niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 95 - Nowa Dorota

Cała dziesięcioosobowa załoga z niecierpliwością wyczekiwała przyjazdu szefowej. Każdy pragnął, by weszła, by się uśmiechnęła i swoim jasnym spojrzeniem dowartościowała każdego z osobna. Była wyjątkowa: silna, perfekcyjna, pracowita i piękna. Nigdy nie podnosiła głosu, nawet gdy były problemy, gdy emocje sięgały zenitu. Potrafiła swoim beztroskim śmiechem rozładować największe napięcie. Pamiętali pierwszą prezentację, szkolenie, jakie przygotowali. Dotyczyła pozyskiwania pracowników ze wschodu i wszelkich procedur z tym związanych. W ostatniej chwili okazało się, że znawca mentalności Ukraińców nie dojedzie. Ogarnął ich popłoch, jedyne czego nie chcieli, to ją zawieźć. Nikt nie miał odwagi powiedzieć jej, że prelegent nie dotrze. Blanka, jej asystentka, z ogromnym wysiłkiem wzięła to na siebie. Chwilę rozmawiały. Szefowa uśmiechnęła się tylko pobłażliwie w ich kierunku i odzyskali nadzieję. Wykonała telefon, wsłuchując się w rozmówcę, nerwowo przygryzała wargi. Podeszła do mężczyzny obsługującego nagłośnienie, chwilę z nim rozmawiała, z rozbawieniem, pewnie patrząc mu w oczy. Uśmiechnęła się tajemniczo, gdy stali jak zahipnotyzowani, wpatrując się w nią i weszła na podium.
– Dzień dobry – uśmiechnęła się serdecznie do gości, zasiadających w zapełnionej sali. – nazywam się Dorota Zacharewicz – mówiła ciepłym, zdecydowanym głosem. – Jestem specjalistą z zakresu prawa pracy. Od sześciu miesięcy prowadzę firmę zajmującą się doradztwem personalnym, szkoleniami personelu, pracodawców, mediacjami w ewentualnych sporach, a także pośrednictwem pracy. Bardzo mi miło, że temat, jaki dziś z przyjemnością będziemy prezentować, wywołał tak wielkie poruszenie wśród państwa. –
Lekko schyliła głowę w podziękowaniu. – Mam zaszczyt przedstawić mojego wieloletniego przyjaciela, profesora z zakresu prawa pracy, wieloletniego inspektora w szczecińskiej placówce inspekcji pracy, obecnie jednego z głównych doradców w rządzie, zajmującego się nowelizacją kodeksu pracy - Jana Kolskiego.
– Co dalej? – dopytywali wszyscy, gdy zeszła z podium, a wokół rozległy się oklaski.
– Nie traćcie nadziei – objęła swoją asystentkę, tajemniczo na nich spoglądając.
Po wykładzie weszła ponownie na scenę.
– Technika wciąż idzie do przodu, do teraz mnie to bardzo przerażało, ale trzeba walczyć ze swoimi ułomnościami. Odkąd to robię, jestem zachwycona, jak nagle wszystkie sprawy stają się proste. – Wyciągnęła swój telefon. – Obiecałam dyskusję z profesorem Stefanem Ignatowiczem – roześmiała się, co również zrobiła większość na sali – proszę się nie krępować zadawać pytań po referacie.
Wszyscy wpatrywali się z zachwytem w swoją przełożoną. Kobietę o niepojętej odwadze, inteligencji i błyskotliwości. Stała na podium i uśmiechała się do nich. Zdawała się być tak krucha i delikatna. Jasne włosy subtelnie opadały na ramiona, jednak makijaż podkreślał jej siłę i moc. Usta pomalowane czerwoną pomadką, precyzyjnie podkreślone policzki, oczy wyraźnie zaznaczone. Okulary w odważnych, grubych, czarnych oprawkach. Karmelowy garnitur i skórzany krawat. Była siłą kobiecości, mocą człowieczeństwa, radością wszystkich, którzy mogli z nią obcować.
Często wbiegała do niej przyjaciółka, na siłę wyciągając ją na kawę.
– Szefowa już nie wróci – wesoło krzyczała do nich kobieta, zwykle ubrana w orientalne stroje.

Jedyne, co ich nurtowało i nie pasowało do tego obrazka, to jej mąż. Pojawiał się bardzo rzadko i zawsze zapowiedziany. Mimo tego, że w sumie był wysoki i atrakcyjny, to nikt nie potrafił zrozumieć, dlaczego kobieta o tak radosnej osobowości związała się z kimś tak ponurym i mało komunikatywnym. Wymieniał z nimi tylko zdawkowe „dzień dobry”, nigdy nie nawiązywał rozmowy, nawet kontaktu wzrokowego. Nie potrafili go polubić. Nie mieli z tego powodu zbyt wielkich wyrzutów, zważywszy na to, że najlepsza przyjaciółka szefowej, gdy raz na siebie wpadli w biurze, przeszła obok niego wręcz z pogardą. Sama Dorota zdawała się być wobec męża chłodna. Traciła swoją aurę i z wymuszoną uprzejmością zapraszała do swojego gabinetu. Jednak jakaś moc ich łączyła, nieznana siła sprawiała, że byli razem, że utrzymali swoje małżeństwo, pomimo tak wielkich różnic charakterów. Cokolwiek to było, nikt nie był w stanie zrozumieć, co taką wspaniałą kobietę, jaką była ich szefowa skłoniło do małżeństwa z tym mrukowatym typem.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz