niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 98 - Junior

Siedziała na tarasie i dopalała kolejnego papierosa. Zaskrzypiały deski i do niewielkiego stolika dosiadł się Jacek, stawiając przed Agatą kubek z kawą.
– Dzięki. – Spojrzała na chłopaka z wdzięcznością.
Postawił przed sobą butelkę wina i jeden kieliszek, który napełnił czerwonym trunkiem.
– Twoje zdrowie. – Podniósł lekko lampkę.
– Dobrze, że jutro jest sobota. – Patrzyła na wypielęgnowany ogród.
Był maj, kolejny maj, a ona wciąż nie potrafiła oddychać. Nadal była przytłoczona wspomnieniami i winami, jakich się dopuściła. Nie było lepiej. Nie było łatwiej.
Budziły ją jego wyznania, czuła ciepło spojrzenia, przyspieszony oddech i słyszała tak wyraźnie czuły głos, wymawiający jej imię. Budził ją jej płacz, jej strach, jej ból. Tak bardzo chciała ją przytulić, nie wykonać telefonu, który prawie ją zabił. Sny stanowiły jej traumę, tak bardzo nie chciała się im poddawać. Zawsze była w nich kobieta z długim, grubym warkoczem, w pośpiechu pomagająca jej wsiąść do samochodu, gdy tak bardzo pragnęła zostać, opleść swoją dłoń jej włosami. Dziewczynka w bordowym płaszczu, z wytęsknieniem czekająca na nią na podjeździe domu każdej soboty. Jej sny gmatwały się coraz bardziej.
Jasnowłose dziewczynki biegały beztrosko po ogrodzie. Gonił je biały pies. Śmiała się Ulka, Robert rozmawiał z dziećmi. Byli rodzice, Magda, Julia, Dawid, Bolek. Tańczyła z księdzem. I wciąż wypatrywała, gdzie on jest. Czy na nią patrzy? Czy się uśmiecha?
Czasami w snach pojawiała się jasnowłosa dziewczyna z pierścieniami loków lub jej babka o brązowych oczach, względem których złożyła obietnicę. Czy jej dotrzymała? Czy tamta była usatysfakcjonowana?
Potem zawsze pojawiała się Zuza.
– Górska, coś ty zrobiła? – mówiła z przerażeniem i odchodziła ze smutkiem.
Ale Górskiej już nie było, nie było też Zimmer. Narodziła się Pietrowa, kobieta bez maski. I choć bardzo pragnęła się uśmiechnąć, nie potrafiła. Chciała spojrzeć na kogoś przyjaźnie, ale jakby nie pamiętała, jak to się robi. Starała się powiedzieć coś miłego, ale ogarniał ją lęk.
Kiedyś była taką kobietą, wciąż się śmiała, była wesoła, miała przyjaciół, wszyscy ją kochali, a ona ich wszystkich wykorzystała. Pietrowej nikt nie chciał poznawać, nie chciał z nią obcować, każdy schodził jej z drogi, unikał jak tylko mógł, tak podpowiadał instynkt. I nie było możliwości, by kogoś skrzywdziła.


Weszła do salonu i usiadła na kanapie obok Jacka, który oglądał kreskówkę. Oparła głowę o jego ramię i patrzyła w ekran.
– Trzeba zrobić zakupy – oznajmił.
– Piłeś – zauważyła.
– Ty będziesz prowadzić. – Podniósł się.
Wiedziała, że nocna wyprawa do marketu zorganizowana jest tylko po to, by ją zająć, by oddalić chwilę, gdy uda się na górę do swojej sypialni.
Rozpakowywała torby, gdy pod oknem domu zgasły silnik i światła samochodu.
– Jacek – krzyknęła – ktoś przyjechał!
Poczuła lekki niepokój. W zasadzie nikt ich nie odwiedzał. Była późna pora, więc zbłąkani Świadkowie Jehowy raczej nie ośmieliliby się o tej godzinie do nich zawitać, by rozmawiać o końcu świata, który dla Agaty i tak nastąpił półtora roku wcześniej.
Słyszała, jak przyjaciel zbiega po schodach i otwiera drzwi.
– Jest Agata? – usłyszała głos Erica.
– O tej porze? – powiedziała pod nosem, ze złością patrząc na zegar. – Co chcesz? – Wyszła na korytarz.
– Kicia, błagam, musicie mi pomóc! – W pośpiechu wszedł do domu, dopiero po chwili uświadomiła sobie, że na rękach trzyma na rękach dziecko.
– To Junior? – upewniła się, widząc rudego chłopca w jego ramionach.
– Ta zdzira mi go dziś przywiozła! – Położył śpiące dziecko na kanapie. Bezradnie patrzył na Agatę, która próbowała wytłumaczyć sobie obecność byłego męża i jego dziecka w jej domu. Jednak Eric nie zamierzał tego wyjaśniać, z ulgą siadając obok chłopca na kanapie w salonie.
– Co to znaczy: przywiozła ci? – zapytała niczego nie rozumiejąc.
– Nie chce go – parsknął obruszony. – Co ja mam teraz z nim zrobić? – Patrzył zagubiony to na Agatę, to na Jacka.
Próbowała ułożyć zaistniałe zdarzenie w logiczną całość. Owszem, zdawała sobie sprawę z tego, że Eric nie jest z Różą. Wiedziała, że płaci bardzo wysokie alimenty, jednak nie utrzymuje kontaktu z synem. Obiecała sobie nie wtrącać się w tę sprawę i wytrwale tego się trzymała. I teraz za cholerę nie potrafiła zrozumieć jakim cudem rudowłosy chłopiec w środku nocy śpi w jej salonie.
– Chyba nie sądzisz, że my się nim zajmiemy? – zakpiła, od razu rozpoznając zamiary Erica.
– No, trochę na to liczę – powiedział i wyszedł z domu, by wyjąć kolejne rzeczy dziecka z samochodu. Agata z Jackiem wymienili kilka pełnych przerażenia spojrzeń, ale nadal bez słowa obserwowali poczynania Erica. – Ja mam teraz tyle pracy, że nie jestem w stanie się nim opiekować, zresztą nie wiem jak. – Chaotycznie wyciągał rzeczy chłopca z torby, nie odnajdując się w ogóle w zaistniałej sytuacji.
– Eric, zabieraj go – rozkazała, nie mogąc sobie pozwolić na to, by były mąż zrzucił na nią opiekę nad swoim synem.
– Kicia, jutro po niego wrócę, obiecuję – zarzekał się.
– Nie – odpowiedziała mu twardo.
– Kicia, tylko ta noc – błagał ją.
Jacek delikatnie skinął głową, obejmując Agatę i dając tym sygnał, by się ugięła. Nie miała sumienia, by bezmyślny ojciec śpiącego malca, w desperacji i bezradności w środku nocy zaczął szukać dziecku innego domu.
– Tylko ta – przystała. – Jutro go zabierasz – postawiła warunek mając nadzieję, że następnego dnia nierozsądna matka zreflektuje się i odbierze syna.
– Tak – obiecał kładąc dłoń w okolicy serca.
Agata i Jacek siedzieli na stole w salonie i wpatrywali się w śpiące dziecko. Jego jasna twarz była pokryta drobnymi, czerwonymi wypryskami. Rude, kręcone włosy niesfornie wyginały się na poduszce.
– Co robimy? – zapytała zrezygnowana.
– Nie wiem, chyba trzeba go czymś przykryć. – Niepewnie nakrył dziecko pledem.
– Ale co, zostawimy go tutaj? – Nie miała pojęcia, jak powinni postąpić.
– Ja z nim nie śpię – obruszył się.
– Ja też nie – zapowiedziała.
Siedzieli przez całą noc na sofie obok śpiącego dziecka, co chwilę przysypiając, wciąż czujnie pilnując chłopca.
Rano zadzwonił telefon i zanim Agata zdążyła odebrać, dziecko się obudziło. Junior patrzył z przerażeniem po obcym pokoju, bez skutku szukając kogoś znajomego. Zaczął łkać, po czym głośno, żałośnie się rozpłakał.
– Twój tata dzwoni – powiedziała, pokazując na telefon. – Eric gdzie jesteś? – zapytała ze złością. – On się obudził i płacze, nie zna nas przecież!
– Kicia, właśnie dzwonię, zajmijcie się nim jeszcze, bo ja jestem w drodze do Szczecina – tłumaczył obojętnie.
– Co?!
– Jest hotel do zgarnięcia – mówił podekscytowany, w ogóle nie interesując się synem.
– Eric! – zawołała. – Twój syn płacze przerażony, a ty mi mówisz o hotelu!? – Ze złością krzyczała do telefonu.
– Oj przesadzacie, to tylko dziecko – rozłączył się.
Agata zszokowana wpatrywała się w głuchy telefon, nie mogąc uwierzyć w postępowanie Erica. I choć znała go tyle lat i przeszła przez niego naprawdę ciężkie chwile, to jego nieobliczalność i nieodpowiedzialność wciąż potrafiły ją negatywnie zaskakiwać.
– Spokojnie – podeszła do malca, kucnęła przy nim i delikatnie pogłaskała po głowie – twój tata musiał wyjechać, ja jestem Agata, a to Jacek – mówiła bardzo powoli i łagodnie.
– Chcę do mamy – płakał.
– Twoja mama na pewno niedługo się tu pojawi, a do tego czasu my się z tobą pobawimy – wymyśliła na poczekaniu.
– Nie chcę! – Usiadł na podłodze i płakał. – Chcę do mamy! – Był przerażony.
Agata błagalnie patrzyła na Jacka, który niezdarnie przestępował z nogi na nogę. Gotowa była usiąść obok chłopca i również się rozpłakać z bezsilności i żalu, ze niczemu winne dziecko znalazło się kartą przetargową dwójki bezmyślnych rodziców.
– Mam fajną bajkę – zaproponował Jacek, włączając Krecika.
Agata z ulgą odkryła, że dziecko się tym zainteresowało. Miała chwilę, by obmyślić jakąkolwiek strategię dalszego działania.
Otworzyła lodówkę i starała się znaleźć coś, co mogła mu dać na śniadanie. Nie miała pojęcia, czym karmi się dziecko. I pomimo, że poprzedniego wieczoru zrobili zakupy i lodówka w zasadzie była pełna, to raczej nie zakładała, że mały Eric zje kabanosy, ser pleśniowy i zapije to piwem z puszki.
– Jacek ja chyba muszę iść po mleko, nie mamy nic dla dziecka – powiedziała cicho, nie chcąc odrywać uwagi chłopca od kreskówki.
– Nie wiem, czy mleko to dobry pomysł. On ma dziwne wypryski, to może być jakieś uczulenie, może skaza białkowa? – szeptał, wskazując na Juniora.
Zdumiona spojrzała na przyjaciela, nie spodziewając się, że zna takie określenie jak skaza białkowa, a już na pewno, że jest aż tak spostrzegawczy.
– No, ale coś trzeba mu dać do jedzenia – sytuacja przerastała ją coraz bardziej.
– To zrób mu kanapkę – podpowiedział oczywistym tonem.
– Dziecku? – patrzyła zdziwiona.
– Przecież to nie jest niemowlak! – Objął lekko chłopca. – Eric, ile masz lat?
– Dwadzieścia trzy – powiedział z dumą chłopiec, nie odrywając wzroku od telewizora.
– Jasne! – Agata wstała i zaczęła wyszukiwać w Internecie, kiedy odbyła się światowa wystawa psów w Poznaniu. – Ma prawie trzy – doliczyła się po kilku minutach.
– Nie – oburzyło się dziecko – czterdzieści dwa.
– A co jedzą tak duzi chłopcy? – zapytała go, mając nadzieję, że ten zdradzi, czym karmiła go matka.
– Chipsy i pizzę – odpowiedział dumnie.
– Aha. – Agata porozumiewawczo wymieniała spojrzenia z Jackiem.
– Ja kiedyś jadłem chipsy i od razu przestałem rosnąć – powiedział do chłopca, który z zainteresowaniem na niego patrzył.
– To chcę płatki z mlekiem – odpowiedział po chwili.
– A jesz je codziennie? – dopytywał Jacek.
– Tak. – Na nowo zainteresował się bajką. – Jestem bardzo głodny.
Agata prawie biegła do sklepu spożywczego, wracając z torbami różnych płatków i mleka.
Obserwowali twarz dziecka, czy po posiłku plamy się nie powiększają. Ku ich uldze czerwone wypryski nie zaogniały się.
– Eric – zadzwoniła do niego w południe – on ma wypryski na twarzy. Czy jest na coś chory lub uczulony? – Bała się, że mogą nieumyślnie zaszkodzić dziecku.
– Nie wiem – mówił obojętnie, zupełnie jakby sprawa nie dotyczyła jego syna.
– A możesz zadzwonić do jego matki i zapytać? – zasugerowała ze złością.
– Nie będę tej suki o nic pytał – obruszył się.
– Ok. To powiedz mi, kiedy wracasz? – Ostatnie czego chciała, to pokłócić się z Erickiem.
– Może we wtorek... – odpowiedział.
Odłożyła słuchawkę, ponieważ nie miała już ochoty dłużej rozmawiać z byłym mężem. Wyszła przed dom, bo tam prowadził ją głos chłopca. Z przerażeniem popatrzyła na swój ogród. Obserwowała, jak dziecko grając w piłkę niszczy jej wypielęgnowane grządki. Chciała interweniować, ale beztroski śmiech ją powstrzymał. Usiadła na schodach i wpatrywała się w chłopca. Przestał ją obchodzić zdewastowany ogród, będzie miała zajęcie na wiele wieczorów i nocy.
Pod koniec dnia wykąpali małego Erica i ze spokojem przyglądali się, jak z apetytem zjada kolację, ziewa, przeciera oczy. Usnął w trakcie oglądania bajki z Jackiem.
Patrzyli z tarasu na śpiące dziecko.
– Myślisz, że Róża zjawi się niedługo po niego? – zapytał Jacek nie kryjąc lekkiego niezrozumienia zaistniałej sytuacji.
– Nie mam pojęcia, ale obawiam się, że nieprędko. Skoro, znając Erica, odważyła się na taki ruch, musi być nieźle popieprzona – powiedziała zaciągając się papierosem.
– To mamy problem – stwierdził.
– My? – spojrzała na niego z niedowierzaniem, że ten poczuwa się do odpowiedzialności.
– No, chyba nie chcesz go zostawić pod opieką Erica – powiedział oburzony.
– A pod naszą? – Spojrzała z ironią. To był zupełny nonsens. Nie nadawali się na opiekunów małego dziecka, jednak ich poziom odpowiedzialności był o niebo wyższy niż ojca tego chłopca. I wszystko wskazywało na to, że również matki, która oddała mu dziecko.
Następnego dnia Jacek uparł się, by pojechać do zoo. Agata bardzo oponowała. Jej świat był ograniczony, zawężony do kilku miejsc, stałych tras. Tak czuła się bezpieczna i potrafiła w miarę kontrolować swoje beznadziejne życie.
– Ona ma jechać – dopominał się Junior, nie chcąc jechać tylko z Jackiem. Czuła, że mały Eric bardzo ją lubi, jednak to, czego od niej wymagał, było zbyt wielkim wyzwaniem.
– Agata – prosił ją Jacek.
– Czy to musi być zoo? – pytała z rezygnacją. Przecież mogli pospacerować po parku w niewielkiej miejscowości w której mieszkali.
– Dasz radę – zapewniał, otwierając drzwi jej samochodu.
Czuła przerażenie i lęk będąc na nowo w świecie ludzi, spacerujących rodzin, biegających dzieci. Jeszcze w samochodzie ukryła twarz za ciemnymi okularami i rozpuściła włosy. Nie rozumiała męskich spojrzeń kierowanych w jej stronę. Bała się ludzi, tego, że ktoś ją rozpozna. Do tego miała paranoiczne wrażenie, że wszyscy ją obserwują, patrzą na nią, jakby na swoim czole miała wyrytą szkarłatną literę.
– Piękna jesteś! – Mały Eric podbiegł i pocałował ją, po czym szybko wrócił do Jacka – Powiedziałem jej – oświadczył z dumą.
Zrobiła to. Udało się. Uśmiechnęła się. Pierwszy raz od tak dawna, od chwili, gdy wypowiedziała „miłej podróży”. Nie wierzyła, że jeszcze to potrafi.
– Zostaje z nami – zadecydował Jacek podekscytowany, przygotowując małemu Ericowi kolację.
– Co my wyprawiamy? – Patrzyła z przejęciem na przyjaciela, który nagle, ożywiony podejmował pewnie decyzje.
– Nie wiem, ale widzę w tym sens – zadziornie złapał Agatę za nos. Nie potrafiła z nim walczyć.
Położyła dziecko w swoim łóżku. Bała się z nim spać. Bała się je wystraszyć swoim koszmarem, swoim cierpieniem. Zasypiała na chwilę, po czym wybudzała się, by upewnić się że Eric jest, że śpi, że się nie boi. Panowała nad swoimi lękami, bo bała się o kogoś innego. Pierwszy raz.
Rano nie mieli na nic czasu. W pośpiechu ubierali zaspanego Erica. Agata karmiła niemrawe dziecko, by nie wyszło z nimi bez śniadania. Dopiero w samochodzie uświadomiła sobie, że nie nałożyła jasnego pudru, który miał tuszować cienie po przebytej nocy, że nie zaczesała włosów, nie założyła niewygodnego garnituru.
Jacek został z dzieckiem w samochodzie, a ona wbiegła do hotelu.
– Dzień dobry! – Podbiegła do recepcjonistki. – Czy pani Renata Grabowska jest u siebie?
– Tak... – Dziewczyna wpatrywała się w nią oniemiała.
– Dzięki! – Nie zajmowała sobie głowy widokiem, jaki sobą prezentowała.
Z trudem pokonywała korytarz. Wiedziała, że za chwilę stanie przed tabliczką z napisem Dyrektor Personalny, że będzie musiała przekroczyć próg, za którym nie zobaczy eterycznej blondynki, z zachwytem, nadzieją i radością na nią patrzącej.
– Dzień dobry – powiedziała do sekretarki. – Ja do pani Renaty.
– Oczywiście. – Dziewczyna prawie przewróciła się, biegnąc do pokoju swojej przełożonej.
Po chwili w progu stała wysoka kobieta o krótkich, rudych włosach, z przerażeniem patrząca na Agatę.
– Proszę – powiedziała z powagą, puszczając ją przodem do gabinetu.
– Mam problem. – Agata patrzyła na nią poważnie. – Erica nie ma, a ja też potrzebuję dziś wolnego dnia.
– Pyta mnie pani o zgodę? – Z niedowierzaniem przyglądała się Agacie.
– Tak – przytaknęła. Dla niej było jak najbardziej zrozumiałe.
– Chyba nie sądzi pani, że mam w tej kwestii jakąkolwiek władzę? – Grabowska zupełnie nie odnajdowała się w zaistniałej sytuacji.
– Czy poradzi sobie pani bez nas? – upewniła się.
– Oczywiście – odpowiedziała pewnie, co pozwoliło pomyśleć Agacie, że może ktoś w tym hotelu jednak się jej nie boi.
– To mam jeszcze jedną prośbę – patrzyła na kobietę, którą zdawała się widzieć po raz pierwszy – będę potrzebowała asystentki.
– Pani? – Dyrektorka aż otworzyła usta ze zdumienia.
– Tak, będę musiała co nieco odpuścić na jakiś czas, potrzebna mi pomoc. Może pani zorganizować rekrutację?
– Zaraz się tym zajmę. – Zszokowana wpatrywała się w Agatę.
Biegła do wyjścia chcąc uciec od ludzi, których nie znała, a byli jej pracownikami. Nie chciała ich poznawać, komunikować się z nimi, wydawać poleceń. Pragnęła ich wszystkich wymienić. Przepełniało ją poczucie przerażającej pustki, zagubienia, gdy przemierzając hotel mijała nie te twarze. Spojrzała na recepcjonistkę, która zamiast uśmiechnąć się do niej promiennie, jak czyniła to Magda, spuściła głowę i zaczerwieniona starała się skupić na pracy. Nikt nie mógł równać się z kadrą, jaką zostawiła w swoim ukochanym, wrocławskim hotelu.
Pojechali do dermatologa. Okazało się, że Junior ma alergię na zwierzęta. Agata poczuła wyrzuty sumienia z powodu zabrania dziecka do zoo. Lekarz uspokoił ją jednak, że dopóki nie dochodzi do bezpośredniego kontaktu, nie powinni się niczego obawiać.
Kolejne godziny Agata spędziła u psychologa. Przedstawiła kobiecie sytuację, w jakiej się znalazła. Pytała, jak rozmawiać z dzieckiem o matce? Jak siebie i Jacka w tych relacjach wartościować? Co robić, by umocnić więź ojca z dzieckiem? Kobieta długo i dokładnie wszystko jej wyartykułowała.
Na koniec, gdy umawiały się na kolejne spotkanie, podała jej dłoń.
– Nigdy nie poznałam kogoś takiego – powiedziała z szacunkiem. – Jest pani książkowym przypadkiem rozsądku, a wiadomo, że książkowe postaci są tylko w książkach, przynajmniej tak sądziłam do dziś.
– Dziękuję – powiedziała z wdzięcznością. – To, jakim jestem przypadkiem, okaże się w praktyce. – Nie ulegała komplementom.
– Podziwiam samo podjęcie próby, w codzienności niekoniecznie będzie książkowo – uprzedziła.
We wtorek zostawiła Jacka z Juniorem i pojechała do hotelu, pierwszy raz sama. Nie było problemu, by przekonać Erica do tego, by dziecko pozostało z nią. Zobaczyła, jak na twarzy Zimmera odmalowało się uczucie ulgi. Od razu przystał na to, by mniej czasu spędzała w pracy.
Choć zapowiedziała, że może odwiedzać syna i go zabierać, kiedy tylko będzie miał czas, ze smutkiem odkrywała, że wcale nie jest to dla niego ważne. Gdy pojawiał się u nich w domu był wieczór, a chłopiec szykował się do snu. Nie pytał o syna, o jego zaaklimatyzowanie się w nowych warunkach, o jego problemy, za to z coraz większą pożądliwością patrzył na Agatę.
Do psychologa chodzili Agata i Jacek. Z zaangażowaniem komunikowali małemu Ericowi o wizycie ojca. Gdy pytał o matkę, opowiadali, że bardzo go kocha, że myśli o nim, ale teraz nie może być z nim, że poprosiła, by oni się nim przez ten czas zajęli.
Marta Fibich, psycholog, z coraz większym podziwem wypowiadała się o determinacji, jaką przejawiali.
Zatrudnienie niani okazało się koniecznością. Zwierzyła się z tego psycholożce, która obiecała im pomóc. Po tygodniu z czystym sumieniem zostawiali Juniora pod opieką Nikoli. Początkowo mały Eric buntował się, ale rady Marty Fibich okazały się jak zwykle niezastąpione.


Rekrutacja asystentki została zorganizowana po to, by mogli więcej czasu spędzać z Juniorem. Agata chciała proces zakończyć w kilka godzin. Niestety mijał tydzień, a ona nie potrafiła się na nikogo zdecydować. Co dziwne, na stanowisko jej asystentki nie wystartował nikt z hotelu, wszyscy byli spoza ich kadry, na co z lekką złośliwością zwrócił uwagę Jacek. Za nimi były długie godziny rozmów, ale oboje doskonale wiedzieli, że przy Ulce już w przedbiegach nikt nie miał szans. Renata i dziewczyna z recepcji, Agnieszka, starały się ich przekonywać co do poszczególnych kandydatur, szybko jednak poddały się.
Agata miała dość, pragnęła odebrać malca, pojechać do domu i pozwolić, by umorusał się cały, by był brudny, by się śmiał. Przed wyjazdem z domu Jacek zapowiedział, że o trzynastej zadzwoni Bolek. W trakcie rozmowy z kolejnym kandydatem niecierpliwie spoglądała na zegar pragnąc przerwać nudne wywody.
– Wrócę za dwadzieścia minut – wstała, zapowiadając przerwę.
Wyszła od tyłu, chcąc jak najprędzej znaleźć się na zewnątrz, zapalić papierosa.
Zadzwoniła do Nikoli, by upewnić się, że wszystko jest w porządku. Przez chwilę próbowała porozmawiać z Juniorem, ale był zbyt zajęty, by łaskawie poświęcić jej swój czas.
Zadzwonił Bolek. Tak bardzo pragnęła zapytać go o pogodę we Wrocławiu, czy przypadkiem nie potrzebują parasoli do ochrony przed deszczem albo odwrotnie, kremu z filtrem.
– Cześć – powiedziała tylko.
– Agata, to może zabrzmieć dziwnie, ale potrzebuję twojej pomocy – mówił konkretnie, bez nuty przekomarzania, uwodzenia, więc od razu rozpoznała, że sprawa jest poważna.
– Mojej? – Zupełnie nie rozumiała, jak mogłaby mu pomóc.
– Potrzebuję na kilka dni twojego apartamentu – zdradził.
– Dlaczego właśnie mojego? – chciała wiedzieć.
– Jest dobrze wygłuszony, ma osobne wejście, Jacek potrafi przeprogramować kamery – wymieniał ciągiem.
– Jak bardzo jest to złe? – zapytała, domyślając się od razu, że to mafijne porachunki.
– Nie tak, byś miała obiekcje. Kolesie, których planujemy tam przetrzymać to handlarze żywym towarem.
– Od kiedy masz litość wobec prostytutek? – zakpiła.
– Od kiedy mają trzynaście lat – zaznaczył.
Agatę przeszedł dreszcz na samą myśl zarówno o zwyrodnialcach, którzy oferowali takie usługi, jak i tych, którzy z nich korzystali.
– Ok. Przyjęłam. Dlaczego ty to robisz? – chłodno pytała.
– Nie lubię nieuczciwej konkurencji. Ja nie mam do zaoferowania dzieci, moje dziewczyny mają dowody – mówił to obojętnym tonem, jakby ustalał cenę warzyw na targu, a nie decydował o losie żywych dziewczynek.
– Nie chcę być w to zamieszana, Ulka nie może mieć jakichkolwiek problemów – postawiła warunek.
– Nie będzie – zapowiedział pewnie.
– Apartament jest wasz – oznajmiła. Była pewna, że mają precyzyjnie przygotowany plan, więc nie zagłębiała się w szczegóły, jak zamierzają korzystać z jej mieszkania, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń.
– Jestem twoim dozgonnym dłużnikiem – zaznaczył.
– Daj spokój, nigdy nie będę w stanie odwdzięczyć ci się za Jacka. – Była świadoma tego, że po raz kolejny zabrała mu najcenniejszego z jego ludzi.
– Jacek nie jest moim pracownikiem, działa z wolnej ręki, jednak nie łudź się, że kiedykolwiek ciebie opuści – tym razem te słowa napawały ją wielką ulgą. Jedyne, co jej zostało, to Jacek i nie mogła stracić tej ostatniej cząstki swojego starego życia.
– Ok. To cześć. – Nie chciała kontynuować rozmowy.
Stała oparta o ścianę. Trzymała telefon Jacka. Mogła z niego wykonać tysiące połączeń, tylko po to, by usłyszeć głos. Walczyła ze sobą. Odpaliła kolejnego papierosa. Pamiętała doskonale numer jego telefonu. Wystukiwała wciąż tych dziewięć cyfr i je kasowała.
– Daj spokój – usłyszała nagle cichy, zrezygnowany głos – to nie dla mnie, nie rozumiesz, jacy ludzie tu startują. Ponoć ta Pietrowa to żyleta, każdego ściera w proch.
Agata wyszła zza rogu i ukradkiem przyjrzała się dziewczynie. Była średniego wzrostu. Miała okrągłą twarz, jasne włosy, ciemny garnitur.
– To nic, że mam papiery, że znam języki, wiesz, jaka jestem – mówiła do kogoś po drugiej stronie słuchawki. – Nie sprzedam się tak, jak tamci, pewnie nie wypowiem słowa, gdy na mnie spojrzy. Przepraszam, ale nie wejdę – powiedziała zrezygnowana, rozłączając się.
Ta dziewczyna była tak bezbronna, że Agata nie potrafiła zapanować nad falą ciepła, jakie na nią spłynęło.
– Przepraszam, ale trochę podsłuchałam. – Stanęła przy dziewczynie.
– To nic – dziewczyna wzruszyła ramionami – i tak się zmywam – obojętnie bujała się na piętach, jednak Agata bez problemu rozpoznała, że w głębi jest na siebie zła, że poddaje się tak szybko.
– Dlaczego? – próbowała przekonać ją, by została.
– Słyszałaś przecież – odpowiedziała. – Tu na starcie odpadają najlepsi, ja nigdy nie byłam sprinterem – westchnęła.
– Może odpadają, bo ona wie, że są tylko sprinterami – zasugerowała coraz bardziej przekonana, że dziewczyna musi zostać.
– Może – nie działały na nią zachęty – ale nie dla mnie ta walka. – Poddawała się, nie mając tej diabolicznej siły przebicia, pewności siebie, które Agacie do niczego nie były potrzebne.
– Nie chcesz nawet spróbować? – prowokowała dziewczynę.
– Po co? – Ta wciąż tkwiła w swojej rezygnacji.
– Po to, by nie żałować, że się nie spróbowało. Skoro odpadają najlepsi, to porażka nie powinna być aż tak bardzo dotkliwa? – Uśmiechnęła się tajemniczo do dziewczyny.
Zrobiła, co mogła. Nie potrafiła bardziej jej zmotywować. Teraz czekała z uwagą obserwując wchodzących kandydatów. Wierzyła, że przyjdzie. Weszła.
Z przerażeniem spojrzała na Agatę i zaczerwieniła się cała.
– Proszę. – Agata pierwszy raz odezwała się do rekruta, co nie umknęło niczyjej uwadze.
– Dzień dobry. – Dziewczyna usiadła na wskazanym miejscu naprzeciw czteroosobowej komisji.
– W życiorysie wyczytałam, że zna pani szwedzki – Agata przejęła inicjatywę i mówiła w języku Erica wiedząc, że oprócz niej nikt więcej nie zrozumie rozmowy.
– Tak – przyznała dziewczyna ze skrępowaniem. – Mieszkałam przez cztery lata w Sztokholmie, skończyłam szkołę językową – mówiła płynnie i starannie.
Gdy wyszła, Agata spojrzała na Jacka, który nie potrzebował ani tego spojrzenia, ani jej słów, ani znajomości szwedzkiego.
– Znowu? – zamknął segregator wiedząc, że inni kandydaci nie maja szans.
– Była taka…
– Wiem, jaka była – przerwał jej, patrząc na nią ze smutkiem.
Pomyślała, że nigdy nie da się nikim zastąpić tamtych ludzi. Że dziewczyna o zaróżowionych policzkach nigdy nie będzie Dorotą, że nigdy nie zaprzyjaźni się z Jackiem, nie wypełni luki po tamtej.
– Myślisz, że to zły wybór? – zawstydzona spojrzała na przyjaciela.
– Nie. – Poklepał ją po ramieniu, wstając od stołu.
– Ale mamy jeszcze trzydziestu kandydatów – odezwała się Renata widząc, jak oni zabierają swoje rzeczy.
– To proszę ich przesłuchać – doradził Jacek spokojnie. – Jutro rano zapoznamy się z waszymi sugestiami.
– Ale…
– I proszę zadzwonić do pani Elwiry i poinformować ją o naszej decyzji – powiedział przed wyjściem.
Agata biegła do mieszkania opiekunki. Junior zawsze rzucał się na nią z radością. Szli na spacer. Śpiewali piosenki w drodze powrotnej. Pozwalali mu do nocy biegać po ogródku, który nie miał już grządek. Stał się placem zabaw. Była zjeżdżalnia, piaskownica, huśtawka, trampolina, rowerek, hulajnoga i porozrzucane zabawki. Przed zaśnięciem patrzyła na ogród z rozrzewnieniem. Nie bała się zasnąć, nie bała się śnić. Bo choć to wszystko wracało każdej nocy, ona umiała sobie z tym radzić. Tylko niektóre sny bardziej ją pochłaniały, bardziej wołały, by z nich nie wychodziła.
– Ty musisz i ja muszę – tłumaczyła mężczyźnie, który ją przywoływał do pozostania, jego oczy wyznawały jej największą miłość i choć pragnęła się zatracić, wstawała.
Nie łudziła się, że to kiedyś minie, że zapomni, że zacznie żyć bez niego. Każdego dnia patrzyła na Kratka, usadzonego na szafce swojego biura. Był nadzieją, że kiedyś jej wybaczą, że nie będą osądzać.
Co niedzielę próbowała zjednać syna z ojcem. Potajemnie umawiała się z Martą, by ich podglądała. By oceniała. By mówiła, gdzie popełnia błędy.
Marta nie widziała uchybień w postępowaniu Agaty.
– On nie kocha swojego dziecka – stwierdziła po kolejnym spacerze psycholog.
– Kocha – przekonywała ją Agata – tylko nie potrafi tego okazać. – Nie mogła poddać się, wciąż wierzyła, że Eric nie jest do końca pozbawiony uczuć do syna.
– On potrafi okazać, że kocha – orzekła Marta. – Każdym gestem okazuje to tobie.
– Mi? – Patrzyła z niedowierzaniem.
– Agata, jeżeli kochasz to dziecko tak bardzo, powinnaś pomyśleć o pokochaniu jego ojca – doradziła.
– Chyba oszalałaś! – zakpiła z niedorzecznej rady.
– Ta zabawa nie będzie trwać wiecznie, może nagle przypomnieć sobie o nim matka. – Patrzyła z powagą.
– Minęły trzy miesiące, nawet nie zadzwoniła! – Nie rozumiała, jak można być aż tak bezdusznym i zupełnie nie interesować się swoim dzieckiem. Całym sercem było jej żal małego Erica, tego, że oboje jego rodzice są tak bardzo pozbawieni uczuć.
– Od kilku dni czytam o takich przypadkach, zranione kobiety w akcie desperacji potrafią się dopuścić takich czynów – Marta zaznaczyła, jakby czytała w myślach Agaty.
– I to jest usprawiedliwienie? – zapytała z zarzutem.
– Nie, nie jest, ale z formalnego punktu widzenia ty do dziecka nie masz żadnych praw.
– To co, oddadzą je do domu dziecka? Przecież u nas ma zapewnioną najlepszą opiekę z możliwych! – Czuła rodzące się w niej ogromne poczucie niesprawiedliwości.
– Niestety.
– Chyba żartujesz? – Nie godziła się na taki scenariusz.
– Nie, Agata, prawo jest prawem. – Twardo trzymała się faktów.
To wszystko jest chore. – Buntowała się przed takim stanem rzeczy, przed niedorzecznością przepisów.
– Jest – bezradnie przyznała Marta.
Agata patrzyła na odmienione podwórko, na Jacka idącego spać ze spokojem, na beztrosko śpiącego Erica Juniora.
– A jednak jest wina, musi być kara – powiedziała przed zaśnięciem. Coraz bardziej docierało do niej, że czyn, jakiego się dopuściła, nigdy może nie być odkupiony.
Nie mogła się poddać. Długo naradzała się z Jackiem. Zaplanowali wakacje. Namówiła Erica, by do nich dołączył. Zgodził się bez zastanowienia. Jacek zabierał Juniora do hotelu, a Agata spacerowała z byłym mężem, udając szczęśliwą. Z uporem podkreślała, jak bardzo kocha jego syna, jak odmienił jej życie. Choć nie pozwalała się dotykać, całować, dobrze wiedziała, że może przyjść chwila, gdy będzie musiała. Gdy Eric łudząc się, że jest przebiegły, zażąda tego za dziecko.
I nastąpił ten dzień, gdy zaczęła się walka.
Wracali do domu po zakupach. Agata po długich mediacjach z dentystą zgodziła się na jeden słodki dzień. Miała nim być sobota.
– Wiesz, jaki jutro jest dzień? – Jacek zapytał Erica siedzącego z tyłu w foteliku.
– Taki najlepszy, bo wszyscy nie idziemy do pracy. – Zawsze ich bawiło, że pójście do Nikoli i dobre sprawowanie postrzegał jako swoją pracę. – I będziemy to ucztować.
– Ja zamawiam lody z owocami! – Jacek starał się, by słodycze miały jakieś wartości odżywcze.
– A ty? – zapytał Agatę Junior.
– Ja może mrożone truskawki – liczyła, że uwielbienie, jakie jej okazywał malec będzie skutkowało tym, że będzie chciał ją naśladować.
– Ja chcę chipsy! – nie ulegał żadnym sugestiom. W tym niezwykle przypominał swojego ojca.
– Ble! – Odwróciła się do niego Agata udając obrzydzoną jego wyborem.
– Kochasz mnie? – spytał, chcąc ją udobruchać.
– Bardzo – zapewniała.
– To kupisz mi chipsy? – Słodko, z nadzieją się w nią wpatrywał.
– Kupię. – Udawała, że gryzie go w nogę.
Z daleka widziała zaparkowany samochód na ich podjeździe. Bez słowa, w szybkiej wymianie spojrzeń ustalili, że Agata się tym zajmie. Gdy brama się za nimi zamknęła, wsiadła do stojącego auta.
– Czego chcesz? – zapytała ze złością kobietę w samochodzie.
– Oddaj mi dziecko – błagała ją Róża.
– Nie! – Patrzyła na nią z pogardą, nie mogąc znieść widoku kogoś tak znacząco pozbawionego uczuć do własnego dziecka.
– Urodziłam go, karmiłam go, proszę – przekonywała drżącym głosem.
– Zostawiłaś go! – Patrzyła matce Erica prosto w oczy.
– Wiem, ale błagam, nie mścij się na mnie w ten sposób – kajała się – nie zabieraj mi dziecka.
– Porzuciłaś je, nawet nie zadzwoniłaś przez tyle miesięcy, nikogo nie poinformowałaś, że ma alergię na zwierzęta – wypominała. Nie potrafiła tego zrozumieć, jak udało jej się przez tyle miesięcy przetrwać bez syna.
– Nie rób mi tego! – płakała Róża.
– Matka tak nie postępuje! – rugała ją bezlitośnie.
– Wiem. – Patrzyła na okna jej domu licząc, że dojrzy swoje dziecko – Eric wniósł sprawę do sądu o ustalenie praw do dziecka. – Trzęsła się z przejęciem.
– Wiesz, że nie wygrasz? – Pewnie zaznaczyła Agata.
– Wiem, że z tobą nie – jasno zakomunikowała, że wie, jaką zamierzają obrać strategię i że nie ma szans, gdy Eric zapewni dziecku pełną rodzinę. Zwłaszcza w sytuacji, gdy dziecko jest bardzo zżyte z Agatą.
– On jest teraz szczęśliwy – podkreśliła.
– Obiecuję, że ze mną też będzie – Róża desperacko pragnęła przekonać Agatę.
– Czy wiesz, jak bardzo tobą gardzę? – Patrzyła z obrzydzeniem na kobietę. – Do zobaczenia w sądzie – powiedziała jak prawdziwa Pietrowa, mrożąc ją swoim spojrzeniem.
Całą sobotę udawała, że bawi się jak zawsze. Eric nawet nie podejrzewał niczego, Jacek nie miał złudzeń.
– Będziesz walczyć? – zapytał, gdy siedzieli na tarasie, patrząc na śpiącego Juniora.
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo zadzwonił jego telefon.
– Czego? – odebrał. – Nie wiem. – Spojrzał na Agatę. – Bolek – Podał jej swój aparat.
– Agata, jest mały problem – zaczął od razu przepraszającym tonem.
– To go rozwiąż – odpowiedziała bez zastanowienia.
– Ja nie mogę, ale dla ciebie to pestka – zaznaczył, jednak jego głos był pełen obaw.
– Bolek, obiecałeś nie popełnić żadnej skuchy – wyrzuciła mu.
– Nie udało się – westchnął.
Była zła na siebie, że dała się namówić i ulec przekonaniom Jokiela.
– Jak mam to odkręcić? – zapytała ze złością.
– Jedna wizyta na komisariacie – niepewnie powiedział.
– Zapomnij! – od razu pozbawiła go najmniejszych złudzeń. Nawet nie zamierzała rozważać tego absurdalnego pomysłu.
– Agata, oni zaczynają węszyć wokół Ulki – błagał ją bez zażenowania, wiedział, że nie spełnił obietnic, jakie jej składał.
Czuła, jak cały świat, który o niej zapomniał, na nowo zaczął zwalać się jej na głowę.
– Nie mogę. – Usiadła na schodach zupełnie obezwładniona bezsilnością. Nie mogła spełnić jego oczekiwań, ale też nie potrafiła narażać niewinnej Ulki. To była jej błędna decyzja.
– Agata, będziesz w mieście tylko godzinę – przekonywał, znając doskonale jej obawy i lęki.
– Nie – powiedziała już bez wcześniejszej stanowczości.
– Przemyśl to – błagał ją.
– Nie licz na to – powiedziała, rozłączając się.
Była nietypową narzeczoną Erica Zimmera. Ślub był zaplanowany na listopad, miała do niego prawie miesiąc. Zaręczyny odbyły się w kuchni, gdy karmiła jego syna, który był już wystarczająco duży i samodzielny, ale uwielbiał, gdy to robiła. Nie było wyznań, pocałunków, obietnic. Nie ukrywali, że jest to układ, że to niczego nie zmieni, że nikt o tym się nie dowie. Jacek wypił na tę okoliczność całą butelkę wina. Agata tylko powąchała. Zbyt wiele wspomnień, zbyt wiele wieczorów, wyznań łączyło ją z tym zapachem.
– Dasz radę? – zapytał ją Jacek, obejmując, gdy stała na tarasie dzień przed wizytą we Wrocławiu.
– Jakby co, wiesz, gdzie mnie szukać. – Spojrzała na niego porozumiewawczo.
– Życie jest jebanie niesprawiedliwe – wycedził.
Spojrzała na niego, ale nic nie powiedziała. Jej myślenie było zupełnie odwrotne. Każdego kolejnego dnia doświadczała tego, że życie było wobec niej wręcz okrutnie sprawiedliwe.
– Jacek – wtuliła się w swojego oddanego przyjaciela – cokolwiek się wydarzy, chcę byś wiedział, że jesteś prawdziwym samurajem.
– Bo pierdolonym ogrodnikiem nie – zaśmiał się patrząc zancząco na zagracony ogród, który zupełnie odbiegał swoim widokiem od tego, jaki stworzyli na początku, od tego, jakim był, zanim pojawił się mały Eric.
To była długa, październikowa noc. Siedzieli na werandzie bez słowa, prawie jak zawsze. W tym układzie nie były istotne słowa, liczyło się to, co przemilczane. Bo nie trzeba mówić, by ktoś zrozumiał. Nie trzeba katować, by inni cierpieli. Czasami wystarczy być, by ktoś wiedział.

Bo przyjaciel to taki ktoś.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz