niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 85 - Czas

Oszukanie kogoś, kogo się kocha, jak się okazało, nie stanowiło problemu. Udawała, że nic nie wywoływało w niej bólu. Jego mocny sen, swobodnie rozrzucone ramiona. Wyślizgnęła się delikatnie z jego uścisku i wyszła na taras zapalić papierosa. Patrzyła w przepaść, w nicość. Jak miała sama przez to wszystko przejść? Dokonać rzeczy niemożliwej?
– Agata! – Wciągnął ją do mieszkania, zsuwając z niej szlafrok. – Nie będzie już więcej eksperymentów. – Całował ją zapamiętale.
– Nie rozumiem? – Patrzyła na niego pytająco, choć doskonale wiedziała, do czego on nawiązuje.
– Nie zamierzam już rozstawać się z tobą, zamierzam powiedzieć o nas Dorocie – mówił, patrząc jej w oczy.
– Chyba zwariowałeś! – Odsunęła się od niego z przerażeniem, przecząco kręcąc głową.
– Dorota to zrozumie – próbował ją przekonać do swojego pomysłu, choć było absurdem, że mogłaby się na to zgodzić.
– Nie! – krzyknęła w panice. – Nie możesz. Obiecałeś! – Jej głos drżał z przerażenia, że on o tym mówi i myśli poważnie.
– Kocham ciebie. – Przytrzymał ją za ramiona. – Ciebie! Rozumiesz? Nie ją. Nie mam ochoty już dłużej udawać, ani tym bardziej rozstawać się z tobą.
– Nie! – Próbowała się wydostać z jego uścisku. – Zabraniam ci! – rozkazała.
– Przemyślałem to – próbował do niej przemówić, ale ona nie mogła na to pozwolić.
– Nie! – Wyrwała mu się, po czym zamknęła się w łazience.
Słyszała, jak zdenerwowany chodzi po mieszkaniu, przebiera się, zakłada buty. Gdy trzasnęły drzwi, wyszła z łazienki.
Spojrzała przez okno. Ubrany w sportowy strój biegł w kierunku lasu.
Zdenerwowana chodziła po mieszkaniu, żałując, że jest tak małe. Nerwowo zaciągała się papierosem. Próbowała zapanować nad swoimi emocjami, narastającym strachem i paniką. Wyczekiwała go, wciąż patrząc przez okno, ale on nie wracał. Przebrała się w dres i ruszyła za nim. To było jedyne wyjście, przekonać go, zmusić do wytrwania.
– Ładna pogoda – zagadnęła, gdy spotkała go na drodze, pomimo że zaczynał padać deszcz.
– Ładna to jest pani. – Był już spokojniejszy. – Umówi się pani ze mną? – Oparł się o drzewo, przekornie uśmiechając się do niej.
– Mam chłopaka. – Poczuła ulgę, że on zaczyna się z nią droczyć.
– To pewnie frajer, nich go pani zostawi. – Patrzył na nią przepraszająco.
– Nie potrafię. – Podeszła do niego bliżej, delikatnie smagając dłonią jego twarz.
– Dlaczego? – zapytał, przyciskając ją do siebie.
– Bo kocham go tak bardzo, że bardziej się nie da – wyznała drżącym głosem.
Kochali się w lesie. Padał deszcz, ale w ich świecie go nie było. Bo ich Nibylandia była tak bardzo idealna, tak bardzo ułudna, że pomimo burzy dla nich świeciło słońce.


Każdego dnia z trudem patrzyła w kalendarz. Każdy dzień przybliżał ją do chwili, gdy nie będzie powietrza.
Każde jego nagłe nie pojawienie się i zniknięcie z Nibylandii znosiła coraz gorzej, z większym trudem udawała zrozumienie, a dodatkowo męczyła ją świadomość, że właśnie teraz musi być bardziej wyrozumiała, silniejsza.
Chcąc go zaskoczyć, pod bacznym okiem Julii zrobiła kopytka. Stół był już nakryty, gdy zadzwoniła komórka. Właśnie ta, która swoim dźwiękiem wywoływała przyspieszony oddech.
– No cześć? – odebrała.
– Nie dam rady. Kasia jest chora, musimy jechać z nią do lekarza – powiedział szybko, rozłączając się.
Miała ochotę ze złości wyrzucić te cholerne kopytka przez okno. Była zła na cały świat. Ze wstydem odkryła, że jest wściekła nawet na chorą Kasię. Dlaczego teraz, kiedy każdy dzień był rozstaniem, kiedy każda chwila była bezcenna, odbierano jej te ostatnie momenty?

– Macie ochotę na kopytka? – Stała zrezygnowana w progu mieszkania sąsiadów.
– A co, Antka nie będzie na kolacji? – Dawid odjechał, pozwalając jej wejść do mieszkania.
– Taka praca. – Wzruszyła ramionami, siadając przy stole.
Obserwowanie rozpromienionej Juli, której kariera niespodziewanie nabrała rozmachu, było niezwykłym wytchnieniem i wielką radością. Choć miała świadomość, że swoją interwencją u Bolka pomogła dziewczynie, jednak cały szum, jaki nagle wystąpił wokół Julii, był już zasługą wyłącznie jej niepodważalnego talentu.
– W październiku gramy takie niszowe przedstawienie – mówiła z przejęciem Julia. – „Na zakręcie”.
– Co to? – Agata od razu rozpoznała ten błysk w oczach sąsiadki, który jasno znamionował, że to przedstawienie teatralne.
– Pomysł tego producenta od serialu – mówiąc to przewróciła oczyma, jednak nie kryła się z tym, że Jokiel obecnie nie jest przez nią postrzegany tak, jak na początku. – Romans dwójki ludzi, w którym przeplatają się teksty Osieckiej i piosenek Disco Polo.
– Co? – Agata śmiała się wiedząc, że w coś takiego mógł zainwestować swoje pieniądze tylko Bolek.
– Załatwię wam zaproszenia – zapewniła Julia.


Agata każdej samotnej nocy płakała z bólu, z tęsknoty. Dni mijały zbyt szybko, czas zdecydowanie przyspieszył i choć nie potrafiła się z tym pogodzić, musiała się temu poddać.
Eric często dzwonił z przeróżnymi pytaniami, najczęściej dotyczącymi kompletowania garnituru z butami. Śmiała się, bo tylko tyle mogła zrobić. Nigdy nie przypuszczała, że jej wielka miłość przerodzi się w groteskę. Jednak w duchu dziękowała mu za to, że jako jedyny, w tym niezwykle trudnym dla niej okresie, potrafi ją rozbawić.
Pielęgnowała każdą chwilę spędzoną z Antkiem. Walczyła, by zapamiętać jego najmniejszy gest, słowo. Wpatrywała się w niego, gdy spał. Całowała, gdy tylko mogła.
Z przerażeniem wyglądała przez okno, widziała spadające liście i wiedziała, że nie będzie jej dane obserwować, jak na nowo się odrodzą następnego roku.
– Dlaczego nie powiedziałaś mi nic o spektaklu? – Antek przyglądał się jej z uwagą.
Odwróciła się do niego.
– W sobotę macie rocznicę ślubu – powiedziała oczywistym tonem, na nowo zajmując się przygotowywaniem kolacji.
– Agata! – odparł z pretensją.
– Dorota o tym pamięta, ty też powinieneś się postarać. – Spojrzała mu stanowczo w oczy.
– Przestań – przyciągnął ją do siebie – nie będę niczego udawał.
– Będziesz. – Spojrzała na niego z powagą. – Tylko tak możemy być razem. – Musiała kłaść wszystko na jedną szalę.
– Nie, Agata, musimy zakończyć ten cyrk. – Oponował niestety coraz częściej.
– Nie sądzisz chyba, że kiedykolwiek ci na to pozwolę? – Próbowała obrócić jego słowa w żart, siląc się na lekki, wręcz ignorancki ton.
– Ja już nie potrafię udawać – mówił z przejmującą powagą.
– Musisz, kochanie. – Pocałowała go. – One ciebie bardzo potrzebują – zapewniła go z dziewczęcym uśmiechem, uciekając się do najbardziej drastycznych argumentów. Niestety, coraz częściej musiała je stosować i brutalnie uświadamiać Antkowi, że rozstanie z Dorotą oznaczało tym samym odejście od córek. To jeszcze na niego działało.
– A ty? – zapytał, poddając się jej argumentom.
– Ja mam ciebie i dzięki temu jestem silna. – Pocałowała go w policzek, niewinnie się uśmiechając.
Silna była tylko dzięki Dorocie, tylko ona wywoływała w niej determinację tak wielką i nieodwołalną. Ze smutkiem obserwowała ją na porannych zebraniach, kiedy ta próbowała udawać, że nic ją nie martwi, że wszystko jest takim, jak być powinno. Agata nie nabierała się na jej mało przekonujące gesty, sztuczne uśmiechy. Dorota nie potrafiła nosić maski, nie potrafiła z taką wprawą oszukiwać i grać. Traciła dopiero zdobytą pewność siebie, na nowo przestawała wierzyć w swoje umiejętności. Zamykała się powoli. Chowała w domu. Agata widziała w niej przerażenie i strach.
– Co, dalej uważasz, że to wszystko jest moim chorym wymysłem? – zapytała Jacka po naradzie, na której Dorota siedziała wpatrzona w kartkę i nic na niej nie notowała, a po skończonym spotkaniu zapukała nieśmiało do gabinetu Agaty z prośbą, by jej powtórzyć najważniejsze punkty, którymi miałaby się zająć.
Jacek nic nie odpowiedział, nerwowo uderzając w klawisze komputera.
Z trudem udało się jej namówić Dorotę na zakupy. Dziewczyna bardzo się temu pomysłowi opierała, jednak będąc zbyt słabą w negocjacjach w końcu uległa. Agata chciała, by na kolacji z mężem wyglądała pięknie. Zmusiła Antka, by zarezerwował stolik we włoskiej restauracji, by postarał się, by ten wieczór był dla Doroty naprawdę wyjątkowy.
– Ty będziesz bawić się na spektaklu, a ja będę udawał, że jestem przykładnym mężem. – Chodził zdenerwowany po mieszkaniu, wyrzucając z siebie frustracje.
– Widzisz, każdy z nas będzie w teatrze – obróciła to w żart.
– Będzie Bolek? – zapytał pełen uprzedzeń.
– Raczej tak. – Obojętnie patrzyła przez okno, siedząc na blacie w kuchni.
– Super – zakpił.
– Chyba nie jesteś zazdrosny o Bolka? – spytała szczerze rozbawiona.
Spojrzał na nią z wyrzutem.
– Nie, bo niby dlaczego miałbym być? – powiedział z wyrzutem.
– Przecież wiesz, że on się tylko zgrywa. – Roześmiała się, przypominając sobie pełne nieudolnej adoracji zachowania Bolka względem niej. To było zabawne i nie rozumiała, dlaczego Antka tak to wzburza, dlaczego głupie prowokacje Bolka traktuje poważnie, dając mu tym samym niebywałą satysfakcję.
W radio nadawano właśnie piosenkę Rynkowskiego pod tytułem „Czas”. Utożsamiała swoje aktualne życie z każdym słowem, wyśpiewanym przez piosenkarza.
– Zatańcz ze mną! – Zeskoczyła z blatu.
– Tu? – Nie krył swojego zaskoczenia.
– Tak! – Wtuliła się w niego z obsesją.
„Czas, to jest wszystko, co masz”. Tego już nie miała. „Chudy sknera bez duszy” bezlitośnie otrząsał liście z drzew.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz