niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 75 - Decyzja

Bała się tego balu, ponieważ bała się spotkania z jego rodziną. Owszem, z pozoru pałała wielkim entuzjazmem, jednak była to tylko kolejna maska. Musiała zagrać i przed swoją rodziną, by nikogo sobą nie niepokoić.
W drugi dzień świąt w domu jej brata pojawił się Antek z Hanią i jej braciszkiem, owocem wielkiej miłości matki. Hania była już blondynką, jej czar miał jeszcze większą moc.
Mały Józek jednym spojrzeniem skradł serce Agaty. Współczuła i zarazem zazdrościła wszystkim kobietom, którym przyjdzie z nim w przyszłości obcować.
– Jak święta? – zapytała Antka, gdy udało im się wreszcie wyrwać do ogrodu bez eskorty.
– Tęsknię za tobą – powiedział cicho.
– Wiem, ja też – wyznała prawdę.
– Może uda mi się jutro przyjechać – zapowiedział.
– Zobaczymy się w sylwestra. – Nie potrafiła do odrywać od domu, zmuszać do matactwa przy matce. Była kochanką i znała swoje miejsce. Nie mogła zabierać go od rodziny w takim czasie.
– Kocham cię – powiedział.
– Ja ciebie też – zapewniła.
– Nie wytrzymam do sylwestra – wyszeptał nerwowo, jakby zakładał, że mogą być obserwowani lub co gorsza, podsłuchiwani.
– Jakoś musisz – zaśmiała się, chcąc go przekonać, że jest silna i w związku z tym on też powinien wziąć się w garść. – Zadbałam o wszystko, mam nawet partnera na bal. – Chciała go rozbawić, pozbawić tę konwersację tonu zasadniczości.
– Kogo? – Zirytował się natychmiast.
– Idę z Jackiem – wyznała z dziewczęcą lekkością.
– Nie, nie możesz!– oburzył się.
– Antek – powiedziała poważnie – Jacek jest moim przyjacielem, idziemy jako para dla zasady – starała się go przekonać.
– Robisz mi na złość!
Rozpętała się prawdziwa burza. Antek był wściekły, syczał, że w takim razie on zostaje w domu, żeby na to nie patrzeć, że dziwi się jej, że po tym wszystkim w ogóle jeszcze z Jackiem rozmawia. Potrzebowała kilku długich chwil, by go przekonać. Z trudem, ale w końcu przystał na jej plan.

W dzień sylwestra Agatę ogarnęła trema tak wielka, że nie była w stanie wygłosić przemówienia, które miała od dawna zaplanowane i przećwiczone. Na balu były postacie z bajki, z prawdziwej Nibylandii. Przybyła Znajda, Wendy, kapitan Hak i dwóch z zaginionych chłopców, a także Hania, córka Piotrusia Pana. Pojawiła się też jej wierna drużyna – świat codzienności. Nie zabrakło też ludzi ze złego, plugawego podziemia, który był poniekąd również jej światem. Nie mogło zabraknąć też Zuzki, jej stałej części życia.
Z Jackiem czuła się bezpiecznie, chwilami nawet tak, jak w „Tunelu”. Bolek opijał swój sukces, związany z Protowiczem. Denerwował ją. Wciąż igrał z Antkiem, celowo próbując ją uwodzić. Nie chciała w to brnąć, uciekała, jak tylko mogła, jednak nie zawsze jej się udawało. Jak się okazało, Bolek szczególnie nachalny był w tańcu. Na szczęście z pomocą niespodziewanie przyszedł jej Jacek, zrobił odbijanego, wyswobadzając ją z uścisku Bolka i dając jej okazję do tańca z Antkiem.
– Dlaczego mi to robisz? – wyszeptał jej do ucha. – Dlaczego tak wyglądasz?
– Dla ciebie – zapewniła ukochanego.
– Nie musiałaś i tak jestem jak obłąkany – zapewnił udając, że nie rozmawiają o niczym poważnym.
Większość balu przetańczyła, wciąż ktoś ją prosił do tańca. Czuła się dumna, gdy zrobił to też jeden z braci Antka, do tej pory siedzący przy stoliku.
– Jestem Adam – przedstawił się.
– Agata – uśmiechnęła się, poddając się jego prowadzeniu.
– To bardzo miłe, że zaprosiłaś nas na bal – zagaił.
– Dla mnie to zaszczyt was gościć – wyznała z pełną kurtuazją nie mając pojęcia, jak powinna zachowywać się wobec duchownego. I choć ubrany był w garnitur, w którym wyglądał bardzo atrakcyjnie, czuła przed nim respekt.
– Palisz? – zapytał nagle.
– Zbyt dużo – zaśmiała się, idąc za nim w stronę tarasu.
– Jak przemówiłaś do Hanki? – zapytał, odpalając jej papierosa.
– Ja nie przemawiałam, ja z nią rozmawiałam – odpowiedziała zaciągając się papierosem.
– Każdy próbował. – Nie krył wdzięczności za uratowanie siostrzenicy.
– Ja miałam przewagę, mnie nie znała. – Nie traktowała tej sprawy jako poważnego wyczynu. Po prostu pomogła.
– Czy ty czasami masz poczucie, że dokonujesz czegoś znaczącego? – zapytał, patrząc na nią z powagą.
– Popełniam znaczące błędy, wtedy mam dokładnie takie poczucie – roześmiała się, nie chcąc odkrywać przed nim, co konkretnego ma na myśli.
– Każdy je popełnia. – Miał wielki dar usprawiedliwiania ludzkich błędów i zaczęła się zastanawiać, czy wobec wszystkich jest taki łaskawy.
– Ale nie każdy jest ich świadom, a ja niestety uzmysławiam je sobie wręcz nieprawdopodobnie – wyznała. – Czuję je zawsze – westchnęła. Niestety nie miała poczucia zapomnienia, którym mogłaby usprawiedliwić swoje poczynania. Świadomość dręczyła ją aż nadto.
– Ja też – wyznał.
– To co, może powinnam być zakonnicą? – zapytała z przekorą.
– Oj, byłabyś wielką próbą dla wielu – adorował ją. – Wierzysz w Boga? – zapytał zupełnie poważnie.
– Wierzę w sprawiedliwość absolutną. – Spojrzała mu w oczy. Były takie jak te, które zawładnęły jej światem.
– A w pokutę?
– Uważam, że jeżeli robimy coś świadomie, nie ma odpowiedniej pokuty, która mogłaby zmazać nasze winy. – Nie łudziła się, że jest jakikolwiek sposób, by mogła oczyścić swoje sumienie.
Adam tańczył z nią często, sprowadzając ich rozmowy na bardzo metafizyczne tematy. Nie miała nigdy styczności z tak otwartym księdzem, o niezwykłej tolerancji dla poglądów nie do końca zgodnych zapatrywaniami zarówno jego, jak i Kościoła. Był też bardzo przystojny i niezwykle ją intrygowało, co sprawiło, że obrał właśnie taką drogę.
– Nie czytałam nigdy Biblii – przyznała się. – A zachwyciłam się stekiem pierdół, chciałam być Wojownikiem Światła.
– Antek ci to dał? – domyślił się od razu. – Każdemu z nas te farmazony przyniosły pożytek – wyznał. – Nie ma znaczenia, jaką drogą zmierza się do bycia dobrym człowiekiem – zapewnił.
– A gdy dobro zdaje się błahe, niepraktyczne?
– To ciebie nie dotyczy, walczysz ze swoimi ułomnościami. – Pociągnął ją w kierunku parkietu.
– O nie, nie, nie! Ja z nimi nie walczę, ja je wręcz pielęgnuję – spowiadała się.
– Zatem piękne są te twoje ułomności – śmiał się, nie zdając sobie sprawy, jak znacząca jest dla Agaty ta konwersacja, którą ten zapewne odbierał jako droczenie się.
– Dałbyś mi rozgrzeszenie?
– Wiesz, że rozgrzeszenie to wielka przenośnia. Jeśli wyznajesz swoje ułomności i zadbasz, by ktoś ci je wybaczył, znaczy to, że dojrzałaś do tego, by uznać je za złe, więc możesz z nimi walczyć.
– Jesteś mądrym księdzem – powiedziała z największą szczerością, na jaką udało jej się zdobyć, chcąc go przekonać, że ta rozmowa nie jest dla niej tylko kurtuazyjną pogawędką.
– W twoich ustach jest to wielki komplement. – Przechylił ją w tańcu.
– Nie uwodzę księży – zapewniła.
– Uwodzisz – odparł szybko. – Uwodzisz każdego śmiertelnika, choć nie chcesz.
– Czy miałeś kiedyś wątpliwości w temacie drogi, którą obrałeś?
Adam natychmiast spoważniał. Zawahał się na moment, po czym wyprowadził ją na taras, w ustronne miejsce, z dala od gości.
– Każdy ma swoją pietę Achillesa – zdradził. – Ja też taką posiadam.
– Kobieta? – Od razu domyśliła się, że zgadła, widząc błysk w jego oczach.
– Moje śluby nabrały szczerości i prawdziwości dopiero po jej śmierci. – Stał wpatrzony w las. Nie przypominał już tamtego mężczyzny z parkietu. Na jego twarzy pojawił się grymas bólu.
– Nie musisz mi tego opowiadać – uprzedziła.
– Gdy powiedziałem rodzicom o wyborze mojej drogi życiowej, moja matka wzięła mnie na rozmowę. Jest niezwykłą kobietą, ale o tym zapewne już wiesz. Poprosiła mnie, bym przed podjęciem ostatecznej decyzji wstrzymał się na rok i podjął się zwykłej pracy, żył jak normalny, dwudziestokilkuletni mężczyzna. Posłuchałem jej i wyjechałem do stolicy, gdzie ponoć jest najwięcej pokus. Opierałem się im wszystkim, aż poznałem pewną kobietę, bardzo nieszczęśliwą mężatkę z małą córeczką. – Uśmiechnął się wzruszony, pogrążony we wspomnieniach. – Wtedy dowiedziałem się, co to znaczy kochać kobietę i być gotowym oddać za nią życie, za jej szczęście. Snuliśmy plany na przyszłość, mieliśmy być razem, ale w ostatniej chwili ona poddała się. Mieliśmy uciec w trójkę, ale ona w ostatniej chwili postanowiła zostać przy swoim mężu. Nie spotkała się ze mną więcej. Nie napisała listu. Jej szczęście było dla mnie sensem życia. Skoro tak zadecydowała, nie miałem prawa próbować odwodzić jej od tej decyzji. Wróciłem do Krakowa. Odczekałem sześć miesięcy, ale ona milczała. Złożyłem śluby, gdyż tylko ta jedna kobieta mogła mnie z wybranej drogi sprowadzić. Nigdy jej nie zapomniałem. I tak, pewnego dnia, czytając gazetę, dowiedziałem się o jej śmierci.
– Z gazety? – Agata domyśliła się, że wybranka księdza nie była kimś zupełnie anonimowym.
– Była żoną bardzo wpływowego człowieka – potwierdził jej domysły.
– I żyjesz z dziesiątkami niezadanych pytań wiedząc, że już nigdy nie uzyskasz na nie odpowiedzi! – Nie kryła zdumienia.
– To moja pokuta – pokiwał głową, z pokorą na to przystając. – Jesteś drugą osobą, której to wyznałem, która poznała moją skrywaną tajemnicę.
– Dlaczego mi o tym opowiedziałeś? – zapytała zaskoczona, gdyż nie czuła się ani mu bliska, ani też godna tego zwierzenia.
– Jesteś piękna i mądra, ona też taka była. – W jego głosie było tak wiele nostalgii i wzruszenia, tak ją tym ją poruszył, że przytuliła go z oddaniem.
– Chyba mam pomysł na kolejną opowieść. – Przerwała tę chwilę Gośka bezceremonialnie częstując się papierosem. – Piękna kobieta biznesu i ksiądz – powiedziała z przekorą.
– W takich opowieściach nie ma szczęśliwych zakończeń – stwierdził szybko Adam.
– Każda historia może mieć szczęśliwe zakończenie, jeżeli ja ją zapisuję. Jestem pisarką – wyjaśniła Agacie.
– Naprawdę? – Nie miała o tym pojęcia i tym większe było jej zdumienie.
– Pisarką! – roześmiał się Adam z przekąsem. – Pisze krótkie opowiadania o miłości, które kupuje się w kioskach. Każde dobrze się kończy – rzucił na odchodne.
– Piszesz „harlequiny”? – Agata zapytała wprost, nie postrzegając tego jako czegoś uwłaczającego.
– Osobiście nazywam to oszustwami na temat miłości. – Gośka odpowiedziała, jak ona postrzega swoje pisarstwo.
– Dlaczego oszustwami? – spytała zaintrygowana Agata.
– Bo nie wierzę w szczęśliwe zakończenia, żadnego w realnym życiu nie doznałam, jestem po trzecim rozwodzie – ujawniła bez emocji.
– Ja po pierwszym i nie mam zamiaru więcej ryzykować – otwierała się przed Znajdą, czując rodzącą się między nimi nić sympatii.
– Też się tak deklarowałam, ale jak się pojawiali kolejni panowie, łudziłam się – zdradziła z niezadowoleniem.
Rozmawiały o rozwodach, o mężczyznach, o podnoszeniu się z nicości. Znajda była bardzo otwarta nie tylko w wyrażaniu swoich uczuć, bez skrępowania ujawniała swoje słabości, ale miała też niezwykłą łatwość w nawiązywaniu relacji. Bez pruderii wprowadzała Agatę w swój świat pełen niepoprawnych związków.
– Wracamy na bal, moje panie. – Podszedł do nich Antek, widząc ich zaabsorbowanie w rozmowie. Podał rękę Agacie.
– No, pięknie. – Znajda popatrzyła z ukosa na ten gest. – Jeden porzuca sutannę, drugi partnera, a trzeci żonę i dzieci – pokręciła głową.
– Gośka udajesz, że nic nie widziałaś – dyskretnie pozbył się siostry.
Agata wtuliła się w Antka. Swojego Antka.
– Wracasz do domu? – zapytał o ich Nibylandię.
– Nie, śpię w hotelu – powiedziała ziewając ze zmęczenia.
– Trzeba podlać kwiaty – powiedział jej do ucha.
– Nie mamy kwiatów – zaśmiała się z niedorzecznych wymysłów kochanka.
– Chcę, byś rozpakowała swój prezent.
– Poczekam na ciebie. – Nie chciała przeżywać tego w samotności, choć nie kryła ciekawości, co dla niej przygotował. Pragnęła przeżyć to razem z nim, choć tyle mieć dla siebie, te znikomą chwilę, gdy obdarują się prezentami.
– Wiesz co? – spytał, patrząc jej w oczy.
– Wiem – odpowiedziała z największym przekonaniem.
To wszystko było abstrakcją, w której nie potrafiła się odnaleźć. Siostra Antka wraz z przyjaciółką z dzieciństwa zapraszały ją na ognisko, bracia również. Dorota i Hanka wręcz błagały, by się zgodziła. I choć wiedziała, że się na nim nie pojawi, zapewniała o swoim przybyciu następnego dnia.
Pożegnała się z nimi wszystkimi i zrezygnowana dała się zaciągnąć Jackowi na parkiet, zaznaczając, że tego wieczoru to jej ostatni taniec.
– Jesteś nienormalny – powiedziała ze śmiechem do Jacka, tańcząc do starego przeboju Rotary.
– Nie bardziej niż ty – zapewnił z przebiegłą miną, patrząc jej w oczy.
– Nic głupszego nie mogłeś wymyślić? – Nie rozumiała, dlaczego tak natrętnie próbuje zatrzymać ją na parkiecie w tańcu, na który naprawdę już nie miała siły.
– Robię wszystko, byś się śmiała – powiedział jej do ucha, po czym zaskoczył ją zupełnie, przekazując ją Antkowi.
– Co tu jeszcze robisz?
– Zabieram cię do domu – wyszeptał jej do ucha Antek.
Zupełnie nie rozumiała tego wszystkiego, co się działo wokół niej. W jej głowie pojawiła się absurdalna myśl, biorąc pod uwagę stan, w jakim była oraz pragnienie, które chciałaby zaspokoić. Przebłyskiem logiki świadomość bezlitośnie dawała jej znać, że jednak nie powinno tak być.
– Ja się nimi zajmę – Jacek porozumiewawczo wskazał na Zbyszka z partnerem, Raka i Wiatra.
– Jak? – Zagubiona patrzyła na przyjaciela, nie odnajdując się w sytuacji.
– Jedź – rozkazał wskazując na Antka.
– Do której mamy czas? – ten wprost zapytał chłopaka.
– Bądźcie o dziesiątej. – Poklepał ją krzepiąco po plecach.
– Jacek, dziękuję – pocałowała go w policzek, jednak nie potrafiła mu spojrzeć w oczy. Choć była świadoma tego, że zarówno Piskorz, jak też Jokiel wiedzą o jej romansie, to nagle w jej głowie natrętnie kołatało się pytanie, co takiego sprawiło, że Jacek okazuje jej tak wielką lojalność? Dlaczego wspiera ją, a nie Dorotę, która bardziej na to zasługuje, którą bardziej szanuje, która jest ofiarą w tej sytuacji. Tyle, że to nie był czas na zadawanie pytań, na poddawanie się rozterkom.
I nagle wszelki hamletyzm z niej uszedł. Taksówkarz wjechał w las i nie było rozterek, nie było innego świata. Była w Nibylandii, tylko z nim.
Gitarę postawiła w sypialni.
– Jesteś wariatką! – Wziął instrument do ręki z niedowierzaniem, a ona ze wzruszeniem napawała się tym doznaniem, tą pewnością, jak trafnie wybrała prezent.
Przyciągnął ją do siebie.
– Skąd wiedziałaś? – Pocałował ją, podając swój podarunek zapakowany w ciemnoczerwony papier.
Rozdarła go. Wyciągnęła małe, tekturowe opakowanie. Wyjął paczuszkę z jej rąk.
–„Pamiętaj – bardziej się nie da.” – Odczytał uroczyście napis umieszczony na bransoletce z białego złota i założył jej na rękę. Pasowała idealnie.
– Jest piękna – powiedziała ze wzruszeniem.
– Chcę, byś jutro przyjechała – powiedział, rozpinając jej sukienkę.
– Nie, Antek, jest twoja mama – mówiła, coraz bardziej poddając się jego dotykowi.
– Chcę, by wreszcie mnie zrozumiała – kontynuował delikatnie kładąc ją na materac.

Agata nie wierzyła, że dała się na to wszystko namówić. Jechała w samochodzie z Robertem, Ulką, ich synami i Jackiem do domu Zacharewiczów.
– Dzięki – powiedziała do przyjaciela cicho, ściskając go za rękę.
W drugim samochodzie, za nimi podążali Zuza z Karolem i dziećmi.
Kolejnym - Antek z bratem i Piotrkiem.
Na podwórku płonęło ognisko. Agata wspierając się o ramię Jacka wysiadła z samochodu. Z radością i wielką ulgą założyła okulary widząc jaskrawe smugi słońca, odbijające się od śniegu.
Barbarę Zacharewicz rozpoznała bez problemu, tym bardziej, że ta zdawała się szukać jej wzrokiem od samego ich przybycia. Czuła moc jej spojrzenia, jednak próbowała z nim walczyć, kurczowo trzymając się Jacka.
– Nie zachowuj się jak psychopatka – powiedział do niej cicho.
Witała się ze wszystkimi, jak nigdy przyjmując wytrwale wszelkie podziękowania i zachwyty nad organizacją balu, byle tylko odwlec chwilę, gdy będzie zmuszona przywitać się z matką Antka. Choć udawała zaangażowaną w rozmowy, zawsze wiedziała, gdzie jest Barbara Zacharewicz. Czuła, że jest przez nią obserwowana, niemal kontrolowana. Nikt nie pomyślał, by je sobie przedstawić i choć w innych okolicznościach sama przywitałaby się ze starszą od siebie kobietą, to tym razem zdecydowanie wolała tkwić w tej niezręczności i wciąż odwlekała chwilę konfrontacji.
Ognisko toczyło się w najlepsze. Robert wziął ją do pary w zawodach, jakie wymyśliła Zuza.
Zabawa polegała na biegu z przeszkodami i wypełnianiu zadań. Agata rzuciła się radośnie w ramiona brata, gdy wygrali konkurs.
– Górscy górą! – krzyczała Ulka biegnąc do nich.
Agata czuła nową energię i siłę, jaką dawała jej rodzina, brat.
– Oszukiwałaś! – zarzucił jej Antek.
– Spadaj – odpowiedziała, rzucając w niego śnieżką, którą miała przygotowaną na bratanka. Przetrzymał jej spojrzenie, zapewniając ją tym, że wszystko jest dobrze, jednak ona nie potrafiła tak tego odbierać.
Było ognisko, kiełbaski, kulig. Wciąż czuła spojrzenia matki Antka.
Piotrek wziął gitarę i próbował zagrać coś przy ognisku, ale instrument wciąż się rozstrajał.
– Idziemy do środka – zarządził Adam.
W salonie było zbyt ciasno, by wszystkich pomieścić. Dzieci siedziały na podłodze, jednak nikomu nie chciało się wracać na zewnątrz. Piotrek zagrał Stachurę. Piosenkę, która uświetniała każdy wieczór w Krakowie. „Z nim będziesz szczęśliwsza...”
Agata z lekkim rozmarzeniem spojrzała na Antka. Patrzył na nią. Choć czuła na sobie wzrok jego matki, nie potrafiła sobie odmówić tej chwili, która należała tylko do nich.
Adam uparł się, by zrobić poprawiny sylwestra. Zaczął puszczać muzykę i namawiał wszystkich do tańca.
Agata usiadła na schodach przy Hani i wzięła z jej rąk Józka, który pomału zasypiał.
Malec wtulił się w nią, próbując wsadzić maleńką rączkę pod jej bluzkę.
– Długo był na piersi – usłyszała z góry ciepły, kobiecy głos.
Przy niej stała matka Antka głaszcząc wnuka po głowie.
– Nie miałyśmy okazji wcześniej się poznać. – Opierała się swobodnie o barierkę. – Barbara Zacharewicz. – Patrzyła na nią przyjaźnie.
– Agata. – Uśmiechnęła się nieśmiało. - Zimmer.
Hania odeszła, pozwalając babce usiąść przy Agacie.
– To mój jedyny wnuk – wyznała, czule patrząc na śpiące dziecko.
Agata nie wyczuwała uprzedzenia, wrogości, ani złości od kobiety. Miała wręcz odczucie, że matka Antka ją akceptuje, co wydawało się jej lekką niedorzecznością.
– Skradł mi serce – powiedziała, delikatnie poprawiając Józkowi główkę.
– Chyba nie tylko on – stwierdziła ze spokojem Barbara.
Agata milczała. Jedyne, czego nie chciała, to okłamywać jego matki, która zdawała się i tak wszystko wiedzieć. Cokolwiek by teraz nie powiedziała, nie było potrzebne. Matka Antka o wszystkim wiedziała.
– Mam ich siedmioro, w zasadzie ośmioro i nawet Gośka nie jest w stanie mnie oszukać – powiedziała delikatnie głaszcząc ją po ramieniu. – Jestem ich udręką, ich sumieniem, ich prawdą.
Agata spuściła głowę, nie mogąc udźwignąć mocy jej spojrzenia.
– Zastanawiałam się długo, jaka jesteś – mówiła cicho. – Nie potrafiłam sobie wyobrazić kobiety, w której zakochują się moje dzieci w kolejności, w jakiej ją poznają. Jesteś w tym trochę podobna do matki Hanki, moja córka też rozkochiwała w sobie wszystkich, ale ty jesteś mądrzejsza, rozważniejsza.
Agata spojrzała na nią zaskoczona.
– Tak, dziecko. – Pogłaskała ją po włosach. – Nie żyję za moje pociechy, pozwalam im popełniać błędy, samodzielnie kierować życiem, zawsze z pokorą przyjmuję ich decyzje. To, że coś się dzieje, widziałam chyba od początku, w zeszłoroczne święta nabrałam pewności. On mnie nawet nie próbuje oszukać. – Uśmiechnęła się ze smutkiem. – Matka Hanki bardziej się starała, próbowała być przebiegła, ale to na nic się zdało.
Agata z przejęciem spojrzała na salon, na Dorotę - śmiejącą się, opierającą się przyjaźnie o Ulkę. Była taka radosna, rozpromieniona, naprawdę szczęśliwa.
– Czuję, że nie zdecydowałaś jeszcze, która z was ma być szczęśliwa – powiedziała z głęboką mądrością i spokojem Barbara.
– Zdecydowałam – powiedziała z bólem, patrząc w oczy Barbary Zacharewicz, która wpatrywała się w nią zaskoczona.
Agata wstała i zaniosła Józka do sypialni Eli. Pogłaskała czarną główkę chłopca.
– Jesteś piękny – powiedziała cicho, z trudem powstrzymując łzy. Nie mogła płakać, nie mogła dać po sobie niczego poznać.
Na dole było bardzo głośno. Muzyka, śmiech, gwar. Przymknęła drzwi, by to wszystko nie obudziło Józka. Zeszła do świata, który nie należał do niej. Nie mogła być jego częścią.
– Wracamy? – Podszedł do niej zaniepokojony Jacek.
– Nie. – Udała, że nad wszystkim panuje, z trudem poprawiając swoją maskę.
– Mogę? – Antek pociągnął ją do tańca. – Czy on kiedyś cię zostawi? – powiedział z lekkim wyrzutem patrząc na Jacka.
– Ej, przestań – roześmiała się.
– Jak było? – zapytał ją z obawą o rozmowę z matką.
– Twoja mama to bardzo mądra kobieta – zapewniła z pełnym przekonaniem.
– To samo powiedziała o tobie. – Przytulił ją. – Zobaczysz, będzie dobrze.

Obróciła się lekko w tańcu. Musiała być swobodna i szczęśliwa, musiała zachwycać, musiała zwyciężyć. Tylko tak jej wierzył, tylko tak nie rozpoznawał bólu pożegnania. Na schodach podjęła ostateczną decyzję. I choć nie była w stanie się z nim rozstać, wiedziała, że ten dzień się zbliża. Ten dzień przyjdzie na pewno.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz