niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 51 - Nie Wojownik Światła

Leżała na kocu w lesie. Po raz kolejny czytała książkę od niego. Na uszach miała słuchawki, w których dudniła głośna muzyka Rammstein, więc nie dotarł do niej odgłos silnika zwiastujący to, że się zbliżał. Mimo to dostrzegła go natychmiast, gdy wjeżdżał na polanę.
Od razu zrozumiała, że wie o wszystkim, co wydarzyło się w hotelu. Nie wstała. Położyła się tylko na plecach czekając, aż pojawi się przy niej.
Przykucnął i zdjął jej okulary.
– Cześć. – Patrzyła na niego rozmarzona.
Uśmiechnął się do niej zawadiacko.
– Chcesz znać wersję oficjalną czy nieoficjalną? – zapytał z lekką ironią.
– Obie – zadecydowała, śmiejąc się, choć tak naprawdę mało ją to obchodziło, bo teraz była w innym świecie, bardzo odległym od codziennych zmagań i rozterek.
– Oficjalna jest taka, że zwariowałaś. A nieoficjalna, że porypało cię zupełnie – powiedział z udawanym niezrozumieniem.
– A ty jak myślisz? – Nie kryła rozbawienia całą tą sytuacją.
– Ja myślę – lekko się zawahał, mierząc ją uważnym spojrzeniem – że jesteś Wojownikiem Światła. – Wyjął książkę z jej dłoni i położył się obok na kocu.

Przysunął się blisko, zbyt blisko, by mogła swobodnie oddychać. Jej serce przyspieszyło. Ostatkiem sił przeturlała się na brzuch, odsuwając się od niego.
– Nie uciekaj – rozpoznał jej unik.
Przybliżył się do jej szyi i delikatnie bawił jej włosami. Z trudem panowała nad swoją rozwagą, rozsądkiem, oddechem.
– Znowu za dużo paliłaś – wymownie powąchał jej włosy.
– Palę, bo lubię! – Udała oburzoną, próbując obcesowością wyratować się ze zbyt intymnej sytuacji.
– A ja nie lubię, gdy tak dużo palisz. – Wciąż był zbyt blisko, by mogła czuć się swobodnie, by mogła sobie zaufać.
– Wychowuj swoje dziewczyny, mnie zostaw w spokoju – nadąsała się. Uderzył w nią sens wypowiedzianych słów. On należał do innego świata.
– Ty też jesteś moją dziewczyną. – Delikatnie smagał jej kark łodyżką trawy. – Oczywiście platoniczną – zaznaczył i choć nie widziała jego twarzy, była pewna, że uśmiecha się kpiąco.
– Chyba patologiczną – dodała, chcąc nadać wypowiadanym słowom ironiczny wydźwięk.
Czuła go całą sobą, był za blisko, by miała siłę go odtrącić. Z trudem łapała powietrze. Poddawała się tej chwili coraz bardziej, tracąc kontakt z rzeczywistością.
– Przestań – błagała cicho, jednak wciąż czuła jego bliskość, jego usta zbyt blisko jej twarzy, przyspieszone bicie jego serca, gorący oddech. Przestała walczyć. Jeszcze chwilę – powtarzała w myślach, pragnąc by ta okazała się wiecznością. Jej ciało należało do niego, nie panowała nad niczym. Nie było innego świata, innych ludzi. Tylko oni dwoje. Nie musiał jej dotykać, by czuła rozkosz jego ciała. Nie musiał jej całować, by czuła smak jego ust. Nie musiał nic mówić.
– Błagam – udało jej się wypowiedzieć z bólem.
Odsunął się delikatnie, pocałował w odsłonięte ramię, kładąc się na plecach.
Wiedziała, że jest mu tak samo ciężko. Bała się podnieść, by nie spojrzeć w jego twarz.
– Nie powinniśmy tak się zachowywać – powiedziała, wciąż nie będąc w stanie poruszyć się.
Nic nie odpowiedział. Jego oddech wciąż był niespokojny. Przewróciła się na bok i ze smutkiem spojrzała na niego. Leżał z zamkniętymi oczyma. Był tak blisko, był tak bardzo jej, jednak nie mogła po niego sięgnąć.
– Przeczytaj coś – poprosił, uśmiechając się, dając tym samym do zrozumienia, że panuje nad sobą.
– Znasz to na pamięć! – Celowo droczyła się z nim, pomagając mu złapać równowagę emocji.
– Lubię, jak mi czytasz. – Podał jej książkę.
Czytała mu na głos, kim jest Wojownik Światła, po czym z hukiem złożyła ze sobą okładki i położyła się obok.
– Wiesz, że czytałaś o sobie? – Mrużąc oczy od słońca, próbował uchwycić jej spojrzenie.
Te słowa miały być dla niej komplementem, niestety były łyżką dziegciu w tym miodzie, jakim był dla niej ich las i chwile spędzone z Antkiem. Nie – zamyśliła się – Wojownik Światła nie umawia się z mężem przyjaciółki w lesie – powiedziała, nie kryjąc swojego rozdarcia.
– Wojownik Światła nic złego nie robi w tym lesie – usprawiedliwiał ją. Zawsze to robił, zawsze starał się odegnać od niej wątpliwości, a Agatę coraz częściej dręczyło pytanie, jak on sobie radzi ze swoimi rozterkami. Jak bardzo by nie udawał, była pewna, że je ma, że ich relacja wzbudza w nim podobne wahania.
– Jesteś tego pewien? – zapytała z zarzutem.
– Agata – patrzył na nią – nie stanie się nic, czego nie będziesz chciała – przekonywał.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem. Wyraźnie dawał jej do zrozumienia, że pragnie więcej i gdyby tylko sięgnęła po niego, byłby jej. Zatem była sama w tej walce, musiała myśleć i działać za nich dwoje.
– Jasne – położyła się na boku, patrząc na niego – igramy z ogniem i robi się niebezpieczne.
– Jest ci z tym dobrze, nie oszukuj – powiedział szybko, ale nie patrzył na nią.
Nie mogła dać się sprowokować i wypowiedzieć słów, które ten pragnął usłyszeć.
– To nie ma znaczenia. – Zamyśliła się. – Tak nie powinno być, a wiesz co jest najgorsze? – Czekała aż na nią spojrzy. – Doskonale to wiem, a jednak cały dzień będę czekać, aż się tu spotkamy. – Obnażyła swoją słabość.
– Nie chcę tego kończyć – szepnął patrząc na nią z lękiem.
Ta chwila była idealna, najwłaściwsza, może ostatnia, gdy wierzyła w swoje poczucie moralności, lojalności. Wahała się. Wierzyła, że jeszcze może ich ocalić.
– Nie potrafię tego zakończyć, jestem na siebie zła – poddała się. Założyła okulary zawstydzona swoim postępowaniem, swoją bezsilnością. Próbowała jeszcze oszukiwać się, że zapanuje nad tym, że przyjdzie ta chwila, gdy powie: nie, gdy ich uratuje.
– Nie chowaj się. – Zdjął jej okulary. – Popatrz na mnie – poprosił. – Nie odtrącaj mnie. – Wpatrywał się w nią błagalnie.
– Antek! – Wtuliła się w niego. – Dlaczego wszystko tak bardzo się komplikuje?
Pocałował ją w czoło. Przysunęła się i położyła głowę na jego piersi. Słuchała bicia jego serca. Co chwilę przyspieszało, mocno uderzając. Pragnęła, by należał tylko do niej i nienawidziła siebie za to. Chciała, by ta chwila nie miała końca. Musiała go odtrącić, by wrócił tam, gdzie powinien. Do świata, gdzie czekała na niego osoba, którą ona również kochała. Którą kochali oboje.

– Czego słuchasz? – Włączył jej odtwarzacz w samochodzie, gdy się rozstawali.
– Prawdziwego Wojownika Światła.
– Bjork? – zdziwił się.
– Wysiadka – popędziła go. – Do jutra! – Pocałowała go w policzek.
Tajemniczo uśmiechnął się do niej i wysiadł z jej samochodu.
Czekała, aż uruchomi swój samochód i da jej znak, by jechała przodem. Zgubili się gdzieś w mieście. Agata pojechała na obiad do włoskiej restauracji. Miała ochotę na lampkę wina, ale odmówiła sobie, patrząc na samochód.
– Nie mogę teraz popełniać głupich błędów – pomyślała, po czym uświadomiła sobie, że właśnie takie błędy powiela każdego dnia.
Jechała do hotelu w nadziei, że może tam ze spokojem będzie dane jej wypić lampkę wina, i to nie jedną. Potrzebowała tej ułudy, odprężenia, które przynosił jej alkohol.
– A ty nie ze wszystkimi? – zdziwiła się Majka, kelnerka.
– Wszystkimi? – Nie rozumiała, o czym mówi dziewczyna.
– W meksykańskiej coś świętują, nie wiesz nic o tym? – Majka była wręcz oburzona.
– Nie. – Zamyśliła się. – Nie nalewaj mi tego wina – powstrzymała dziewczynę. – Albo wiesz co, daj mi całą butelkę. – Wyszła zaintrygowana.
Weszła do Mexicoco i ze zdziwieniem patrzyła na swoich przyjaciół. Stół był w pełni obsadzony, choć nie - czekało jeszcze jedno wolne miejsce. Zuza siedziała pomiędzy Karolem i Antkiem, wciąż zwracając się do tego drugiego. Dorota wspierała się na ramieniu męża, zrelaksowana objaśniała coś Ulce. Był także Robert oraz Jacek, siedzący nonszalancko z jej czerwonym laptopem na kolanach.
– Czy mój komputer jest jeszcze mój, czy już twój? – Podeszła do stołu zagadując chłopaka.
– Siadaj, księżniczko. – Jacek nogą podsunął jej wolne krzesło, obok siebie.
– Czy jest coś, o czym powinnam wiedzieć? – Postawiła wino na stole próbując odgadnąć, co jest tak niespodziewanie świętowane.
– Na przykład to, że do naszego lokalu nie wnosi się alkoholu. – Antek kpiąco się do niej uśmiechnął.
– Ale myślę – odezwała się Zuza w podobnym tonie – że dziś, warunkowo, możemy na coś takiego przystać? – Z rozbawianiem spojrzała pytająco na wspólnika.
Agata usiadła przy stole i z pewnym niepokojem patrzyła po wszystkich.
– Powiecie mi w końcu, o co chodzi? – Nie wytrzymała tego, że nikt jej nie wtajemnicza w sprawę.
– Nie będzie artykułu – Uśmiechnęła się do niej krzepiąco Dorota.
– Jak to załatwiliście? – Rozglądała się z niedowierzaniem.
– Jego palce są magiczne – Zuza z uwielbieniem wskazała na Jacka.
– Co jej zrobiłeś tymi palcami? – Agata dwuznacznie zakpiła, nie wierząc w to, co powiedziała przyjaciółka, do niedawna pogardliwie nazywająca Jacka psychopatą.
– Zaraz jej! – udał obruszonego – kilka ciekawych informacji doczytałem w poczcie Nadolskiego, więc krótkie spotkanie w cztery oczy spowodowało, że pan dziennikarz uciekł przepraszając, że w ogóle się pojawił – mówił protekcjonalnym tonem.
– Wie, że włamałeś się do jego skrzynki mailowej ? – wystraszyła się. Miała obawy co do działań Jacka i nie chciała dodatkowych komplikacji.
– Agata – zirytował się – ile razy mam ci przypominać, że jestem zawodowcem? – Patrzył na nią z oburzeniem pomieszanym z pogardą. Zobaczyła wzburzenie Antka i Roberta, ale dopiero po chwili uświadomiła sobie, czym jest spowodowane.
– Dziękuję – objęła go ramionami i pocałowała w policzek, pokazując tym gestem, że mało ją obchodzi forma jego wypowiedzi i sposób, w jaki załatwił tę sprawę.
Wypiła z Zuzą wino i wstała, by iść po kolejne.
– Mogę? – z przekorą spojrzała na Antka zamierzając przecisnąć się między nim a stołem.
Czuła ból brzucha, kręciło jej się w głowie, gdy z pozorną powagą, z kpiną w oczach mierząc ją, udawał, że analizuje jej prośbę. Czuła go całą sobą. Pokiwał głową z lekkim uśmiechem.
– Wreszcie wracacie do formy – Dorota wtuliła się w męża, rozbawiona ich zachowaniem.
Agata idąc po kolejne wino czuła wstyd. Jedyne, co ją w tym usprawiedliwiało to to, że nie jest jeszcze o Dorotę zazdrosna. Nie potrafiła tego w żaden sposób pojąć. Pragnęła jej męża całą sobą, a zarazem Dorota wtulona w jego ramię, to samo, w które ona się wtulała kilka godzin wcześniej, wzbudzała w niej jedynie poczucie ciepła. Dorota dotykająca jego ręki, głaskająca go po włosach, poprawiająca mu kołnierz koszuli, nielogicznie nie wywoływała w niej żadnej zawiści. Wtedy odkryła, że podzieliła Antka na dwie osoby. Jeden należał do niej, drugi do Doroty. Tyle, że Dorota mogła swoje pragnienia realizować, ona nie. Musiała na to przystać.
Zamiast wina przyniosła szampana. Bez słowa podzieliła go między wszystkich przy stole. Wstała i wzniosła toast

– Dziękuję za to, że was mam – powiedziała patrząc po twarzach zgromadzonych. – Obiecuję, że będę walczyć. Walka uszlachetnia, jeżeli jest w imię czegoś. Mam coś najcenniejszego – z wdzięcznością patrzyła na oddanych jej ludzi – prawdziwych przyjaciół. I to dla was, i o was, stoczę bój z Erikiem Zimmerem.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz