niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 90 - Do innej

Znowu nie spał. Już nawet nie ukrywał, że nic mu nie jest. Choć mógł to wytłumaczyć, miał przecież pretekst. Zmarł jego przyjaciel, na pogrzebie był mężczyzna, który bardzo zranił Zośkę, jednak niczego nie wyjaśniał. Czuła, jak całe jej dotychczasowe życie staje się niepewne, coś przemija, rozpada się. Ogarniała ją panika, czekała jednak bezczynnie, w pozornym spokoju. W czwartek zadzwonił, że zostaje we Wrocławiu, a dziewczynki zabierze w piątek w południe. Nie chciała niczego analizować, domyślać się. Była pewna, że wreszcie jest zdecydowany powiedzieć jej prawdę. Czekała. Kiedy w piątek wyjechał prawie bez słowa, straciła złudzenia, była przygotowana na wszystko. Kładła się już spać, gdy usłyszała, że otwiera się brama. Wyjrzała przez okno i zobaczyła, jak Antek wysiada z samochodu. Była zaskoczona tym, że wrócił. Spokojnie, pełna opanowania zeszła na dół.
– Dlaczego wróciłeś? – zapytała.
– Musiałem. – Usiadł przy stole. – Usiądź – poprosił wskazując miejsce naprzeciwko.
Usiadła wpatrując się w niego wyczekująco. Była pewna, że to jest właśnie ta chwila.
– Nie wiem, jak zacząć. – Był zdenerwowany, nerwowo przeczesywał włosy ręką.
– Ja też nie wiem. – Była niepojęcie wyciszona.
– Dorota – spojrzał z bólem – jesteś kimś dla mnie ważnym, kimś, kto nadał sens mojemu życiu. Za każdym razem, gdy mówiłem ci, że cię kocham, nie kłamałem. – Patrzył jej pewnie w oczy.
– A teraz? – zapytała otwarcie.
– Teraz też, tyle że nie tak jak powinienem, jak potrafię – odparł zrezygnowany.
– Nie rozumiem. – Próbowała pojąć sens jego słów.
– Zasługujesz na kogoś, kto będzie ciebie kochał całym sobą. Tak, jak ja nigdy nie potrafiłem – wypowiedział to drżącym głosem.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem.
– Powiedz to. – Patrzyła w jego oczy, chcąc wreszcie to z niego wyciągnąć.
– Poznałem kogoś, muszę odejść. – Spuścił głowę, nie mając odwagi na nią patrzeć.
Czuła to od dawna, wiedziała o tym. Jej podświadomość krzyczała, ostrzegając na każdym kroku, jednak ona w swojej naiwności łudziła się do końca.
Rozmawiali do rana. Nie powiedział jej, a ona o to nie pytała, kim jest ta kobieta. Jednak była pewna, że to na pewno nie Zuza i teraz nie mogła pojąć, jak mogła pomyśleć, że przyjaciółka mogłaby coś takiego jej zrobić. Ścierała łzy, jednak nie potrafiła krzyczeć, błagać, by został. Gasła tak powoli, coraz bardziej wyłączając się z tego, co do niej mówił. Gdy zamknęły się za nim drzwi, gdy wyszedł ze swoimi torbami, stała wpatrzona w okno, obserwując, jak znika jego samochód. Nie potrafiła myśleć, analizować, zastanawiać się, co będzie dalej. Wzięła do ręki zdjęcia sprzed tygodnia. Patrzyła na Antka i z trudem odkrywała, że pomimo uśmiechu, okalania jej ramieniem, nie należał do niej.
Stała jak posąg. Nie potrafiła myśleć, czuć, cierpieć. Na podwórze wjechał samochód Zuzy. Wybiegła z niego Agata z uśmiechem machając do Miśka i wtedy poczuła, jak napływają jej łzy do oczu. Musiała jej powiedzieć, musiała ją zranić, mówiąc, że Antek nie był tym, za kogo go uważała. Wstydziła się.
Dopiero płacz Agaty wywołał w niej spazmatyczny szloch. Agata tak bardzo cierpiała, tuląc ją w ramionach.
Wmawiała, że on wróci, że zrozumie, że się pomylił. Tak mocno ją przytulała, głaskała, przyrzekała, że jeszcze wszystko da się odkręcić, uratować. Dorota poczuła się silna, czuła, że wszystkiemu podoła. Ona też kogoś straciła, a jednak podniosła się. Z nią wszystko było prostsze. Cokolwiek miała do przejścia, zaczęła wierzyć, że sprosta. Agata zaprowadziła ją do sypialni, położyła na łóżku.
– Jak ja to wszystko powiem dziewczynkom? – Dorotę ogarniała kolejna fala rozpaczy.
– Kochanie – pocałowała ją w czoło – nic nie będziesz musiała im mówić. – Głaskała ją po głowie. – On wróci, obiecuję. Teraz śpij. – Nakryła ją kocem.
Dorota leżała na łóżku wpatrzona w sufit. Antek, jej Antek nie był jej, nie był dziewczynek. Zostawił je. Odszedł do innej kobiety. Zamykała oczy i widziała go tulącego córki, głaszczącego je po jasnych główkach, czytającego im na dobranoc. Elę wiecznie w jego ramionach. Kasię wstydzącą się gestów ojca, bo była już na nie za duża. Olę, gdy ścigała się z nim do samochodu, zanim je zawiózł do Kostrzyna. Kochały go tak bardzo, a on wybrał inny dom. Była przerażona tym, co zrobił jej dzieciom. Nie mogła uwierzyć, że był na świecie ktoś od nich ważniejszy, z kim był szczęśliwszy. Przecież miał wszystko. Rodzinę, przyjaciół, Agatę, a jednak było coś ważniejszego. Ktoś, dla kogo to wszystko zostawił. W oddali słyszała dzwoniący telefon. Jego dźwięk coraz bardziej przywracał ją do świadomości. Nie był to jej sygnał, był zagłuszony, dzwonił w oddali. Natarczywość sygnału zaczęła dokuczać jej coraz bardziej. To był telefon Antka. Otworzyła łazienkę i znalazła komórkę leżącą na szafce. Zapomniał jej, w pośpiechu pakując się do innej kobiety, innego życia. Wyświetlacz krzyczał: Agata. Odrzuciła połączenie i przejrzała zawartość telefonu. Ostatnią rozmowę, trwającą ponad godzinę, odbył tuż przed tym, jak wrócił do domu, z kobietą wpisaną w telefonie jako Basia i była pewna, że to nie była jej teściowa.
Agata wciąż próbowała się dodzwonić do Antka. Dorota postanowiła odebrać, by jej powiedzieć, że nie ma sensu dzwonić, że nie wziął telefonu. Nie chciała, by ta łudziła się, że to coś da i chciała jej powiedzieć o kobiecie o imieniu Basia. Odebrała i nie zdążyła nic powiedzieć, przyjaciółka uprzedziła ją.
– Jak mogłeś? – głos Agaty był pełen wzburzenia i bólu. – Jak śmiałeś? Otworzyła usta, jednak jej Agata, tak bardzo o nią walcząca, nie dopuściła jej do słowa.
– Co? Tylko teraz wzdychasz… Nienawidzę cię, rozumiesz? Nie miałeś prawa, co ci przyszło do głowy? – szlochała. – Co ty sobie wymyśliłeś? Jak się domyśliłeś? – Płakała, poddając się w swoim ataku. – Rozkazuję ci wracać, rozumiesz? Ja wyjeżdżam na zawsze, a ty wracasz z bukietem herbacianych róż, ona je najbardziej lubi – radziła, łkając z przejęciem. – Ratuj swoją rodzinę, Antek, błagam, ratuj ją… To nie mogło się udać… Cokolwiek sobie nie wymyślaliśmy, nie mogło. Jeżeli kochasz mnie, tak, jak mówiłeś, pozwól mi odejść, wróć do domu. Kochany, to jedyna alternatywa, proszę. Nigdy się nie spotkamy, przepraszam… Zawsze będę ciebie kochać, a ty dla mnie kochaj je… Tak, że bardziej się nie da.
Nastąpiła cisza. Nicość. Dorota patrzyła na apteczkę z lekami. Wzięła garść. Nie potrafiła znieść tego bólu, tego udźwignąć nie mogła, nie w pojedynkę. Jej świat przestał istnieć.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz