niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 87 - Teatr

Z trudem ochłonęła po nieoczekiwanym spotkaniu z Julią. Tak niewiele brakowało, by cała zbrodnia, jakiej się dopuścili, została odkryta. Bolało to szczególnie teraz, gdy już miała wszystko zakończyć. Pierwszy raz cieszyła się, że nie ma przy niej Antka, że jest sama w Nibylandii. Nie chciała, by widział ją w takim stanie. Przez całą noc zrywała się, przerażona scenariuszami podsuwanymi przez rozgorączkowany umysł.
Rano zadzwoniła do Julii i przeprosiła za swoje zachowanie, tłumacząc też, że na spektakl przyjdzie sama.
W teatrze było tłoczno. Z daleka dostrzegła Bolka, stojącego wśród młodych dziewczyn, w tym Julii. Wymienili szybkie spojrzenia, nie pozwalając nikomu rozpoznać, że się znają.
– Agata! – Julia podbiegła do niej uradowana jej obecnością.
– Cześć! – Uścisnęła koleżankę.
– Chodź, poznam cię z moim szefem. – Pociągnęła ją w kierunku Bolka, który z nonszalanckim uśmiechem ukłonił się lekko Agacie.
– Bonifacy Jokiel – przedstawił się, szarmancko całując ją w rękę.
– Agata – odpowiedziała obojętnie, czując jak wzbiera w niej złość, jakiej nie mogła okazać, wywołana zuchwałym i prowokującym zachowaniem zgrywającego się kolegi.
– Bez nazwiska? – zapytał uwodzicielskim tonem.
– Ma męża – Julia objęła ją, widząc zainteresowanie, jakie okazywał Bolek.
– Nie widzę obrączki. – Wymownie spojrzał na dłoń Agaty.
– Szefie – Julia próbowała wesprzeć Agatę – osobiście znam męża i powiem, że on obrączkę nosi.
– A gdzie dziś podziewa się szanowny małżonek z obrączką? – drwił sobie, na szczęście wiedziała o tym tylko Agata.
– Pracuje – odpowiedziała ta oschle.
– Czy w takim razie mogę się panią zaopiekować? – Nadstawił ramię. Agata spojrzała na niego z ironią, jednak po chwili skorzystała z zaproszenia, wsparła się na nim i ruszyli w kierunku schodów.
– Podły jesteś – powiedziała cicho pełna złości, gdy była pewna, że już nikt ich nie usłyszy.
– Oj, aniele, więcej dystansu – Bolek bawił się w najlepsze.
– Wal się – rzuciła oschle, po czym uroczo uśmiechnęła się do niego.
Roześmiał się głośno, wzbudzając tym żywe zainteresowanie gości, którzy i bez tego wciąż spoglądali na niego z ciekawością.
Agata zapomniała o istnieniu Bolka po pierwszych słowach, jakie padły ze sceny. Z przejęciem oglądała romans dwójki ludzi, okraszony muzyką i wyznaniami. Teksty Osieckiej tak bardzo nią poruszyły, że z trudem powstrzymywała się, by nie szlochać.
Po spektaklu Julia i Dawid namawiali ją, by wyszła z nimi na kolację z resztą zespołu, jak też i samym ich szefem. Ostatnią rzeczą, jaką Agata była w stanie tego dnia robić, to narażać się na towarzystwo Bonifacego. Miała go dość.
– Jeżeli mąż jest w pracy, jak mniemam ciężko harując, nie sądzę, by miał coś przeciwko temu, by pani mogła dziś się bawić. – Bolek wciąż wyśmienicie zabawiał się jej kosztem.
– Zapewne, ale ja nie czuję takiej potrzeby. – Uśmiechnęła się do niego, wiedząc że tylko on rozpoznaje jej sarkazm, inni zapewne odbierali jej słowa jako uprzejmość.
– Jestem niepocieszony. Cóż, zatem pozwolę sobie odprowadzić panią do samochodu – zaoferował się.
– Dobrze się bawisz? – zapytała, gdy odeszli.
– Z tobą zawsze – westchnął. – Nie lubisz mnie już? – udał urażonego.
– A czy kiedyś powiedziałam, że cię lubię? – zadrwiła udając celnie jego sposób wypowiadania się.
– A zdawało mi się, że jesteśmy przyjaciółmi – wyznał zraniony, po czym zaśmiał się.
– Nie, nie jesteśmy. – Spojrzała na niego z powagą, zatrzymując się przy swoim samochodzie.
– Oj, nie potrafisz kłamać. – Pocałował ją w policzek.
– Bolek – roześmiała się bezradnie. – Czy ty odwalisz się kiedyś ode mnie?
– Nie łudź się nawet. – Przeszył ją swoim zimnym spojrzeniem.
– Wiesz, że spadam stąd – podkreśliła, chcąc dać mu jasno do zrozumienia, że już niebawem ich drogi rozejdą się i nie będzie miał mocy, by wpływać na jej życie.
– Próbujesz walczyć z przeznaczeniem. – Pokręcił z dezaprobatą głową.
Zaskoczył ją tym wyznaniem, jednak nie zamierzała mu tego w żaden sposób okazać.
– A w tobie skąd nagle taki romantyzm? – zapytała ze złośliwością.
– Ech, w środku jestem bardzo wrażliwym facetem – zapewnił z teatralnym przejęciem.
– Ooo tak, kilka twoich czułych gestów miałam okazję już widzieć – wykpiła jego słowa, wypominając wydarzenia sprzed niemal roku.
– Agata, ta ucieczka nie ma sensu – próbował ją przekonać, znienacka przybierając poważny ton, bez typowej dla siebie ironii i cynizmu.
– To moje życie i moja decyzja – powiedziała hardo pomimo narastającego bólu, jaki pojawiał się zawsze, gdy uderzała w nią świadomość podjętych zobowiązań. Zwłaszcza teraz, gdy czas się kończył.
– Nie tylko twoje – zauważył, patrząc jej w oczy i co niewiarygodne, w jego spojrzeniu dostrzegła współczucie.
– Uważaj, bo jeszcze uwierzę, że lubisz Antka – zarzuciła, nie ulegając emocjom malującym się na jego twarzy.
– Muszę cię zaskoczyć – wyraz jego twarzy nie zmieniał się – gdyby tak nie było, nie sprzyjalibyśmy tak wam.
– Jestem poruszona – spojrzała na niego z pogardą, zaciągając się papierosem.
– Nie zazdroszczę wam pata, w którym się znajdujecie. – Poklepał ją z oddaniem po ramieniu.
To jego ludzkie oblicze coraz bardziej na nią działało, ale nie mogła przecież rozkleić się przy Bolku.
– Nieprawda, za chwilę będzie szach i mat – zapewniła twardo, po czym szybko wsiadła do samochodu i odjechała, nie oglądając się na niego.



Słuchała Osieckiej w wykonaniu Krystyny Jandy i płakała. Czuła narastającą panikę przed tym wszystkim, co miało ich spotkać, przed bólem, jaki mieli przeżywać. Nie miała siły otworzyć butelki z winem, nie potrafiła się upić. Nic, co ją otaczało, nie było takim, jak być powinno. Oszukiwała wszystkich. Nikt nie znał jej prawdziwej twarzy, dla każdego miała osobną maskę. Choć gardziła Bolkiem, wcale nie czuła się od niego lepsza. On nie ranił bliskich, nie zwodził przyjaciół, którzy byli tak oddani. Każdy znał tylko skrawek jej osoby, w dodatku dla każdego odsłoniła inną jej część. O tak, była na największym zakręcie w swoim życiu i nie widziała żadnej nadziei na to, że kiedykolwiek z niego wyjdzie. Przed sobą widziała jedynie pustkę i kolejne maski do założenia.
W niedzielę zrobiła obiad, nakryła stół i wyczekiwała go z utęsknieniem. Nie mógł rozpoznać cienia zawahania w jej postawie.
– Antek! Na obiad! – wołała z radością z okna widząc, jak zbliża się do budynku.
Uśmiechnął się i pogroził jej palcem. Gdy się zbliżał, narastały w niej emocje, niekończące się podniecenie.
– Cześć, kochanie. – Pocałował ją zachłannie.
– Zrobiłam obiad – ogłosiła dumnie, prowadząc go za rękę do kuchni.
– Nie chcę obiadu, chcę ciebie. – Przyciągnął ją.
– Naprawdę się przyłożyłam. – Udała obrażoną tym, że nie docenia jej starań.
Poddał się i poszedł do łazienki umyć ręce.
– Jak było wczoraj? – zapytał w trakcie obiadu.
– Piękny spektakl, muzyka bardzo poruszająca – opowiedziała z przejęciem. – A u ciebie?
– W porządku – uśmiechnął się lekko.
– Postarałeś się? – upewniła się, nie okazując przy tym cienia zazdrości.
Nie odpowiedział. Spojrzała na niego z pretensją, ale on nic sobie z tego nie robił.
– Dlaczego nie powiedziałaś mi o spotkaniu z Julią w galerii? – Przyglądał się jej badawczo.
– Jeju, Dorota ci powiedziała – zamyśliła się. – Niezłego stracha mi narobiła. – Agata starała nie okazywać emocji, jakie naprawdę nią wtedy zawładnęły.
– Dorota teraz jest pewna, że kogoś masz – zaśmiał się ironicznie.
– Super – westchnęła.
– Nawet ma typ, a w zasadzie pewniaka – droczył się z nią.
– Kogo? – przyglądała się mu z uwagą, wiedząc na pewno, że nie jego.
– Bolka – roześmiał się.
– Bolka? – krzyknęła z niedowierzaniem. – Odbiło jej! – Nie rozumiała, czym mogła kierować się Dorota, dochodząc do tak absurdalnych wniosków.
– Wczoraj, gdy wracaliśmy do domu, mijaliśmy obok teatru Julię z Dawidem i Bolkiem. Dorota zamęczała mnie tym cały wieczór, no i wszystko ułożyło się w logiczną całość. Ukrywasz go, co jest w miarę oczywiste, jest ewidentnie w twoim typie: starszy, nieatrakcyjny i bogaty – naśmiewał się i tylko nie wiedziała z kogo bardziej: z Doroty czy z niej.
– Dzięki – obraziła się.
– A co, nie taki jest twój typ? – zapytał ze złośliwym uśmiechem.
– No jasne! – Z oburzeniem odeszła od stołu. – Ciekawe, co ja z tobą robię? – usiadła na blacie patrząc na las.
– No, nie dąchaj się. – Podszedł do niej, odsunął włosy z jej twarzy i z czułością na nią patrzył.
– Nie jesteś w moim typie – wypomniała. – Jesteś za ładny, za młody, no, może wystarczająco bogaty – zaśmiała się.
– Nie sadzę. Przy tych twoich, jestem cienkim Bolkiem – uśmiechnął się lekko, po czym delikatnie całował jej szyję.
– To naprawdę nie rozumiem, co ja tu z tobą robię – wyszeptała, chętnie poddając się jego namiętnym pocałunkom.
– Jeszcze nic nie robisz. Ale zaraz będziesz. – Wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni.

Uwielbiała ich niedziele. Spacerowali po lesie, czytali książki, oglądali koncerty. Wieczorem wyjeżdżał do miasta, by zamknąć restaurację, po czym wracał stęskniony. Wszystko było bajką, wszystko było takie, jakim być nie powinno i niebawem miało mieć swój koniec, daleki od happy endu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz