niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 93 - Otchłań

Nicość, ból, nicość, ból.
Jacek zawiózł ją do hotelu w Sztokholmie. Miała nadzieję, że zostawi ją samą, że pozwoli zatracić się w cierpieniu, jednak on przy niej trwał, wciąż słyszała, jak poruszał się na dole, jak przełączał kanały telewizora. Zamykała oczy, gdy wchodził na górę, by zostawić jej obiad.
To ona była katem i nie miała prawa rozczulać się nad sobą, więc wstała z łóżka i zeszła na dół do chłopaka.
– Jak mnie znalazłeś? – zapytała siadając na dole obok Jacka.
– Bolek kazał zamontować chip w twoim samochodzie. Obawiał się, że może coś się wydarzyć, wolał mieć cię na oku – wyjaśnił z przejmującym spokojem.
– I po co? – wzruszyła ramionami. – Do rana bym zamarzła.
– Właśnie po to. – Przytulił ją. W jego ramionach poczuła się krucha, bezbronna i niesamowicie samotna.
– Wracaj, Jacek, ja sobie poradzę. – Spojrzała na chłopaka, próbując go przekonać do powrotu.
– Nie, Agata – mówił z nietypową dla niego delikatnością. – Od samego początku zamierzałem z tobą jechać – wyjawił jej.
– Nie zasługuję na twoją lojalność, przyjaźń. – Nie pojmowała, jaka siła trzyma go przy niej, dodatkowo ją to tłamsiło. Nie ją powinien wspierać i pocieszać, nie przy niej powinien trwać.
– Zasługujesz. – Czule głaskał jej włosy.
– Dlaczego to dla mnie robisz? – zapytała, choć była pewna, że może nigdy nie poznać odpowiedzi na to pytanie.
– Jestem samurajem, pierdolonym wiernym ogrodnikiem. – Uśmiechnął się do niej, ale ona nie potrafiła mu odpłacić tym samym.
Bolała ją głowa, wciąż spała. Coś było w tym znajomego, coś zaczęło jej się przypominać.
Umówiła się na wizytę do doktor Musen. W jej podświadomości zaczęła rodzić się nadzieja, bardzo nikła, znikoma. Z każdą godziną, która przybliżała ją do spotkania, rosła.
Choć gabinet matki Anity kojarzył jej się tylko ze światłem, przekroczyła go bez zastanowienia.
– No, witam – Rita Musen przywitała ją uśmiechem, jakby zupełnie nie pamiętała tego, co wydarzyło się w tym gabinecie wiele lat wcześniej, jakby to nie miało żadnego znaczenia.
– Wciąż śpię, boli mnie głowa, spóźnia mi się okres. – Usiadła z przejęciem w gabinecie na plastikowym krześle. Nie potrafiła zebrać w logiczną całość natłoku myśli, ale nadzieja, jaka się w niej rozpalała, dodawała jej sił.
– Możesz być w ciąży? – zapytała ją rzeczowo lekarka.
– Chcę to sprawdzić. – Patrzyła pełna ufności w twarz kobiety.
– To byłby cud – uprzedziła. – Agata, masz bardzo duże tyłozgięcie, w twoim przypadku naturalne zapłodnienie jest mało realne – uprzedziła ją Rita, nie podzielając jej nadziei.
– No, ale wtedy... – Patrzyła z bólem nie chcąc pamiętać tego dnia.
– To był cud. – stwierdziła bez cienia wyrzutu.
– A ja go zniszczyłam. – Zamyśliła się.
Leżąc na fotelu wciąż biła się z myślami. Czy powinna mu powiedzieć? Czy powinien wiedzieć, że będzie miała dziecko? Tak bardzo wierzyła, że je w sobie ma. Będzie najlepszą matką, nawet jeżeli nie dopuści do tego ojca. Snuła pierwsze plany.
– Agata, usiądź – z powagą poprosiła ją Rita.
– Tak? – Wpatrywała się lekarkę wyczekując najpiękniejszych słów, jakie tylko mogła usłyszeć.
– Nie jesteś w ciąży – jednym zdaniem rozwiała jej wszystkie mrzonki.
– Ale… – Patrzyła z niezrozumieniem.
– Agata, posłuchaj mnie – spojrzała w jej oczy – mamy problem, masz bardzo poważne mięśniaki, trzeba je wyciąć. Nie mogę obiecać, że uda mi się uratować twoją macicę.
Agata nie rozumiała, co do niej mówi, co tłumaczy. Jakie znaczenie miała jej macica, skoro nie była w ciąży? Po co jej teraz ta część ciała? Przecież nie była już jej do niczego potrzebna?
– Może ją pani wyciąć – odpowiedziała beznamiętnie.
– Obiecuję zrobić wszystko, by nie trzeba było – zapewniała lekarka.
– Nie, proszę to zrobić. – Machnęła ręką.
W jej życiu nie mógł się już pojawić żaden mężczyzna, nie potrafiła nikogo do siebie dopuścić. Jej serce, życie, bezdech miały tylko jedne oczy, jedno imię. Nikt nie mógł skalać jego dotyku, jego pocałunku, jego wyznań.
Rita Musen zaplanowała termin zabiegu, wzięła wszystkie dokumenty i wyszła z gabinetu.


Agata weszła do apartamentu. Wiał silny wiatr. Stanęła na tarasie i patrzyła w nicość. Za mgłą widziała statek noszący jej imię. Najbardziej plugawe i wzgardzone. Zawiodła wszystkich, zraniła i odeszła. Po co miała to w jakikolwiek sposób przedłużać? Po co narażać na kolejne zbrodnie? Była nikim, niczym i musiała to skończyć. Przechyliła się przez barierkę i gdy była gotowa poddać się nicości, zaczął tlić się w niej wizerunek roześmianych oczu, chłopięce spojrzenie. Jeżeli to zrobi, one nigdy już takimi nie będą. Przez wszystkie dni będzie żył obciążony jej zarzutem, jej wyrokiem. Powoli się wycofała. Odwróciła się i zobaczyła Jacka. Stał przerażony, wpatrując się w nią, ciężko oddychając. Pierwszy raz widziała na jego twarzy strach.
– Zwariowałaś? – Podbiegł do niej i mocno nią potrząsnął.
– Nie zdążyłbyś. – Spojrzała na niego pewnie.
– Wiem! – Wciągnął ją do środka.
Leżała w szpitalu. Musen nie wycięła jej macicy, choć tak bardzo ją o to prosiła.
Jacek przysłuchiwał się wszystkim jej rozmowom z lekarką w milczeniu. Siedział przy niej, gdy zasypiała, był, gdy się budziła. Nawilżał jej usta, gdy nie mogła pić wody po narkozie, poprawiał pościel, a następnego dnia karmił ją rzadką zupą.
Obudził ją hałas obcasów.
– Agata! – Podeszła do niej Anita.
– Co ty tu robisz? – Była zawstydzona i zła. Zakazała Ricie mówić komukolwiek o jej pobycie w szpitalu.
Za Anitą wszedł Eric. Patrzył na nią z powagą i w jego spojrzeniu rozpoznała, że on o wszystkim wie. Pierwszy raz go zawiodła, była tego pewna.
– Kicia, ale sobie narobiłaś! – Podszedł bliżej i z przejęciem pocałował ją w policzek.
– Jakim prawem, kto was tu wpuścił? – Była wzburzona, a do tego nie miała siły i odwagi mierzyć się z ich wyrzutami.
– Ja. – W progu stał Jacek.
To było przelaniem miary. Nie rozumiała, dlaczego to zrobił, dlaczego tak bardzo ingerował w jej życie, jakie prawo sobie do tego rościł. Nie potrafiła zrozumieć, co nim musiało kierować, by ich tu ściągnął. Czy tak chciał ją ukarać?
– Odczep się wreszcie ode mnie, wracaj do domu! – krzyknęła do niego.
– Odwal się. – Nic sobie nie robił z jej krzyku, jakby tego nie słyszał, jakby nie do niego krzyczała. Pełen spokoju wpatrywał się w nią.
– Wracaj wreszcie do swojego życia! – Wydzierała się na niego.
– Tak się składa, że w nim jestem – odpowiedział obojętnie.
– Wynoś się, Jacek – wpadała w furię – rozumiesz? Zwalniam cię – wycedziła te słowa z największa złością, jaką tylko potrafiła w sobie wskrzesić.
Uśmiechnął się do niej lekko z ironią.
– A zwalniaj sobie – zakpił wychodząc.
I wtedy poczuła panikę. Rozejrzała się po sali, z której on wyszedł i zaczęła drżeć ze strachu.
– Wracaj! – krzyknęła z przerażeniem, gdy tylko zniknął za drzwiami. Nagle poczuła strach, że naprawdę byłby gotów ją zostawić. W tej jednej krótkiej chwili pojęła, jak ważną osobą jest dla niej Jacek i że tylko z nim może udźwignąć swoje życie.
– Jestem samurajem. – Cofnął się i ze spokojem na nią spojrzał.
– Pierdolonym wiernym ogrodnikiem? – zapytała z nadzieją, nie rozumiejąc, czym w życiu zasłużyła sobie na to, że go ma, że on jest przy niej.
– Tak – skinął głową. – Zajmij się gośćmi – wskazał na Anitę i Erica, którzy wpatrywali się w nich, nie rozumiejąc ani słowa z rozgrywającej się sceny.
Widziała, jak bardzo zawiodła Anitę, ona również była przyjaciółką Doroty. Niezależnie od tego, jak bardzo starała się nie dać tego po sobie poznać, Agata czuła, że niezmiernie ją rozczarowała.
Eric wciąż namawiał ją do powrotu do pracy, do realizacji projektu, jaki zamierzali wykonać.
– Widzisz, Kicia, jak bardzo jesteśmy sobie przeznaczeni, ja zdradziłem ciebie – pogłaskał ją czule po włosach – a ty Doris, jesteśmy tacy sami. I choć nie potrafimy pojąć dlaczego, to stało się.
– Nie, Ericu, nie jesteśmy tacy sami – powiedziała z bólem. – Ja go kocham. Tak, jak nigdy nie kochałam ciebie, tak, jak nigdy nie uda mi się nikogo pokochać.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz