niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 65 - Bez powietrza

Nie można żyć bez powietrza, nie można żyć bez wody. Nie żyła. Wegetowała.
Udawała, że żyje, będąc tylko jakimś marnym szczątkiem siebie. Musiała się postarać, musiała zmusić wszystkich, by uwierzyli, by nikt nie odkrył tego, co naprawdę się stało, a co jak się jej wydawało, miała wypisane na twarzy. Nikt już nie mógł żyć jej życiem, jej cierpieniem. Praca - najlepsze lekarstwo. Sport. Sen. Nic nie pomagało. Jedynie trzy paczki papierosów wypalane w ukryciu zajmowały chociaż ręce, zabijały płuca, zatruwały ciało.
To był jej pomysł, by nie musieli wszystkich okłamywać udając siebie sprzed Nibylandii. Musieli powiedzieć, że się pokłócili, musieli coś zrobić, by przestać się widywać. On nie chciał się zgodzić. Czekał na nią na parkingu, na trasie do Wrocławia. Ich ostatnie spotkanie, ostatnie wyznanie, pocałunek. Chciała być twarda, ale nie potrafiła. Jej ciało drżało z przerażenia.
– Agata, nie damy rady – przekonywał ścierając łzy z jej policzków.
– Damy, musimy – szlochała, ostatkiem sił powstrzymując się przed spazmatycznym wyciem z bólu.
– Bez ciebie nie ma życia – mówił ze łzami.
– Antek, kochany, ty masz życie, masz cudowną rodzinę, dasz radę. Jak ty dasz, ja też dam – zapewniała.
– To nie wyjdzie – tulił ją.
– Antek! – Spojrzała mu w oczy – Dorota, Kasia, Ola i Ela – mówiła z trudem nabierając powietrza.
Ze złością oparł się o samochód, zacisnął mocno zęby i zamknął oczy.
Uciekła do swojego samochodu i krzyczała z bólu, ze złości i cierpienia. Uderzyła w podłokietnik tak mocno, że się wyrwał. Wciąż krzyczała. Ból rozdzierał ją całą. Nigdy nic tak nie bolało.
Otworzył drzwi jej samochodu. Otarła jego łzy. Przyciągnął ją do siebie i pocałował. Nie miała siły oderwać się od niego. Trzymał ją za rękę i patrzyli sobie w oczy. Wiedziała, że boli go tak samo. Z desperacją przekręciła kluczyk w stacyjce i odjechała. Pozwoliła mu zostać, pozwoliła mu krzyczeć.
Musiała oddychać. Nie było powietrza.

O propozycji Erica powiedziała tylko Ulce, dając jej do analizy wszystkie dokumenty.
– Cwany – powiedziała Ulka po trzech dniach.
– Jednak coś znalazłaś! – Zaśmiała się z sarkazmem.
– Nic wielkiego, ale zawsze – uspokoiła. – Nie wyrwiesz się z jego sieci. Na przykład nie otworzysz niczego nowego bez jego zgody, o tu – pokazywała zapisy.
– Ulka, ale czy to ma jakieś znaczenie, nie wystarcza nam to, co mamy?
– Nie wiem, apetyt rośnie w miarę jedzenia – chciwie uśmiechnęła się do Agaty. – Ja mam przerost ambicji, ale nie ukrywam tego – zaśmiała się.
– Jesteś szalona, mamy przecież cztery hotele! – Nie mogła zrozumieć jej nienasycenia.
– Agata, stać cię na więcej – podjudzała bratowa.
– Nie chcę współpracować z Erickiem – wyjaśniła.
– To tylko partner w biznesie – nie odpuszczała Ulka.
– Jasne, dzień przed rozwodem chciał mnie przelecieć – powiedziała.
– Żartujesz? Przespałaś się z nim? – Ulka wytrzeszczyła oczy.
– Zwariowałaś!? – Agata z obrzydzeniem wzdrygnęła się.
– Przepraszam – powiedziała zawstydzona. – Ale wiesz, ten twój wyjazd, próbuję to sobie jakoś wytłumaczyć. W końcu go kochałaś go, wszyscy to widzieliśmy.
– Kochałam – zaznaczyła z naciskiem – Ale to minęło.
– To w takim razie on ma problem, a nie ty.
– Ulka, chcę się od niego odciąć.
– Wielkie mi odcięcie, będąc wizytówką Zimmera.
– Pomyślimy o tym za rok. – Uśmiechnęła się tajemniczo po to, by Ulka przestała żyć jej problemami. – Kiedy wraca Jacek? – zmieniła temat.
– Za tydzień, chyba nie miał odwagi spotkać się Zuzą – zaśmiała się bratowa.
– Muszę mu chyba wypłacić jakieś odszkodowanie za ten czas – Agata usilnie starała się żartować.
– Chyba będzie na urodzinach Doroty, to się spotkacie.
Agata pokiwała głową i zamknęła się w swoim gabinecie.
Urodziny Doroty, największa trauma ostatnich dni. Skoro jej życie sprowadziło się do rozpamiętywania wspomnień, do nieustannych prób niepozwalania siebie na te wspomnienia, nie mogła dokładać ich więcej. Chciała oddychać. Dusił ją bezdech, ponieważ to powietrze do niej nie należało.
W sobotę zaplanowała ucieczkę, to było jedyne wyjście.
Noc była ciężka. Nad ranem udało jej się usnąć. Nie usłyszała budzika, który miał umożliwić jej zniknięcie przed świtem. Zanim się pozbierała, do jej mieszkania wparowała Zuza.
– Co kombinowałaś? – zapytała bezczelnie, od razu zakładając, że Agata miała w planie ucieczkę.
– Nic. – Wzruszyła ramionami.
Agata próbowała przekonać Lisową co do swoich intencji, ta jednak znała ją zbyt dobrze. Obserwowała Agatę z nieukrywaną podejrzliwością.
– Masz prezent dla Doroty ? – sprawdzała ją przyjaciółka.
– Oczywiście, że mam. – Pewnie podeszła do zwiniętego obrazu i ozdobiła rulon wstążką. Widząc na płótnie inicjały Krzyśka była pewna, że trafi tym w gust Doroty, a przy tym nie zrani Antka. Młody artysta był zafascynowany górskimi pejzażami, a to w żaden sposób nie przywoływało wspomnień ich romansu. Tyle, czy to mogło mieć znaczenie? Samo stąpanie po ziemi kojarzyło się jej z ukochanym, on pewnie czuł się podobnie.
Nie było już ucieczki. Musiała się zmierzyć z rzeczywistością, w której nie było dla niej miejsca.
– Chyba tak nie pójdziesz? – Zuza zmierzyła krytycznym spojrzeniem jej strój.
– Chyba przesadzasz – zarzuciła jej przyjaciółce nadmierne wtrącanie się parodiując jej ton. – Nie będę stroić się na grilla. W żadnym wypadku nie chciała wyglądać dobrze, nie chciała rzucać się w oczy, nie chciała go prowokować.
Nie pamiętała drogi. Nie rejestrowała w pamięci niczego. Jak przez mgłę kojarzyła rozmowę z Mileną.
Kręciło się jej w głowie, ledwo trzymała się na nogach. Dorota, wirujący ogród, Dorota. Oddychała z trudem.
– Cześć, Agata. – Powietrze. Ulga. Może oddychać, może żyć.
– Cześć – rozkosz i ból wspomnień, cierpienie, krzyk rozrywający jej piersi. Jak slajdy przed jej oczami pojawiały się obrazy ich wspólnie przeżytych chwil w Nibylandii. Pragnęła całą sobą na nowo znaleźć się w tej krainie, ich kranie. Nie było do niej już drogi. Nie mogła nawet próbować jej odszukać.
Siedziała z bratem, Ulką i Karolem. Zuza wciąż była w ruchu, stale zajęta rozmową z coraz to inną osobą. Agata wciąż szukała go wzrokiem.
Dorota dotykała go po plecach. Tak, jak mogła. Jak powinna. Dorota, do której należał. Musiała go jej oddać. Dziewczynki biegały beztrosko pomiędzy matką i ojcem. Były szczęśliwe, były bezpieczne. Tak musi być. Choć tak bardzo potrzebowała go, on należał do nich.
Grała muzyka, ktoś tańczył. Robert zbyt intensywnie się jej przyglądał.
– Nalej mi wina – poprosiła brata.
– Dobrze się czujesz?
– Tak – uśmiechnęła się przekonująco, biorąc łyk ciemnego trunku.
Nie, nie mogła pić, nie mogła stracić kontroli. Odstawiła kieliszek.
– Agata! – zawołała ją Dorota – Pomożesz mi?
Poderwała się i ruszyła za żoną Antka.
– Jacek miał być. Nie odzywał się? – zapytała Dorota z lekkim wyrzutem i smutkiem w głosie.
– Nie, może boi się Zuzy? Taki już jest. – Obojętnie wzruszyła ramionami.
Dorota wyciągnęła sałatki i przekładała je do mniejszych misek.
– Kto zaprosił tę szmatę?! – Do kuchni wbiegła wzburzona Zuza.
– Ja – ze złością przyznała się Dorota. – Choć w zasadzie, to sama się wprosiła – dodała po chwili namysłu.
Zuza spojrzała wymownie na Agatę. Ta nie rozumiała o co chodzi. Powiodła wzrokiem w kierunku wskazywanym przez Su. Zamarła. Przy Antku z lampką wina stała roześmiana Sara, ruda lafirynda. Ubrana w krótką, fioletową sukienkę potrząsała włosami. Patrzyła mu w oczy i delikatnie kołysała się w takt muzyki, coś mówiła. On odpowiadał wpatrzony w nią. Roześmiana dotykała jego ramion. Dlaczego jej na to pozwalał? Dlaczego nie odszedł. Powinien iść do Doroty, zająć się dziewczynkami. Czuła złość, rozpaczliwą przegraną.
Musiała wynieść sałatki do ogrodu. W tle słyszała muzykę. Dlaczego właśnie ta piosenka? Dlaczego Kobranocka? Sara wzięła go za rękę, ciągnęła do tańca, śmiejąc się, patrzyła w jego oczy.
Jej ręce drżały. Nie wiedziała, co to za hałas. Coś pękło. Czy to było jej serce? Wszyscy na nią patrzyli. Czy pękło aż tak głośno?
– A ty co? Parkinsona masz? – Zuza zbierała rozbite miski z sałatkami.
Złapała z oddali jego zdziwiony wzrok. Niepewnie przyglądała się twarzom zgromadzonych wokół niej ludzi. Nie mogła tu zostać, musiała wydostać się z pułapki bezlitosnego bólu.
W jej kierunku biegł Robert.
– Siostra, wszystko w porządku? – Był śmiertelnie wystraszony.
– Zabierz mnie stąd – poprosiła bardzo cicho.
Spojrzał na nią zaskoczony.
– Masz gorączkę! – Dotknął jej czoła i kojąco ujął jej rękę.
– Źle się czuję – powiedziała przepraszająco do Doroty.
– Chodź, zawiozę cię do domu – Robert otoczył ją ramieniem. W tle słyszała zaniepokojone głosy. Ramię brata mocno ją podtrzymywało. Zaniepokojona Dorota szła z nimi. Agata wtuliła się w nią mocno.
– Przepraszam – powiedziała z bólem.
– Kochanie, nie masz za co. – Nie rozumiała tego, co Agata do niej mówiła.
– Przepraszam. – Patrzyła przez łzy, ukryta za okularami słonecznymi.
Nie spojrzała na niego, nie miała siły na jeszcze większy ból.
Nie był już ani jej, ani Doroty. Wracał do świata, z którego go wyrwała.

– Od razu rozpoznałem, że coś ci jest – komentował Robert z niepokojem. – Nie sądziłem, że to jeszcze tak działa – spojrzał na nią z troską, a ona próbowała zrozumieć, co do niej powiedział. – Gdy weszliśmy do ogrodu, od razu przypomniała mi się ta impreza z Erickiem, dlaczego ty miałabyś o tym zapomnieć.
Agata czuła, jak ogarnia ją sardoniczny śmiech. Powstrzymała się z trudem. To było logiczne, to było jej potrzebne, to ją usprawiedliwiało.
Przytaknęła.
– Zostać z tobą? – zaproponował.
– Dam radę, to jest ból pod kontrolą, trochę przeceniłam moje moce. Dziękuję. – Przytuliła się do niego.

Wpadła do łazienki i wymiotowała. Z bólu, ze strachu, z samotności. Znalazła wino i wypiła je niemal duszkiem. Było lepiej, dużo lepiej.
Usnęła na chwilę. Było zimniej niż zwykle. Gdy się obudziła, nie było kolejnej butelki. Zmyła rozmazany makijaż, założyła buty, podniosła wysoko głowę i zeszła do baru.
Poznała znajomą, zgarbioną sylwetkę.
– Cześć, Jacek. – Usiadła przy nim. – Dlaczego nie jesteś na urodzinach Doroty?
– Nie jestem zwierzęciem stadnym – powiedział obojętnie. – A ty? Co tu robisz?
– Okazuje się, że ja też nie jestem.
Z uwagą się jej przyjrzał.
– Daj wódkę – powiedział krótko do barmanki, która ze zdziwieniem się w nich wpatrywała.
Usiedli do stolika.
– Znalazłaś coś? – zapytał o Sophie 6.
– Nie – zaprzeczyła. – Coś się dzieje?
– Bez zmian.
– Napijesz się dziś ze mną? – poprosiła.
Przytaknął i nalał kolejny kieliszek.
Przy Jacku nie musiała mówić, nie musiała słuchać. Po prostu sobie byli. On donosił i nalewał wódkę, ona płaciła rachunek.
Nie przyglądał się jej już, nie zadawał pytań. Mogła płakać, a on tylko podawał jej kolejną chusteczkę i żelki.
Nie pytała go o nic.
– Będę tu jutro – powiedział obojętnie, gdy się rozchodzili.
Podała mu klucz do pokoju, w którym uwielbiała nocować Anita.

W poniedziałek bolała ją jeszcze głowa, ale był to błogi ból.
Jacek obojętnie minął ją w holu, gdy szła do swojego gabinetu.
– Jak? – zapytał.
– Ten ból jest do przeżycia – powiedziała z sarkazmem i ruszyła dalej.
– Agata. – Usłyszała głos, który powinien być powietrzem, a teraz odbierał jej resztki ciepła.
Spojrzała na niego z wyrzutem.
– Możemy porozmawiać? – patrzył na nią z niepokojem.
– Chyba jesteś zajęty. – Ruchem brody wskazała na idącą w jego kierunku Sarę, obojętnie odwróciła się na pięcie i weszła do siebie.
Nie kontrolowała niczego. Położyła się na podłodze w gabinecie i cierpiała.

Kupiła sobie zapas alkoholu. Chciała upić się, zapomnieć.
– Wpuść mnie, Agata – usłyszała za drzwiami głos Jacka.
Patrzyła na niego zaskoczona. Usiadł na jej sofie bez pytania.
– Przyszedłem pooglądać swój telewizor – wyjaśnił, podając jej płytę z filmem.
– Skąd wiedziałeś? – zapytała z wyrzutem.
– Widziałem, jakie zapasy wynosisz z samochodu. Nie pozwolę, by szefowa mi się zupełnie stoczyła.
– Będziesz mnie pilnował? – zakpiła.
– Nie, będę oglądał telewizję. – Podał jej paczkę Haribo.
– Muszę się napić – powiedziała ze złością.
– Mamy od tego weekendy. – Włączył film.
– Co to za gówno?

– Sąsiedzi. – Położył nogi na stole i z pełnym zainteresowaniem zaczął oglądać kreskówkę

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz