niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 89 - Ku nicości

Pielęgnowała każdą chwilę, jaka jej została, by być przy bliskich. Każdy moment, gdy nie mogła być z Antkiem, poświęcała przyjaciołom i rodzinie. Tak bardzo nie chciała nikogo tracić, tak bardzo chciała być z nimi już zawsze. Z przerażeniem patrzyła na kalendarz, uciekający czas przerażał ją coraz bardziej. O wiele trudniej było jej panować nad emocjami. Nie marnowała czasu, gdy Antek pisał, że nie pojawi się w Nibylandii. Wsiadała w samochód i odwiedzała Roksi, rodziców, Roberta z Ulką, a u Zuzki przesiadywała prawie codziennie. Nie obchodziło ją, co sądzi o tym Karol, w końcu już za chwilę miał odzyskać swój dawny komfort, wyłączność na rodzinę. Nie przejmowała się ustalonymi zwyczajami, konwenansami. Gdy pojawiała się jakakolwiek sugestia czy możliwość, by spędzić czas z bliskimi, zgadzała się. Co z tego, że sobota była Zacharewiczów, za chwilę mieli mieć poniedziałki, wtorki i wszystkie inne dni - święta, rocznice.


Gdy wtedy zadzwonił telefon poczuła niepojętą, przeogromną złość. Coś w niej pękło, wylały się uczucia, które z trudem hamowała. Maski opadały i odsłaniały prawdziwe, skrywane pod nimi oblicze.
– Co ci odbiło? – patrzył na nią wzburzony, gdy wsiedli do samochodu.
Nie odezwała się, uruchomiła samochód i ruszyła. Czuła na sobie jego pełne wyrzutu spojrzenie. Zadzwoniła jego komórka. Przez całą drogę rozmawiał z Wendy. Był wzburzony tym, że ma pojawić się ktoś, kto zranił jego siostrę. A w niej narastał ból, złość, poczucie niesprawiedliwości.
Zatrzymała się pod hotelem.
– Wendy, muszę kończyć – powiedział zaskoczony, gdy zorientował się, gdzie zaparkowała. – Co ty wyprawiasz? – zapytał zdezorientowany.
– Muszę zabrać samochód. Jedź, ja za chwilę dojadę. – Wysiadła, oddając mu kluczyki.
– Po co ci samochód? – Nie rozumiał niczego w jej zachowaniu.
– Bo rano wyjeżdżasz, a ja muszę się potem jakoś stamtąd wydostać – wytłumaczyła ze spokojem.
– No tak. – Przyglądał się jej, nie wierząc do końca w jej opanowanie.
– Jedź, za chwilę przyjadę. – Odszukała kluczyki i wsiadła do swojego samochodu. Odczekała, aż Antek wyjedzie z parkingu. Wyciągnęła telefon i zadzwoniła do Jacka.
– Znajdziesz jutro dla mnie czas? – zapytała bez zbędnych wstępów.
– Gdzie? – jego odpowiedź była równie zwięzła.
– Gdziekolwiek.
– Do jutra. – Wiedziała, że zrozumiał więcej niż ktokolwiek.
Włączyła piosenkę, jaka zawładnęła jej emocjami, jej duszą i życiem. Piosenkę, z którą tak bardzo się utożsamiała.
– „Pora wracać, bo papieros gaśnie” – powiedziała cicho, parkując w Chłopkach, widząc czekającego na nią Antka.
– Agata, co się dzieje? – Podszedł do niej zniecierpliwiony.
Szła bez słowa w kierunku windy. Tylko milcząc mogła panować nad sobą, nad słowami, które cisnęły się jej na usta.
– Agata – powiedział stanowczo, gdy weszła do windy.
– Nie sądziłam, że jesteś aż tak wielkim hipokrytą. – Spojrzała na niego ze złością.
– O czym ty mówisz? – Wsiadł za nią do windy, wpatrując się w nią zdumiony.
– O czym? – zakpiła, patrząc na niego ze smutkiem. – Znasz cytat: „Kto jest bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamień”?
– Więc o to ci chodzi! Ja nikogo tak nie urządziłem jak ten skurwiel! Nie rozumiem, dlaczego mnie do niego porównujesz? – Wpatrywał się w nią z pretensją.
Szybko wpadła do mieszkania, nie chcąc kłócić się na korytarzu.
– Jeszcze niedawno chciałeś zostawić swoją rodzinę! – Coraz bardziej traciła opanowanie. – Już zapomniałeś? – Patrzyła oburzona. – Dorota nie ma braci, którzy pomszczą jej krzywdę! – krzyczała. – Ciebie nikt nie będzie chciał zabić, ale to w żaden sposób nie czyni ciebie lepszym, mnie z resztą też! – Próbowała odpalić papierosa, zrezygnowana rzuciła zapalniczką o ścianę. – W czym jesteśmy od niego lepsi? Hę? Jesteśmy takimi samymi skurwielami! Kłamiemy, oszukujemy, zdradzamy! – wyrzucała z siebie bez opamiętania.
Antek oparty o ścianę z niedowierzaniem kręcił głową.
– Kochamy się, nie potrafimy bez siebie żyć. – Podszedł do niej, był coraz bardziej zdenerwowany.
– Sądzisz, że to nas usprawiedliwia? – parsknęła.
– Agata, sama mówiłaś, że nie mamy alternatywy. – Podniósł jej brodę zmuszając, by na niego patrzyła.
– Alternatyw jest tysiące – wyrzuciła z siebie bezmyślnie słowa, których od razu pożałowała.
– Agata, o czym ty mówisz? – wpatrywał się w nią przerażony.
– O niczym. Nic już nie wiem, gubię się. – Starała się wycofać.
– Agata, co ty kombinujesz? – zapytał z niedowierzaniem przyglądając się jej badawczo.
– Nic. – Udała zdziwioną jego oskarżeniami.
– Patrz na mnie! – rozkazał.
– Wiesz, dlaczego utrzymuję kontakt z Bolkiem, dlaczego kogoś takiego dopuszczam do grona swoich znajomych? – starała się za wszelką cenę skierować rozmowę na inne tory. – Bo nie czuję się lepsza. Co z tego, że on ma krew na rękach, co z tego? – zakpiła. – Kim ja jestem? To, co robimy jest prawdziwą zbrodnią przeciwko Dorocie, przeciwko twoim córkom, dopuszczamy się jej wobec osób bliskich, wobec tych, których kochamy. Bolek nigdy by czegoś takiego nie zrobił.
– Agata, mam ci przypomnieć, co się działo, gdy próbowaliśmy nie być razem? – Nerwowo chodził po mieszkaniu.
– To ja nie dałam rady. – Podniosła pewnie głowę, biorąc całą winę na siebie.
– Agata, nawet nie zaczynaj tej rozmowy – ostrzegł. – Nigdy ci na to nie pozwolę.
Milczała, ciężko oddychając. Była na siebie bardzo zła. Wszystko teraz dodatkowo skomplikowała.
– Ja czuję! – Rozpłakała się. – Naprawdę nie jestem robotem, ja potrzebuję, mam dość życia w tej ułudzie, w zakłamaniu, a nie ma wyjścia! – wyrzucała z siebie nieskładne zdania. Usiadła pod ścianą, nie mając już siły ustać na nogach.
Przytulił ją siadając obok, a ona nawet nie próbowała się wyrwać z jego uścisku.
– Kochanie – całował ją – nie płacz, przepraszam, tak bardzo przepraszam, tak bardzo pragnę być tylko z tobą.
– Nie możesz! – Starała się opanować.
– Nie uda się nam tak przetrwać całego życia. – Tulił ją mocno.
– To nie jest czas na podejmowanie decyzji – zwodziła go, musiała go oszukać.
– Nigdy nie będzie odpowiedniego momentu. – Patrzył na nią z powagą.
– Nie potrafię zabrać im ciebie. – Ścierała łzy. – Nie będziemy o tym nawet rozmawiać – ostrzegła z powagą, starając się zapanować nad swoimi emocjami.
– Kiedyś będziemy musieli, ty nie dajesz rady, ja też nie – uparcie dążył do ostatecznych rozwiązań.
– Damy radę – zapewniła. – Przepraszam, trochę mnie poniosło – starała się przekonać go do tego, że był to tylko chwilowy kryzys, krótki atak słabości i teraz już z każdą sekundą jest jej lepiej, że na nowo wierzy w swoją siłę.
– Nie okłamuj mnie – nie ulegał złudzeniu, jakie tworzyła.
– Nie okłamuję – przekonywała, patrząc mu w oczy najbardziej sugestywnie, jak tylko potrafiła. Czuła wstręt do siebie, kłamiąc tak otwarcie, że aż jej uwierzył. – Opowiedz mi o Wiktorze – poprosiła, zmuszając go tym do utraty czujności.
– Wiktor – zamyślił się. – To ktoś, kto bardzo kochał moją siostrę. On i jego żona Anna stali się częścią naszej rodziny. Nie mogli mieć dzieci. Starali się pomagać każdemu, kto wykazywał cień talentu. To oni poznali ją z tym… z ojcem Józka. – Z trudem opanował swoją pogardę. – Wiktor nazywał go synem. Miał jeszcze jednego przybranego syna w Irlandii, same przybłędy. Zresztą nas też traktowali jak swoje dzieciaki. To u Wiktora zaciągnęliśmy kredyt na pierwszą restaurację, którą potem zabrała mi Kaja. Moja siostra dla niego pracuje, pracował mój brat. Jest... Był… Cholera, ciężko mówić mi o nim: był – westchnął. - Był bardzo niepoprawny i niepokorny. Polubiłabyś go, taki wieczny chłopiec. – Uśmiechnął się w zamyśleniu, nie kryjąc swojego wzruszenia.
Oplotła go ramionami.
– Przykro mi, że straciłeś kogoś bliskiego – wyszeptała.
– Jakoś to do mnie nie dociera. – Siedział zamyślony. – Był po dwóch wylewach, ponoć sam sobie pomógł, nie potrafił żyć bez whisky i cygara – zaśmiał się z ironią. – To najbardziej go frustrowało, że jego ciało nie potrafi zaspokoić jego potrzeb, że paraliż go ograniczał.
Choć starała się go słuchać, jej myśli były daleko. Czuła przerażenie, czuła lęk, ale nie było odwołania. Przyszło jej odegrać największą rolę swojego życia. Antek nie mógł zauważyć utwierdzonej w niej decyzji. Choć jej ciało, jej serce, jej umysł były jedną wielką rozpaczą, ona udawała spokojną i z poruszeniem wsłuchiwała się w jego opowieść.
– Kiedy wracasz? – zapytała rano przed jego wyjściem.
– Będę we wtorek. – Pocałował ją. – W piątek obiecałem zawieźć dziewczynki do Kostrzyna. Wrócę w niedzielę, wytrzymasz?
– Tak – zapewniła go.
– Będę wariował bez ciebie. – Przycisnął ją do ściany.
– Jak bardzo? – zapytała, patrząc mu w prowokacyjnie w oczy.
– Tak, że bardziej się nie da. – Jego oddech przyspieszył, jej też. Pocałowała go gorąco, nie pozwalając, by ta chwila stała się ostatnią. Pobudzona namiętnością wciągnęła go do sypialni, zatracając się w pożądaniu.
Leżała wtulona w niego, nie potrafiąc się z nim rozstać. Tak bardzo bała się tej chwili.
– Ubieraj się! – Pocałowała go. Decyzja zapadła, nie mogła się wycofać, jej pragnienia i lęki nie mogły niczego powstrzymać.
Patrzyła jak zakłada koszulę, wciąga spodnie. Zamknęła oczy, chcąc ten obraz zapamiętać na zawsze.
– Nie zbliżaj się do mnie! – Śmiała się widząc, jak się nad nią pochyla. – Bo nigdy nie wyjedziesz.
– Powiedz, jak bardzo mnie kochasz? – Wpatrywał się w nią i czuła ogrom jego wielkiej miłości.
– Bardziej się nie da – szepnęła.
– Zawsze tak będzie? – pierwszy raz o to zapytał.
Czuła, jak kręci jej się w głowie.
– Zawsze. – Przytuliła się do niego, zakrywając przed nim swoją twarz.
Po jego wyjeździe zaczęła sprzątać, wszystko układać. Musiała zapamiętać, gdzie co leży, by w sobotę w pośpiechu pakując się, zabrać wszystko. By nie zostało nic, co by mu o niej przypominało, potęgowało cierpienie. Trzęsła się cała. Jednak nie mogła dłużej czekać.
Jacek przyjechał wieczorem.
– Jacek, wyjeżdżam w sobotę po południu. – Spojrzała na niego ze łzami.
– W sobotę? – zapytał przestraszony, po czym mocno ją przytulił.
– Nie dam rady już dłużej, tracę równowagę, jeszcze chwila i oszaleję, muszę to zrobić teraz, kiedy nad sobą jakoś jeszcze panuję – mówiła z trudem nabierając powietrza. – Nie potrafię już przed nim udawać, jeszcze chwila, a on się domyśli.
– Agata, jesteś tego pewna? – patrzył na nią z przejęciem.
– Spójrz na mnie. – Płakała, drżącymi rękoma próbując odpalić papierosa.
– Daj. – Zabrał jej zapalniczkę i podpalił papierosa. – Dlaczego właśnie w sobotę?
– W piątek jedzie z dziewczynkami do Kostrzyna, wróci w niedzielę, będę mogła wszystko spakować, zabrać. – W ogóle nie potrafiła sobie tego wszystkiego wyobrazić.
– Szlag! – Patrzył na Agatę, chodząc nerwowo po pokoju. – Gdzie chcesz jechać?
– Nie wiem, mam kilka hoteli, jest chatka Anity rodziców, jest dom Henry'ego... – Musiała gdzieś przeczekać tych kilka miesięcy.
– Trzeba powiedzieć Ulce. – Spojrzał na nią wymownie.
– Trzeba – przytaknęła. Plan był już od jakiegoś czasu realizowany z tym, że musieli wszystko nagle przyspieszyć.
– Jesteś pewna, że dasz radę? – Nie krył swoich wątpliwości.
– Nie, nie jestem, ale nie mam wyjścia. – Trzęsła się. – Muszę – szlochała przerażona.
– Myślisz, że nie będzie ciebie szukał?
– Jutro odbieram nowe dokumenty – powiedziała pewnie.
– Bolek aż tak się postarał? – Jacek zamyślił się. – Chcesz jutro rozmawiać z Ulką?
– Muszę. Mamy kilku notariuszy do odwiedzenia. Trzeba załatwić pełnomocnictwa dla niej i Doroty. – Wszystko było tak trudne do zrealizowania w natłoku emocji, które sprawiały, że przestawała oddychać, traciła sens istnienia.
– Powiesz Dorocie? – zapytał zaskoczony.
– Nie, wszystko wy jej powiecie w poniedziałek, po moim wyjeździe. Ona powinna to zrozumieć. Podejrzewa, że mam romans z Bolkiem, więc moje zniknięcie powinno być dla niej w miarę logiczne – starała się myśleć racjonalnie. – Dbaj o nią – poprosiła. – Ona ciebie bardzo lubi.
Jacek nic nie odpowiedział, tylko chodził po pokoju. Siedzieli do rana, ustalając wszystkie szczegóły oraz to, jak całą sytuację przedstawić Ulce. Żadne z nich nie miało siły zasnąć.
Rano Jacek wiózł ją do pracy, sama nie była w stanie prowadzić. Jak przez mgłę pamiętała naradę, wizytę Zuzy.
Zamknęła się w gabinecie z Jackiem jeszcze raz prezentując na nim rozmowę z Ulką.
– Dobra. – Spojrzała na Jacka dając sygnał, że jest gotowa.
– Ulka! – Jacek poprosił dziewczynę do biura Agaty.
– A ty co taki oficjalny? – Przeszła obok Jacka, siadając naprzeciwko Zimmer. Piskorz stanął, opierając się o ścianę za Ulką.
– Ta rozmowa nigdy nie może wydostać się poza mój gabinet. – Agata spojrzała uważnie na Ulkę. – Wszystko, co teraz usłyszysz, zatrzymasz dla siebie. Nigdy nie wyjawisz niczego nawet Robertowi, nawet księdzu na spowiedzi.
– O co chodzi? – Ulka od razu spoważniała.
– Nikt nie może dowiedzieć się o naszej współpracy z Erickiem, nawet Dorota. Będę dla niego pracować pod innym nazwiskiem – zdradziła jej Agata.
– Dobrze – zapewniła wciąż pełna konsternacji spoglądając to na Jacka, to na Agatę.
– Ulka muszę wyjechać, uciec. – Patrzyła z powagą. – Jutro pojedziemy do notariusza, zostajesz prezesem, główną osobą decyzyjną w hotelu – przeszła do sedna sekretu.
– O czym ty mówisz?! – Ulką wstrząśnięta patrzyła na szwagierkę.
– Narobiłam trochę zamieszania, muszę uciec. Pamiętasz sprawę z Protowiczem? – zapytała o coś oczywistego dla bratowej.
– Tak. – Ulka wzdrygnęła się na samo brzmienie tego nazwiska.
– Jestem poniekąd zamieszana w jego zniknięcie, to wszystko wynikło przypadkiem. Udało mi się uniknąć odpowiedzialności, jednak ludzie, którzy o to zadbali, za bardzo chcą się ze mną zaprzyjaźnić. W zasadzie weszłam w relacje, jakie nie powinny mieć miejsca. Nikt nie może wiedzieć, gdzie jestem, ani jakie mam teraz nazwisko. Wam nic nie grozi, to dotyczy tylko mnie. Musisz być przygotowana na to, że Zuza i Antek będą na ciebie bardzo naciskać. Cokolwiek od nich usłyszysz, nie możesz im ulec. Tu chodzi o moje bezpieczeństwo. Będą wymyślali przeróżne historie. Niektóre mogą być bardziej lub mniej przekonujące, milcz. Tak, jak milczał Jacek – wręcz rozkazywała Ulce.
– Agata, nie ma innego wyjścia? – Ulka patrzyła na nią ze łzami w oczach, była wstrząśnięta.
– Nie – powiedziała twardo nie pozostawiając jej najmniejszych złudzeń. – Dacie radę. Będziesz kontaktowała się ze mną przez tego maila – podała jej kartkę. Jak będzie potrzeba, ja będę do ciebie dzwonić. Nigdy nie możesz zdradzić, że rozmawiasz ze mną.
– A Dorota?
– Powiecie jej w poniedziałek tylko część prawdy. Zapewnisz, że nie masz ze mną kontaktu. Nie wspomnisz absolutnie o Ericu – choć wiedziała, że Ulka jest w stosunku do niej lojalna, musiała ją wyczulić na to, by nie popełniła najdrobniejszego błędu.
– Agata, ale to tylko na jakiś czas? – łudziła się jeszcze Ulka, nie dowierzając w to wszystko.
– Nie mogę już tu wrócić. – Z trudem ukryła emocje.
Oszukać bliskich, ostatnia zbrodnia, jakiej się dopuszczała. Ostatnia fałszywa maska, którą zakładała. Płakała w każdej chwili, gdy się śmiała. Cierpiała z bólu przy każdym dotknięciu kochanych osób. Krzyczała z przerażenia w każdym beztroskim kroku. Tyle, że maska była zbyt perfekcyjnie dobrana. Serce jej pękało, gdy był obok. Czuła stal sztyletów, wbijających się w jej ciało, gdy ją dotykał, całował, szeptał jej imię.
W czwartek ją zaskoczył pojawiając się na noc w Nibylandii. Czekał na nią z kolacją.
– Co tu robisz? – zapytała zdziwiona.
– Spędzam uroczy wieczór z kimś dla mnie najważniejszym – wyznał oczywistym tonem.
Uśmiechnęła się. Starała się nie myśleć, czym była ta kolacja, czym była noc, czym był poranek.
Antek był dziwnie spokojny, z czułością jej się przyglądał. Był wyciszony i niebywale opanowany. Leżeli na kanapie. Czytała mu na głos książkę Gaimana i starała się z wszystkich sił zapomnieć o tym, że nie dotrwają razem do zakończenia. On przyglądał się jej z wielką miłością.
– Co? – zapytała, nie rozumiejąc jego spojrzenia.
– Nic. – Uśmiechnął się lekko.
– Dlaczego tak na mnie patrzysz?
– Przyzwyczajaj się, całe życie tak będę na ciebie patrzył – powiedział czule.
Czuła, jak robi się krucha, jak słabnie, jak z trudem oddycha.
– Kocham cię – przysunęła się do niego.
Płonęła w jego ramionach, w jego oddechu, w pocałunkach.
Obudziła się nad ranem. Pragnęła ten ostatni raz zobaczyć go śpiącego. Nie było go. Zaskoczona wyszła z sypialni. Stał przy oknie. Podeszła i delikatnie się w niego wtuliła.
– Dlaczego nie śpisz? – zapytała zaskoczona.
– Nie wiem. – Pocałował ją w czoło.
– Kochaj mnie – poprosiła z obsesją.
Ten ostatni raz, te ostatnie wyznania, coś, co miało wystarczyć do końca jej dni.
Nie znała tak wielkiego bólu. Uśmiechała się, wciąż się śmiała. Ostatnia kawa wypita w hotelu. Ostatnie spojrzenie w holu.
– Uważaj na drodze! – Było w niej tak wiele goryczy, a jednak z niczym się nie zdradziła.
– Wiesz co? – zapytał z chłopięcym rozbawieniem porozumiewawczo patrząc jej w oczy.
– Wiem – uśmiechnęła się zawstydzona. – Miłej podróży! – ostatnie słowa, jakie wypowiedziała.
Bardzo powoli wracała do swojego biura. Musiała uważnie stawiać kroki, naprężać swoje ciało, by nie upaść. Wszystko było mgłą, traciła równowagę, świadomość.
– Chodź. – Jacek podtrzymał ją, gdy nogi odmawiały jej posłuszeństwa i pomógł wejść.

Było jej zimno, nie było powietrza. Była nicość i ból.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz