niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 83 - Ku nicości

Gdy wszyscy wyjechali, mogła wreszcie zdjąć na dobre swoją maskę, która coraz bardziej ją uwierała. Siedziała na balkonie mieszkania w Nibylandii z papierosem, lampką wina i bezmyślnie gapiła się na las. Telefon wciąż dzwonił, ale nie miała ochoty z nikim rozmawiać, udawać, że jest jej dobrze, że jest szczęśliwa. Aktorska pogoda ducha zdecydowanie nie była na ten wieczór.
Po rozmowie z Dorotą wiedziała, że tak dalej się już nie da, że musi odejść ze świata magii. I choć nie wyobrażała sobie, jak miałaby to zrobić, jak do tego się zabrać i czy to przeżyje, musiała spróbować i, co najważniejsze, musiało się jej udać.
Wykonała telefon do Erica, umawiając się z nim na spotkanie, co było pierwszym krokiem do zamierzonego celu. Jackowi ten pomysł nie podobał się zupełnie. Ulka zaś była zachwycona. Nikt więcej o nim nie wiedział.
Zaplanowały, że zabiorą ojca Agaty na Festiwal Piosenki Rosyjskiej do Zielonej Góry. Co ją bardzo zaskoczyło, matce spodobał się ten pomysł i bez przeszkód mogli wyjechać.
– Ericu, jestem w Zielonej Górze – powiedziała do telefonu, gdy byli już na miejscu i zakwaterowali się w hotelu.
Zimmer podał jej adres domu, w którym mieszkał z Różą i umówili się, że spotkają się właśnie tam. Nie do końca podobał się jej ten pomysł, ale potraktowała to jak kolejne wyzwanie, wiedząc, że musi takie teraz podejmować, bo tak naprawdę są one niczym w porównaniu z tym, co jeszcze przed nią.

Agata z uwagą wyszukiwała domu z numerem cztery na osiedlu poniemieckich domków.
Spojrzała w lusterko.
– No, Agata, postaraj się – mówiła do siebie nakładając maskę.
Nie podobał jej się ten dom. Wcześniej bała się konfrontacji swoich cichych marzeń, jakie snuła, będąc z Erickiem, z tym, jakie życie on teraz wiedzie. Jednak ten budynek wywoływał w niej odrazę i nie miało to żadnego związku z tym, że należał do Róży. Biły od tego domu smutek i przygnębienie, w niczym nie przypominał tego z jej marzeń.
Podeszła do furtki i pewnie nacisnęła dzwonek.
– Nareszcie! – Eric szedł swobodnie w jej kierunku. – Zapraszam do cyrku. – Pocałował ją w policzek.
Uśmiechnęła się, widząc na nowo Erica w dobrej formie. Niczym nie przypominał człowieka, którego zostawiała kilka miesięcy wcześniej na parkingu we Wrocławiu. Tak, jakby dojrzałość, którą wówczas wykazywał, ulotniła się zupełnie. Miała przed sobą tego samego szaleńca, u boku którego przeżyła długie lata. Nawet poczuła ulgę, że swoim zachowaniem, postawą, nie wywoła w niej zadumy, w jaką ją wprowadził przy ostatnim spotkaniu.
– Gdzie Ozzy? – rozglądała się niecierpliwie, chcąc przywitać się z czworonożnym przyjacielem.
– Już go wypuszczam. – Otworzył drzwi, po czym z domu wybiegł wielki, biały pies, z radością skacząc na Agatę.
– Cześć, kochanie! – Całowała psa. – Pamiętasz mnie... – mówiła wzruszona widząc, jak silny ogon psa mocno i radośnie uderza o jej nogi.
– On źle słyszy – podszedł do psa i odciągnął go od Agaty.
– Jak to: źle słyszy?
– Głuchnie – westchnął. – Niestety, nic nie wyszło z moich wielkich planów. – Delikatnie złapał Agatę za włosy i je powąchał.
– Biedactwo – z przejęciem przytuliła ponownie psa, nie reagując na gest Erica.
– Zapraszam. – Otworzył przed nią drzwi.
– Dzień dobry. – Agata z zaskoczeniem ukłoniła się dwójce starszych ludzi, z uwagą się jej przyglądającym.
– Dzień dobry – odpowiedzieli z wymuszoną grzecznością.
– To teściowie – powiedział głośno, z kpiną w głosie, pewny tego, że i tak nie rozumieją szwedzkiego.


Agata zastanawiała się, jak Eric odnajduje się w niewielkim domu dzielonym z rodzicami Róży. Nie było tam żadnych luksusów ani ekstrawagancji, które tak uwielbiał. Z ciekawością przyglądała się niewielkim pomieszczeniom, zachodząc w głowę, gdzie Eric umieścił swoją garderobę wraz z kolekcją drogich garniturów. W ich apartamencie było osobne pomieszczenie na same buty, prawie tak wielkie, jak sama sypialnia. Nigdzie też nie widziała wystawy zegarków, które z obsesją zbierał.
W salonie na górze, w głębokim fotelu, siedziała Róża to z pogardą mierząc wzrokiem Agatę, to wymownie spoglądając na koleżankę, która przy niej siedziała.
– Dzień dobry – Agata przywitała się chłodno. Nie przyjechała silić się na uprzejmości, tym bardziej, że od Róży nic nie zależało. Tak naprawdę coraz bardziej uświadamiała sobie, że to Ericowi bardziej zależało na ich współpracy, niż jej samej. Dla Agaty była to bezpieczna ucieczka i choć tak naprawdę tego nie chciała, było to najrozsądniejsze rozwiązanie.
– Zapraszam. – Eric otworzył niewielki pokój, w którym był komputer, regał z książkami i nieprzyjemny zapach.
– Jak ty tu wytrzymujesz? – Agata nie ukrywała swoich rozterek, spoglądając wymownie na Erica.
– Traktuję to jak zdobywanie kolejnych sprawności, jestem skautem – zaśmiał się z pogardą.
– Przestań! – oburzyła się, ścierając kurz z biurka i układając dokumenty. Nie wyobrażała sobie, by mogli w takim bałaganie prowadzić jakiekolwiek negocjacje. Na koniec otworzyła szeroko okno, by wpuścić świeże powietrze i dopiero wtedy usiadła naprzeciw byłego męża.
– Jedyna pani Zimmer. – Patrzył na nią z zachwytem.
Rozmawiali długo. Ustalali szczegóły odnośnie ich współpracy, warunków i dat. Nowy hotel miał powstać w centrum Poznania, na gruzach jednego z upadających. Eric planował przenieść się tam na początku stycznia. Agata wiedziała, że to i tak za późno. Była gotowa wyruszyć już. Uciec do bólu rozstania, do agonalnej męczarni. W głowie miała ułożony plan, który właśnie musiała zmodyfikować.
Eric był zachwycony zbliżającą się współpracą. Agata z trudem przełykała ślinę, starając się nie myśleć, czym ta współpraca była naprawdę. To wszystko było nicością.
Usłyszała płacz dziecka.
– Chodź.– Podniósł się. – Poznasz Erica Juniora.
– Erica? – zaśmiała się.
Przeszli przez salon i weszli do małego pokoiku. Róża ze złością podała Ericowi syna i wyszła. Eric włożył go na nowo do łóżeczka. Malec wstał trzymając się z barierki i przyglądał się Agacie.
– Cześć – ukucnęła, wpatrując się w rudowłosego chłopca o jasnej skórze, zielonych oczach i zabawnym uśmiechu, który zdobiły cztery białe ząbki.
– Co, niezły? – Eric zapytał dumnie.
– Jest bardzo podobny do ciebie – spojrzała na Erica, nie kryjąc poruszenia. Chłopiec wciąż się uśmiechał. Pogłaskała go po włosach, a on ochoczo wyciągnął do niej ręce. Wyjęła go z łóżeczka i mocno przytuliła. Był rozkoszny.
– To jest Kicia – Eric zaczął mówić łagodnie do syna. – To o niej opowiadam ci bajki na dobranoc. Gdy mówię o pięknej księżniczce, o najpiękniejszej syrenie, o królowej motyli to tak ją sobie wyobrażaj. Jak widzisz, jest zjawiskowa i zapamiętaj, synu, że jak uda ci się taki skarb wreszcie odnaleźć, nie pozwól, by ktoś cię omamił, ktoś odciągnął cię, bo brzydkie kobiety są złe.
Siedzieli w salonie. Agata ignorowała Różę i jej koleżankę. Eric wciąż rozmawiał z nią po szwedzku, nie chcąc, by ktokolwiek rozumiał sens wypowiadanych słów.
– Może czas zacząć się komunikować w języku angielskim, kochanie? – Róża spojrzała ze złością na Erica.
– Zdaje się… – Rozciągnął leniwie ramiona, mówiąc po angielsku. – Kicia, może pomożesz mi wybrać garnitur, jutro idziemy na jakiś uroczysty obiad, a nikt nie potrafi tak jak ty dobrać mi idealnego stroju – był nad wyraz złośliwy.
– Jasne. – Wstała ochoczo, nie widząc powodu, by nie uczestniczyć w jego zabawie.
Nie mogła uwierzyć, że Eric wyremontował w budynku naprzeciw poddasze tylko po to, by jego garnitury, buty i zegarki mogły tam zamieszkać. Im bardziej były mąż rozśmieszał ją swoim zachowaniem, tym bardziej tęskniła za Antkiem. Za jego brakiem ekscentryczności, pychy. Tęskniła za jego prawdą. Nie odnajdowała się w swoim dawnym życiu, pragnęła swojej dzisiejszej ułudy. I choć lubiła Erica, wręcz uwielbiała jego osobliwą ekscentryczność, to zdecydowanie wolała być obserwatorem, a nie uczestnikiem jego wyrafinowanych dziwactw.


Po powrocie do Nibylandii czuła się jak w sanktuarium. Z natchnieniem dotykała każdego przedmiotu, jaki się tam znajdował. Wyciągnęła z szafy bluzę Antka, włączyła koncert, z trudem oddychała. Cierpiała już teraz, po kilku dniach rozłąki, a prawdziwe rozstanie było dopiero przed nią.
Raptem jej komórka zaczęła wibrować. Ze zdziwieniem odebrała tajemnicze połączenie. W słuchawce usłyszała Zuzę, a potem głos, za którym tak bardzo tęskniła.
Nie potrafiła usnąć. Przekładała się z boku na bok, pragnąc pamiętać tę rozmowę, jego ton, rozbawienie i droczenie się. Tęskniła tak bardzo, tak bardzo kochała, niestety odznaczyła już datę w umyśle i sercu. Zbliżała się ona z każdym oddechem. Cokolwiek miała oznaczać, musiała nadejść.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz