niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 92 - Białe drzwi

Obłęd. Jedynie to słowo pulsowało jej w głowie, poza tym pustka. Widziała tylko białe drzwi. Już trzeci dzień stała przy oknie. Nie miała siły analizować tego wszystkiego, dochodzić czegokolwiek, bo teraz już było za późno na jakikolwiek ruch.
– Agata – powiedziała z żalem. – Coś ty narobiła? – natrętnie powtarzała pytanie, jakby łudząc się, że odpowiedź cokolwiek da. Wiedziała, że przyjaciółka jest u Roksi, to jej wystarczało. Teraz musiała być tu, a później rozprawić się z Agatą.

Wciąż czekali. Przyszła Ulka, usiadła przy Karolu i w milczeniu czekała z nimi.
Zuza nie potrafiła tego wszystkiego pojąć, nie mogła uwierzyć, że niczego się nie domyśliła.
W jej głowie przeciskały się tysiące scen, w każdej byli oni, w każdej krzyczeli, że są ze sobą, dla siebie. To było tak oczywiste. Jednak nikt w to nie chciał wierzyć, bo tak było łatwiej. Była zła na siebie, bo przecież przeczuwała, że coś się dzieje, ale nie tam doszukiwała się tego przyczyny.
Otworzyły się drzwi. Zamarli. Stał w nich Antek, który nagle postarzał się o kilka lat. Był blady, przerażony, zagubiony. Jego oczy były czerwone i zgaszone.
– Obudziła się. – Popatrzył z ulgą po ich twarzach. – Zuza, możesz do niej wejść? – spojrzał błagalnie. Nie odpowiedziała mu, szybko wstała i prawie wbiegła do sali.
Dorota leżała na łóżku, podłączona do wielu medycznych akcesoriów. Patrzyła w okno, nie zareagowała na obecność Zuzy.
– Ale mnie wystraszyłaś! – Zuza pogłaskała ją po dłoni, a ona mocno ją ścisnęła.
- Przepraszam – dodała cicho.
– Ty? – Spojrzała na Zuzę i wtedy ta zobaczyła w oczach Doroty pustkę, zupełną nicość.
– Że nic nie dostrzegłam, że się nie domyśliłam, a powinnam – tłumaczyła z bólem.
– Co to by zmieniło? – Znów wpatrywała się w okno.
– Nie wiem... – Dotknęła jej twarzy i wtedy z oczu Doroty popłynęła łza, a po niej kolejne.
– Nie chcę o tym już nigdy rozmawiać. – Błagalnie spojrzała na Zuzę.
– Obiecuję – przyrzekła.
Siedziała przy niej przez kilka godzin. Obserwowała jak się wybudza, jak ze smutkiem patrzy w okno, jak odpływa pod naporem łez. Ścierała każdą wytrwale, bo do każdej się przyczyniła.
Gdy Antek wszedł do sali, Dorota zamknęła oczy. Płynęły z nich łzy, jednak wciąż zaciskała powieki. Zuza wycofała się po cichu. Zamknęła białe drzwi. Czekał tylko Karol.
– Zawieź mnie do Roksi – powiedziała ze złością.
Biegła przez podwórko. Tak bardzo chciała ją dopaść, za włosy zawlec do szpitala, by zobaczyła, co zrobiła, do czego doprowadziła. Zmusić, by kajała się, by powiedziała, że to wszystko nie było prawdą, by naprawiła wszystko, co zniszczyła. Tylko ona takie rzeczy potrafiła.
Matka siedziała w kuchni i przyglądała się jej, jak biega po domu.
– Nie ma jej – uspokoiła córkę.
– Jak to: nie ma?! – krzyknęła oburzona.
– Wyjechała trzy godziny temu – mówiła ze spokojem, jakby zupełnie z tym pogodzona, wręcz zezwalając Agacie na ucieczkę.
– Dlaczego pozwoliłaś jej na to, dlaczego jej nie zatrzymałaś? – rzucała oskarżenia matce.
– Bo tak trzeba – podała jej kubek ciepłej herbaty.


Tak Agata zniknęła z jej życia. Znowu.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz