niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 97 - Kratek

Zuza wjechała windą na pierwsze piętro budynku, w którym znajdowało się biuro przyjaciółki. Jedynej, jaka jej pozostała, tej, której obiecała lojalność, by odkupić wszystkie krzywdy, jakich się dopuściła.
– Cześć – przywitała się z pracownikami Doroty.
– Już cię zapowiadam! – Blanka zerwała się od biurka. – Zuza – powiedziała, otwierając drzwi gabinetu.
– Jej, zapomniałam – usłyszała zaskoczony głos Doroty.
– Nie mów, że spałaś? – Zuza patrzyła na przyjaciółkę z niedowierzaniem. Udawała, że nie dostrzega jej oczu, w których najbardziej widać było kruchość właścicielki. Udawała, że nie widzi niczego, że wierzy w jej nowy wizerunek, uśmiech i siłę. Najważniejsze było to, że się podniosła, że nie zatraciła się w cierpieniu, nie zamknęła na nowo w domu.
Zuza widziała przemianę i z pełną świadomością przyjmowała to, kim Dorota się w niej stała.
Była Agatą. Każdy jej gest, śmiech, krok nie należał do Doroty. Początkowo myślała, że przyjaciółka przybrała ten wizerunek, by odzyskać Antka, że łudziła się, iż będąc Agatą uda się jej odzyskać uczucia, które tamta jej odebrała. Po czasie dostrzegła jednak, że tych dwoje nie liczy już na nic względem siebie. To uświadomiło jej inną prawdę. Dorota robiła to zupełnie nieświadomie. Ta metamorfoza była wręcz przerażająca. Milczenie Doroty także nie było niczym dobrym. Wszystko nabrzmiewało. I była pewna, że jeszcze przyjdzie dziewczynie zmierzyć z przeszłością, że to jej niestety nie ominie. Zuza przyrzekła sobie zrobić wszystko, by nastąpiło to jak najpóźniej, by Dorota była już na tyle silna, by była w stanie pokonać swój ból, swoje cierpienia.

Zuza bardzo się starała, by nie pamiętać, by udawać, że nic się nie stało. Parkując przed hotelem stawała się kimś innym - beztroskim, radosnym. Chciała udowodnić, że świat bez Agaty potrafi istnieć, że wszyscy mogą być szczęśliwi. Każdą sobotę spędzała z Dorotą i dziećmi w bardzo aktywny sposób. Pragnęła, by nie pamiętały, by nie porównywały, by były szczęśliwe tak samo jak z Agatą.
Pomimo tego, że tak precyzyjnie oszukiwała wszystkich, siebie nie mogła. Nie chciała o niej myśleć obsesyjnie, nie chciała tęsknić tak, jak tęskniła, nie chciała w każdej wolnej chwili zastanawiać się, gdzie jest, co robi. Nie łudziła się, że jest szczęśliwa. Widziała, co się działo z Antkiem. Choć pragnęła go nienawidzić, przychodził taki dzień, gdy siadała obok niego. Nic nie mówiła. Łączyła się z nim w jego wspomnieniach, bólu i bezsensie. Ostatkiem sił powstrzymywała się, by go nie przytulić, nie szlochać w jego ramię. Był ostoją w jej, w ich cierpieniu. Mimo to przyrzekła sobie nigdy się do niego nie odezwać. Patrzyła mu w oczy, krzyczała bez słów, że jest z nim, że też cierpi. Jednak on niczego nie słyszał. Był głuchy na otaczający go świat. Zamknięty w miejscu, do którego nikt nie miał dostępu. Gdzieś, gdzie była ona, gdzie się uśmiechała, gdzie ją kochał, gdzie ona go kochała.
Czasami mijała się z Ulką, która prawie przed nią uciekała. Miała ochotę ją dopaść, zaciągnąć siłą do swojego samochodu i szarpiąc jej kręcone, jasne włosy, nawet torturując, wyciągnąć z niej informację gdzie jest Agata. Jednak nie łudziła się, że to by coś dało, że Ulka by się w jakikolwiek sposób złamała.
Była jak psychopatyczny okularnik. Zaklęta mocą Agaty do milczenia. Nie było siły, czarów, które mogłyby to pokonać. Więc nie biegła, pozwalała tamtej uciekać.
Jedynym, co w tym całym absurdzie pozwalało jej funkcjonować, była świadomość, że razem z Agatą zniknął wierny ogrodnik. Zuza w nikogo tak nie wierzyła, jak w psychopatycznego okularnika. Był niczym stróż, nie anioł. W anioły przestała wierzyć pewnej soboty.
Potem były niedziele w domu matki. Zuza wyładowywała na niej swoją agresję, za to, że pozwoliła tamtej odejść.
– Jestem ciekawa, czy gdybyś umarła, twoja kochana Agata pojawiłaby się na pogrzebie – mówiła ze złością w kuchni próbując uświadomić matce, że nie powinna była pozwolić Agacie odejść.
– Myślę, że fakt, że ktoś pojawia się na pogrzebie, nie jest świadectwem tego, że kochał ciebie kochał za życia – odpowiedziała ze spokojem, jak zwykle na wszelkie zaczepki córki.
– Jasne, łudź się – kpiła.
– Zuza, przestań ze sobą walczyć – ignorowała jej prowokacje i odchodziła do wnuków.
Roksi jako jedyna kochała Agatę tak, jak wtedy. Nie udawała, nie walczyła, nie oszukiwała. Była jej matką, taką prawdziwą, która wszystko wybacza. Zuza patrzyła na Milenę rozmawiającą z babką w ogrodzie.
– Też będę taką matką – obiecała sobie.
Bo jej matka była cudowna, mądra i czuła. Najbardziej zwariowana, najbardziej niepoukładana, uwielbiana, kochana prawdziwą miłością przez Agatę.
Usiadła w swoim pokoju i otworzyła szafkę. Wyleciał z niej Kratek, który był tam uwięziony od pamiętnego wieczoru, gdy Agata pojawiła się po latach na nowo w jej życiu.
Zuza rozpłakała się, tuliła miska i bardzo pragnęła, by był przy tamtej. By swoim wyszytym uśmiechem przypominał o domu.
– Mamo! – zawołała przez okno do Roksi.
Roksi stanęła w progu jej pokoju i patrzyła ze wzruszeniem na jej łzy, na miśka.
– Mamo, jak ty go zaniesiesz Ulce i ją ubłagasz, to ona jej go wyśle. – Patrzyła z nadzieją.
– Zuza... – Roksi podeszła i pogłaskała ją po głowie.
– Mamo, czy myślisz, że ona … że jeszcze będzie szczęśliwa? – Tak bardzo tego dla niej pragnęła.
– Nie wiem. – Roksi pierwszy raz powiedziała to na głos, pierwszy raz nie zapewniała, że świat ma barwy tęczy. – Była prochem emocji, gdy ją stąd zabierał – zdradziła.
I choć Zuza zdawała sobie sprawę z tego, że opuszczenie Wrocławia, porzucenie swojego dotychczasowego życia było trudne dla Agaty, to gdy jej matka podkreśliła ten fakt, poczuła bezsilność i wielki żal. Mogła wyrzucać z siebie dziesiątki oskarżeń pod adresem przyjaciółki, jednak to były tylko słowa bez mocy. Gdy dopuszczała do siebie chwile słabości, w których pozwalała sobie na próbę dotarcia, co naprawdę się działo między tymi dwojgiem, to dostrzegała akty walki Agaty, próbę ochronienia Doroty.
– Myślisz, że on da radę? – zapytała o Jacka, który był jej wielką nadzieją.
– On ma w sobie jakąś moc, siłę, która go do niej pcha. Nie potrafię tego zrozumieć, ale on sprawia wrażenie, jakby żył tylko po to, by ona nie upadła – powiedziała Roksi pewnie, tak, jak ona tego potrzebowała, tak, że poczuła jego siłę i moc.
Przyszła następnego dnia tylko po to, by sprawdzić, czy Roksi zabrała Kratka. Szukała go wszędzie, by się upewnić, że nie jest to tylko sztuczka matki. Kratka nie było. Oddychała ciężko z nadzieją.
– Mam nadzieję, że uśmiechniesz się, jak go zobaczysz, że odczytasz to, czego nigdy nie będę w stanie powiedzieć na głos, że go przytulisz, że będzie pachniał twoimi perfumami i że będziesz wiedzieć, że ciebie kocham, że będziesz go tulić każdej nocy, gdy za mną zatęsknisz, bo ja tęsknię każdej.
Położyła się w swoim łóżku i zasnęła. Miała piękny sen. O pięknej dziewczynie. Była szczęśliwa.
– Oj, Zuzka, głupia jesteś – krzyczała, biegnąc w kierunku lasu.
Podskakiwała lekko. Jej ciemne włosy zakrywały połowę pleców. Niebieskie spojrzenie rozświetlało całą twarz. Usta miały kolor burgundu. Wyjęła z paczki papierosa.
– Masz ognia? – zapytała lekko Zuzę.

Nie miała…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz