niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 61 - Przy klatce z lwami

Była sierpniowa niedziela. Dorota zabrała dziewczynki do miasta na obiad. Zjadły w centrum, potem na chwilę pojechały do hotelu. Zajrzała też do Mexicoco, ale nie widziała potrzeby, by tam zostawać. Jolka, manager, świetnie sobie ze wszystkim radziła.
– Macie jakieś propozycje? – zapytała zapinając pasy bezpieczeństwa swoim pociechom.
– Mamuś, my byśmy chciały do zoo – poprosiła Ola.
– Naprawdę, do zoo? – upewniła się.
– A kupisz nam lody? – dopominała się Ela.
– Kupię – uśmiechnęła się. – Tylko nie macie prawa oddalać się ode mnie, zrozumiano?
– Taaak! – odpowiedziały chórem.
Szła kilka kroków za nimi. Z rozbawieniem podsłuchiwała ich rozmowę. Były takie spontaniczne, wesołe i odważne. Tak inne od niej, gdy była w ich wieku. Na całe szczęście wdały się w ojca. Zawsze gdy o tym myślała, dziękowała naturze za tę łaskę, wiedząc, jak ciężko byłoby im, gdyby odziedziczyły charakter po niej. Cieszyła się, że jej córki nie będą potrzebowały ratunku swojej Agaty, by zacząć normalnie, pewnie funkcjonować. Jej myśli powędrowały ku przyjaciółce. Zaczęła zastanawiać się, co naprawdę się z nią dzieje, czy pozwoli się odnaleźć i wróci z Antkiem.

– Cześć! – Zadzwoniła do męża. – Jak poszukiwania?
– Kraków niestety ma za dużo hoteli. – Był lekko zrezygnowany.
– Może poszukaj w jakiś niszowych miejscach – doradziła. – Jeśli chciała się ukryć i odpocząć, to raczej wybrała motel gdzieś na uboczu.
– Nie zdajesz sobie sprawy, ile tych miejsc jest – westchnął.
– Najważniejsze jest to, że się starasz – podtrzymywała go na duchu.
– Myślisz, że Zuzę to w jakikolwiek sposób zadowoli? – powiedział z powątpiewaniem. – Co robicie?
– Jesteśmy w zoo, chcesz dziewczynki? – Czuła, że mąż się uśmiecha.
Podała telefon Kasi.
– Tata – wyjaśniła.
– Cześć tatuś, jesteśmy w zoo… U nas jest tak gorąco, że lody się potopiły… dam ci Olę – podała beztrosko telefon siostrze.
– Cześć… Idziemy oglądać małpy… Nie! – roześmiała się. – Kiedy wracasz?… Masz Elę.
– Tato, a ja nie zjadłam całego obiadu, a mama i tak kupiła mi loda – mówiła podekscytowana najmłodsza z córek – i jeszcze może kupi nam watę, ale tylko jak nie uciekniemy.
– Oddaj ten telefon. – Dorota z rozbawianiem wyrwała córce słuchawkę. – To już wszystko ci wypaplały.
– Pięknie – udawał niezadowolonego. – Nie ma mnie trzy dni, a tam panuje zupełna anarchia.
– Wrócisz to zaprowadzisz dyktaturę na nowo, póki co, korzystamy z twojej nieobecności – chciała, by wiedział, że dobrze się bawią.
– Kup im tę watę – poprosił.
– No nie wiem, nie wiem – śmiała się. – No dobrze, kupię.
Szły w kierunku klatek z lwami. Od razu poznała znajomą sylwetkę – zgarbionego, wysokiego chłopaka, siedzącego na oparciu ławki.
– A pan nie wie, do czego służy oparcie? I proszę się nie garbić! – Usiadła niżej.
– Co ty tu robisz? – zapytał zaskoczony.
Rozluźniona spojrzała na niego i tajemniczo się uśmiechnęła. Jacek był zupełnie skonsternowany jej obecnością i to on bardziej okazywał zdumienie niż ona, chociaż był ostatnią osobą, którą spodziewała się spotkać w zoo, do tego w ogromnym skupieniu wpatrującego się w klatki z lwami.
– Ja mam pretekst. – Wskazała na trzy jasnowłose dziewczynki. – Ale ty?
– Zapomniałem ci wyznać, że byłem również pogromcą dzikich zwierząt – wykonał ruch głową w kierunku wielkich klatek.
– Rozumiem. – Pokiwała głową. – Że też się nie domyśliłam.
Jacek z uwagą obserwował dziewczynki ze zdumieniem przyglądające się wielkim kotom.
– Jak ty je rozróżniasz?
– Przywiązuję im wstążeczki – roześmiała się rozbawiona niedorzecznym pytaniem.
– Mamo! – krzyczała Ela, biegnąc w jej kierunku. – Ten lew… – urwała nagle i z uwagą zaczęła przyglądać się Jackowi. – Co to za pan? – zapytała śmiało.
– Cześć, jestem Jacek. – Niezdarnie pomachał do Eli.
– Ten pan pracuje ze mną – wyjaśniła zaskoczonej dziewczynce.
– Ma pan żonę? – zapytała z dziecięcą bezpośredniością Ola, która nagle pojawiła się przy nich.
– Nie – odpowiedział.
– Mama ma męża – wyjaśniła z powagą Jackowi.
– A ja mam bilety na wesołe miasteczko. – Spojrzał wymownie w kierunku karuzeli.
Dorota płakała ze śmiechu, widząc wysokiego Jacka, siedzącego na małym słoniku. Odpłacił jej pięknym za nadobne i zmusił, by wsiadła do samochodu z Olą, a on z Elą i Kasią usadowił się w kolejnym i wciąż je taranowali. Potem udawał Drakulę, próbując dodatkowo nastraszyć dziewczynki w „Domu strachu”, ale wyśmiały go. Nie znała takiego Jacka, nie sądziła że potrafi zupełnie porzucić swój sarkazm i bawić się jak dziecko.
– Jesteś wariatem! – Dorota śmiała się, dojadając watę po dziewczynkach.
– Jestem po prostu wybitnym znawcą dziecięcej psychiki.
– Kolejny nieujawniony talent? – zapytała lekko.
– Sama to powiedziałaś. Jak poszukiwania Antka? – Nagle spoważniał.
– Nie udawaj, że cię to cokolwiek obchodzi. – Obrzuciła go wymownym spojrzeniem.
– Jak najbardziej jestem tym zainteresowany, muszę w odpowiednim momencie ostrzec Agatę, by zmieniła kryjówkę – jednoznacznie podkreślił, że jest z Agatą w stałym kontakcie.
– Nie uważasz, że powinna już wrócić? – spytała szczerze.
– Nie ma najmniejszego znaczenia, co myślę ja, pierdolony wierny ogrodnik, opłacony przez szefową – zakpił. – Nie analizuję pobudek, nie wiem, co się „powinno” – mówił cicho, by dziewczynki nie usłyszały jego przekleństw.
– Ja tak nie uważam – zapewniła go Dorota.
Jacek obojętnie wzruszył ramionami. Dorota miała wrażenie, że oskarżenia i słowa rzucane w złości przez Zuzę w żaden sposób nie obrażają chłopaka, wręcz przeciwnie - zdawał się być dumny z tych zarzutów.
– Dlaczego on myśli, że Agata jest w Krakowie?
– A jest? – zapytała przebiegle.
– Próbujesz się targować? – parsknął naśmiewając się z jej próby przechytrzenia go.
– Dlaczego nie? – powiedziała obojętnie
Jacek zamyślił się, patrzył na klatki z lwami. Dorotę intrygowała jego fascynacja tymi zwierzętami. Wpatrywał się w nie tak, jakby oczekiwał jakiegoś znaku, odpowiedzi, a może zwyczajnie próbował tym ją zdekoncentrować.
– Kraków to naprawdę duże miasto – powiedział powoli. – To szukanie może mu się odbić czkawką. – Pokiwał głową. – Tak, jest tam.
– Agata zadzwoniła do mojego męża, by zmusił Zuzę do wyjazdu. Siostra Antka pracuje w radio i on słysząc to radio w tle, rozpoznał głos siostry, sprawdził jaki zasięg ma ich platforma i już – wyjaśniła podejrzenia męża.
– Pomysłowe – był naprawdę zdumiony.
– Zna Kraków i okolice, może ją znaleźć – ostrzegła.
– Mógłby to zrobić – oznajmił po namyśle, odprowadzając je do samochodu.
– A widzisz! – powiedziała z satysfakcją.
Odwrócił się i bez słowa wsiadł do swojego starego, czerwonego Forda.
Zastanawiała się, czy powie Agacie o ich rozmowie. Analizowała, czy powinna zadzwonić do Antka i potwierdzić, że ta jest na pewno w Krakowie. Niezdecydowana trzymała telefon w ręce.

– Nie. Jeżeli ma ją znaleźć, to ją znajdzie – pomyślała. – Niech się dzieje wola nieba – zaśmiała się do siebie uruchamiając samochód, mrugając do odbicia dziewczynek w lusterku.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz