niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 62 - Nibylandia

„Dziwne, wręcz niepojęte, ale Wariatka wyleciała jednak na wakacje. Antek wyjechał, bo obiecał jej, że ciebie znajdzie. Życzę mu powodzenia. Numer był na kartę. Kupiony w salonie w Krakowie. Połączenia były tylko z jednym numerem, przez ponad rok. Ten drugi numer też na kartę, dzwonili tylko do siebie. Od 23 stycznia 2005 roku nieaktywny. Amen.”

Agata wraz z Krzyśkiem i Szymonem pakowali torby Poli do bagażnika. Było już bardzo upalnie, pomimo wczesnej godziny.
– Poczekacie, aż wrócę? – zapytała chłopaków. – Zostawię wam samochód.
– Pola! – Z pensjonatu wybiegły dziewczyny, by się pożegnać.
Agata oparła się o samochód pozwalając na swobodną wymianę serdeczności.

I wtedy to się stało. Poczuła się dziwnie. Jej ciało zdrętwiało i kręciło się jej w głowie. Zastanowiła się, czy nie poprosić, by ktoś z nią pojechał. Nogi odmawiały posłuszeństwa, serce przyspieszyło. Patrzyła przed siebie i miała halucynacje. Zamknęła oczy próbując opanować niepokojącą wizję, zamrugała, ale to nie pomogło. Patrzyła nieruchomo w jeden punkt. Jej oddech przyspieszył. On nie znikał.
– Kim jest ten mężczyzna? – niepewnie zapytała Pola.
Wtedy Agata uwierzyła, że to nie podświadomość płata jej figle, że to nie wina upału. On tam był. Dzieliło ich kilka metrów, a ona nie miała siły się poruszyć, choć miała ochotę do niego biec. Z trudem nabierała powietrza. On zbliżał się do niej, a jej serce szalało i próbowało wyrwać się z ciasnej klatki żeber. Wszystko wokół wirowało.
– Antek – wypowiedziała jego imię z przejęciem, gdy znalazł się tuż przy niej.
Nie było już nikogo, byli tylko oni. Jego silny uścisk, jego ciało, zapach, przyspieszony oddech. Nie wiedziała, jak zdołała wytrzymać bez niego przez ten cały czas.
– Agata! – w oddali usłyszała głos Poli, przywoływał ją z bardzo dalekiego świata.
Wyrwała się z jego uścisku.
– Muszę odwieźć Polę na lotnisko – powiedziała wciąż nie dowierzając, że Antek naprawdę jest przy niej.
Nie pamiętała, jak dojechała na miejsce, nie była w stanie przywołać słów pożegnania, nie kontrolowała niczego. Biegła do samochodu, bo on tam na nią czekał. Cokolwiek sobie obiecywała, wszystko, z czym walczyła, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Stał i czekał przy jej samochodzie. Antek, jej Antek. Czekał na nią.
To nic, że to nie był las. To nic, że świeciło słońce, że otaczali ich ludzie. Jedyne czego pragnęła, to jego ust. Kręciło się jej w głowie. Całował ją tam, na lotnisku, przy samochodzie.
Nic nie potrafili sobie powiedzieć. Spacerowali kurczowo trzymając się za ręce, wpatrzeni w siebie. Wciąż ją całował, a ona poddawała się mu bezwolnie. Zabrał ją nad rzekę. Leżała wtulona w niego i jedyne, czego pragnęła, to by tak było już zawsze.
– Powiedz, że to nie jest sen – poprosiła, odrywając się od jego ust.
Uśmiechnął się do niej i znów całował.
– Jak mnie znalazłeś? – zapytała, gdy wracali wieczorem do pensjonatu.
– Kiedy pragniemy czegoś, to cały wszechświat działa na naszą korzyść – zacytował, delikatnie całując ją w szyję.
– Co teraz? – zapytała z paniką, wiedząc, że nie potrafią, nie chcą walczyć, zapanować nad sobą.
Pociągnął ją do ogrodu, na nic nie naciskał, pozwolił odetchnąć. Nie wypuszczał jej z ramion.
– Agata – szeptał jej do ucha. – Moja brzydka Agata.
Było ognisko, była gitara, śpiew. Był Stachura.
Tak bardzo chciała się sobie przeciwstawić, tak bardzo nie potrafiła. Stała oparta o ścianę i wciąż łudziła się, że może cokolwiek zmienić. Czekał, wpatrując się w nią. Pozwolił jej zadecydować.
Jej usta, jego usta. Jej ciało, jego ciało. Jej krzyk, jego krzyk.
Zerwał z niej koszulę, dotykał, poznawał ją centymetr po centymetrze z niebywałym pożądaniem, wciąż wpatrując się w jej oczy, upewniając się, że tego właśnie chce, że pragnie jego tak, jak on jej. Przyglądała mu się, gdy spał. Obserwowała linię jego ramion swobodnie rozrzuconych na jej łóżku.
– Agata – powiedział przez sen.
– Jestem – wtuliła się w niego.
Rozbudził się, patrząc na nią z niedowierzaniem.
– Powiem ci coś – mówił całując ją. Tak bardzo pragnęła to usłyszeć i tak bardzo się bała. Czuła, że nie powinien, że ona nie powinna.
– Dlaczego? – zapytał z wyrzutem, rozpoznając, że nie chce pozwolić mu wyznać tego, co dla niego najważniejsze.
– Bo tak jest lepiej – błagała, by ją oszczędził.
– Agata, tego już nic nie zmieni. – Patrzył w jej oczy.
– Nie mów mi tego – prosiła ostatkiem sił.
Uwielbiała jego spojrzenie, gdy odkrywał, że jest przy nim.
Zapomniała, że gdzieś tam istnieje inny, prawdziwy świat. Zatracała się w tym, który wspólnie stworzyli, tylko ten był dla niej teraz ważny. Chciała, by czas się zatrzymał, by nie było dni i nocy. By było tylko teraz. By nie było poranków, które każdym swoim nadejściem brutalnie zmuszały do otrzeźwienia, do podejmowania decyzji. Chciała zostać tutaj na zawsze. Czuła, że on pożąda nie tylko jej ciała, ale też pragnie jej duszy. On ją znał. Tylko on.

Było jej dobrze. Robiła wszystko, by nie myśleć, nie planować, by nie dopuścić do głosu sumienia.
Poprosiła Szymona, by nauczył ją grać na gitarze. Zgodził się chętnie i popołudniami wyginał jej palce zadając ból. Krzyczała.
– Musisz, Agata. Zobaczysz, jeszcze mi podziękujesz – mobilizował ją.
– Nie mogę – śmiała się ze swojej nieudolności.
– Dajcie jej spokój – wtrąciła się Martyna. – Nie każdy musi grać na gitarze.
Krzysiek oddał jej kluczyki od samochodu i rozdał każdemu piwo.
– A Antek gdzie? – zapytał.
– Tam! – Roześmiała się, wskazując na stojącego w progu pensjonatu mężczyznę. Stał zamyślony i lekko zagubiony, widziała, że był nieobecny. Ale zbliżając się, z każdym krokiem wkraczał ponownie do ich świata. Wracał do niej, na nowo był jej, tylko jej. W Nibylandii.
Krzysiek podał mu piwo.
– Zobaczysz, nauczymy ją grać. – Szymon spojrzał na Antka lekko speszony.
– Nauczcie ją jeszcze gotować – rzucił ten kpiąco.
– To nie było miłe – ostrzegła go.
– Daj to. – Zabrał jej gitarę i patrząc jej w oczy z lekką ironią, zaczął grać.
– Ty umiesz grać? – Była zdumiona.
– Rwało się kiedyś laski na takie zagrania – roześmiał się.
Uderzyła go w plecy.
– To niesprawiedliwe! – Była oburzona.
– A Agatę na co wyrwałeś? – zapytał Szymon.
– Agatę? – Popatrzył jej w oczy pytająco. – Kochanie, na co ciebie wyrwałem? – Pocałował ją delikatnie.
– Na las. – Wtuliła się niego lekko oszołomiona.

Uwielbiała wieczorne spacery. To na jednym z nich opowiedziała mu o wszystkim, co wydarzyło się Sztokholmie. O rozmowie z Erickiem, wieczorze na statku, nawet o pocałunku z Anitą.
– Jesteś nienormalna! – Patrzył na nią z niedowierzaniem. – Całowałaś się z Anitą?
– Oczywiście. – Była rozbawiona jego reakcją.
– Ale nie całuje lepiej niż ja? – Przycisnął ją do drzewa i pocałował namiętnie.
Kręciło się jej w głowie.
– Nie, tak jak ty nie – powiedziała z zadowoleniem.
– Agata, w zasadzie nie wypada mi o to pytać, ale muszę. – Popatrzył na nią z powagą. – Czy twoja relacja z Erickiem jest już zupełnie zamknięta?
– A co, zazdrosny jesteś? – rozbawiło ją to pytanie.
– A powinienem?
– Dla mnie jest zamknięta – przytaknęła. – Choć… nie wiem czy dla Erica, ponieważ on zachowuje się jak dziecko, jakby chciał na chwilę pobawić się w dom, a potem w razie czego to odkręcić. – Zamyśliła się.
– Myślisz, że będzie chciał do ciebie wrócić?
– Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Zważywszy na to, że dzień przed rozwodem usilnie chciał mnie przelecieć, niczego chyba nie powinnam wykluczyć. – Starała się być obojętna.
– Zuza twierdzi, że cierpisz po rozstaniu z Erickiem – mówiąc to uważnie ją obserwował.
– Zuza twierdzi także, że Jacek jest psychopatycznym mordercą, opłaconym przeze mnie – zakpiła.
– Agata, chcę wiedzieć – wymuszał na niej wyznanie.
Podeszłą do niego i popatrzyła w oczy.
– W moim życiu jest tylko jeden mężczyzna – zapewniła delikatnie dotykając jego ust.
– Chcę tu zostać z tobą na zawsze. – Wplótł swoje dłonie w jej włosy. Uwielbiała, gdy to robił.
– Ale tu pada – próbowała rozładować napięcie.
– Znam takie miejsce, gdzie nie pada – pociągnął ją za sobą i pobiegli do pensjonatu.
Kochali się przez całą noc, a ich pragnienie i tak nie zostało zaspokojone.
Uwielbiała budzić się w jego ramionach, wsłuchiwać w spokojny oddech. Siadała na parapecie, paliła papierosa i uczyła się jego obrazu na pamięć. Żałowała, że nie potrafi malować, uwiecznić tego, za czym niedługo będzie tak bardzo tęsknić. Spał na brzuchu, jego mocne ramiona zajmowały większość łóżka. Kładła się obok, delikatnie opierając głowę na jego plecach.
– Jesteś – mówił z ulgą przez sen.
Nie przypuszczała, że może tak kochać.

Agata nie pytała, ile czasu im jeszcze zostało. Korzystała z każdego dnia, jaki mogli przeżyć w tym niebycie, w tej ułudzie.
– Po co ci tyle tych obrazów? – Antek z trudem poruszał się po pokoju.
– Nie chcę im tak po prostu dawać kasy, bo pewnie by jej nie przyjęli. – Ze skupieniem malowała sobie rzęsy. – A obrazy zawsze się przydadzą.
– Co z nimi zrobisz?
– Nie wiem. – Starała się być obojętna, nie chcąc myśleć o chwili, gdy będzie musiała podejmować jakiekolwiek decyzje.
– Po co się malujesz nad jezioro? – Ukląkł przy niej.
– Martyna narysuje dziś mój portret – wyznała lekko zawstydzona.
– Twój? – Przyciągnął ją do siebie. – Zamawiam go. – Pocałował ją.
– I co z nim zrobisz? – zapytała z lekkim wyrzutem, żałując od razu wypowiedzianych słów.
Przytulił ją mocno, głaskał po głowie, kołysał. Jego serce walczyło jak oszalałe. Czuła jego przyspieszony oddech.
– Agata! – krzyczał ktoś z dołu.
– Idziemy! – odkrzyknęła.
Spojrzała przepraszająco na Antka.
– Chodź! – Pociągnął ją za rękę.
Martyna długo nie mogła znaleźć odpowiedniego miejsca, w którym chciała usadowić Agatę. Po długich poszukiwaniach znalazła uroczy zakątek ze zwalonym drzewem, gdzie nareszcie odpowiadało jej i tło, i światło. Zabroniła też komukolwiek się pojawiać. Pozowanie Martynie okazało się niełatwym zadaniem.
– Wyżej głowę – wciąż ją upominała.
– Martyna, ja się nie nadaję. – Poddawała się.
– Dopóki nie skończę, nie wrócisz do niego – zagroziła.
– Ale z ciebie sadystka. Myślałam, że bycie muzą jest dużo przyjemniejsze – powiedziała zrezygnowana.
– Ale ty marudzisz – śmiała się dziewczyna. – Co zrobisz z tym portretem?
– W Luwrze go umieszczę – roześmiała się Agata.
– Jesteś tak piękna, że każdy by się zgodził – wyznała Martyna.
– Ej, bo zrobię się czerwona i portret nie wyjdzie – żartowała.
– Zazdroszczę ci – wyznała dziewczyna ze skupieniem ostrząc ołówek.
– Czego?
– Że ktoś tak ciebie kocha – odpowiedziała zamyślona.
– Ja też go kocham – wyznała z bólem, którego młoda artystka nie mogła zrozumieć.
Bo skąd mogła wiedzieć, że to, co widziała, było okupione wielką walką, łzami i cierpieniem? Była tak młoda, jej świat był prosty, wręcz naiwny. Nie mogła przewidzieć, co jeszcze na nich czeka. Sami tego nie wiedzieli.

Zeszła na dół, by dać Krzyśkowi kluczyki. Patrzyła przez okno holu, jak wsiadają z paletami do jej samochodu. Słyszała, jak dzwoni telefon Antka. Była zbyt blisko, by nie słyszeć.
– Tak, przywiozę ją – mówił cicho. – Dorota, na pewno… tak… obiecuję… Ja też.
Stała w drzwiach. Spojrzał na nią ze smutkiem.
– Kiedy wracamy? – zapytała ukrywając łzy.
– Nie musimy wracać – zapewnił.
– Musimy – usiadła zrezygnowana na łóżku.

Przytulił ją i tak już zostali. Nie miała siły wstać, nie chciała myśleć, nie potrafiła żyć.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz