głośne spadanie skrzynek.
– Nie zbliżaj się do mnie, nigdy! – krzyczał Antek. – Za miesiąc poślubię najcudowniejszą kobietę na ziemi. Kogoś, kto jest dobry tak bardzo, że obrazą byłoby, gdybyś kiedykolwiek stanęła w zasięgu jej wzroku. Dla której zrobię wszystko, by była szczęśliwa, by ten dzień był najważniejszym w naszym życiu. Jeśli trzeba będzie, zamówię rozganiacza chmur, by kropla deszczu na nią nie spadła.
Długo stała na zapleczu pomiędzy skrzynkami. Gdy odważyła się wyjść, nie było już ani Antka, ani kobiety, tylko porozrzucane skrzynki – niemi świadkowie – przypominały o rozgrywającej się scenie. Długo nie mogła dojść do siebie. Spacerowała bez celu po parku, analizowała każde słowo. Nie wiedziała, co powinna teraz zrobić. Wyznanie Antka było wzruszające, ale z drugiej strony obecność kobiety z przeszłości, o której nie miała pojęcia, bardzo ją zaniepokoiło. Patrzyła na powiewające liście i błyski piorunów nadchodzącej burzy, ale nic nie było w stanie jej w tym dniu wystraszyć, nawet ogromna nawałnica, którą obserwowała przez okno sypiali kilka godzin po tym.
Wyjęła telefon i wybrała numer.
– Cześć, Wanda.
– Cześć, kochanie, czy ja słyszę smutek?
– Możesz rozmawiać? – zapytała krótko.
– Mów, co się dzieje! – Przyjaciółka od razu rozpoznała po tonie jej głosu, że nie dzwoni z błahostką.
– Kim jest Kaja? – spytała ostrożnie.
Wanda długo milczała.
– Jak się o niej dowiedziałaś? – spytała, próbując wybadać, skąd Dorota pozyskała informacje.
– Była tu.
– Co, ta szumowina!? – Wanda była ewidentnie zaskoczona.
Dorota opowiedziała jej całą sytuację. Słyszała nerwowe kroki swojej rozmówczyni. Gdy skończyła opowiadać, nastała niezręczna cisza.
– To zła kobieta była – po długiej przerwie powiedziała zrezygnowana Wanda.
– Co powinnam teraz zrobić?
– Nikomu się nie przyznawaj, że słyszałaś tę rozmowę. Po prostu o tym zapomnij.
– To będzie trudne – westchnęła Dorota.
– Nie, kochanie, skup się na tym, co on jej powiedział. Tylko to powinno być dla ciebie istotne. Niczym innym nie zaprzątaj sobie głowy. To bardzo stara sprawa, zapomnij o tej kobiecie.
Starała się bardzo, ale nie było to łatwe, tym bardziej że Antek przez kilka dni był inny, nieswój. Oczywiście starał się nie dać po sobie niczego poznać, ale Dorota za dużo wiedziała. Kaja - jej nowy lęk.

Żałowała trochę, że Antek nie dotrzymał słowa i nie zamówił rozganiacza chmur, ponieważ w dzień ich ślubu padał deszcz, ale nie był w stanie zepsuć niczego. Była tak szczęśliwa i wzruszona, gdy stawała się panią Zacharewicz, gdy on składał przysięgę. Gdy włożył jej obrączkę, zrozumiała wreszcie sens słów, które wypowiedział na zapleczu restauracji. Całując go, pierwszy raz jako żona, złożyła przysięgę przed Bogiem i tylko przed nim, że zrobi wszystko, by Antek był z nią szczęśliwy.

Miesiąc po ślubie okazało się, że jest w ciąży. Nie potrafiła się tym cieszyć do końca, ponieważ miała studia do ukończenia, ale łzy wzruszenia Antka sprawiły, że przestało mieć to znaczenie. Przecież da radę. Zuza też spodziewała się dziecka. To wtedy zaczęły nawiązywać głębszą przyjaźń, spacerując razem po parku, wybierając ciuszki, wózki i pozostałe akcesoria dla dzieci.
Dwa tygodnie po zakończeniu roku akademickiego urodziła Kasię, śliczną, zdrową córeczkę. Antek płakał ze szczęścia, a ona razem z nim.
Wzięła urlop dziekański. Całe dnie spędzała z córką, w oczekiwaniu na Antka, który z powodu obowiązków zawodowych i budowy domu był całymi dniami nieobecny.
Gdy broniła dyplomu była w czwartym miesiącu ciąży. Profesor namawiał ją z całych sił na podjęcie doktoratu, ale ona miała zupełnie inne priorytety. Pod koniec roku na świat przyszła Ola, a za kolejne dwa lata - Ela.
Dorota zrezygnowała z kariery zawodowej, skupiając się na byciu żoną i matką. Czasami z zazdrością wysłuchiwała Zuzy, która opowiadała o pracy w restauracji, o problemach tak innych od tych, którymi ona żyła. Dwa razy do roku wspólnie z Lisami i dziećmi wyjeżdżali na wakacje, święta spędzali w Krakowie lub w Kostrzynie i tak niepostrzeżenie minęło kilka lat.
Dorota swoje życie z pełną świadomością podporządkowała rodzinie, będąc w tym perfekcjonistką. Nigdy nie narzekała, nigdy nie prosiła o pomoc, ani nie naciskała na Antka, by spędzał więcej czasu w domu. Nie miała większych potrzeb, ciesząc się z tego wszystkiego, co ma. Zmiany, które zaszły w Antku, tłumaczyła sobie jako coś naturalnego, nie widziała w nich niczego niepokojącego. Tylko czasami, ze smutkiem, w wiecznie nieobecnym, zapracowanym mężczyźnie starała się odnaleźć chłopaka, którego kiedyś poznała na plaży w Egipcie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz