niedziela, 31 grudnia 2000

Rozdział 99 - W oknie

Nigdy nie przypuszczała, że można tak szybko biegać w szpilkach, z taką prędkością pokonywać kolejne stopnie. I że może to być tak przyjemne. Choć winda stała przed nią otworem, pragnęła biec. Rozpierała ją energia i czuła, że musi choć w części ją wyładować, dać ujście temu, co powodowało, że w jej głowie dziesiątki myśli prześcigały się, nie pozwalając ochłonąć, myśleć spokojnie. Jedyne, co było pewne, to to, że się nie złamie, że teraz nie odgrodzi się parawanem nieśmiałości. Teraz zrobi to, co podpowiada jej serce.
– Jestem! – Patrzyła zdyszana na swoich współpracowników. – Wszystko gra? – zapytała z rozpierającą ją radością.
– Gra! – odpowiedzieli pogodnie, niemal chórem.
– Jak tak, to ja idę tam. – Wskazała na swój gabinet.
Zamknęła się w pokoju i z podekscytowaniem podbiegła do okna. Tak, dziś to zrobi. Pokaże, że czeka. Nawet więcej. Zadzwoni i potwierdzi kolację.
– Co ty kombinujesz? – Blanka weszła do jej gabinetu, z pewną podejrzliwością przyglądając się szefowej.
– Nic – roześmiała się, zdejmując buty. – Czas zakończyć te podchody. – Położyła nogi na stole i triumfalnie spojrzała na swoją pracownicę.
– Jej! – Blanka domyślając się od razu, o czym ta mówi, z wrażenia usiadła na krześle i z niedowierzaniem patrzyła na szefową. – Myślę, że najwyższa pora – zapewniła.
Był październik, kolejny. Jednak Dorota robiła wszystko, by nie myśleć o datach, nie wspominała. Zapominała. Jej świat stanowiło tylko to, co miało nadejść. Bo był taki dzień, gdy się urodziła na nowo. Choć nie chciała tego, pamiętała go doskonale.


– Błagam, nie rób mi tego – słyszała z oddali, wśród szpitalnej aparatury dobrze znany głos.
Choć była umierająca, nie potrafiła zapomnieć wyznań, które podsłuchała, a które nie były przeznaczone dla jej uszu. Choć mogła całemu światu ogłosić, że ożyła, przetrwała, nie zrobiła tego. Czekała, by wyszedł. Dopiero wtedy otworzyła oczy, by za chwilę na nowo je zamknąć.
– Bo ty tego chcesz, potrzebujesz, czy też boisz się, że ona nigdy ci nie wybaczy? – odpowiedziała po wielogodzinnych zmaganiach, patrząc mu w oczy.
– Dorota. – Odetchnął z ulgą, spuszczając głowę, co stanowiło dla niej jednoznaczną odpowiedź.
Była tak bliska tego, by zrobić to, co najłatwiejsze. Zamknąć się na nowo w swoim świecie, domu, ogrodzie. Nie wychodzić do ludzi, nie narażać się na kolejne ciosy.
Poprosiła Zuzę, by w jej imieniu zabrała wszystko z hotelu. Nikt jej nie zatrzymywał, nie przekonywał, by została. Czas mijał zbyt wolno.

– Mamusiu – Ela podeszła do niej – jak już wyzdrowiejesz, to może pójdziemy do zoo? – Patrzyła na matkę z nadzieją.
Miała dla kogo żyć, dla kogo się podnieść. Jej dzieci były najważniejsze, dla nich musiała śmiać się, kochać, być.
– Chyba jestem już zdrowa. – Przytuliła córkę. – Możemy iść dziś – zdecydowała, bojąc się nieco, czy nagła determinacja nie minie.
– Ale jest przecież zimno... – Jasnowłosa dziewczynka była wyraźnie zaskoczona.
– To nic. – Spojrzała na Antka. – Idziesz z nami? – zaproponowała.
– Tak. – Był zdziwiony jej propozycją, ale natychmiast wstał i pojechał z nimi.
Dopiero gdy spojrzała na tę ławkę, wiedziała, co ją tak ciągnęło do tego miejsca. Choć wiedziała, że to niemożliwe, łudziła się, że będzie na niej siedział zgarbiony chłopak. Nie było go na ławce tak, jak nie było go w jej życiu, musiał odejść w zapomnienie. Bo był samurajem, miał swojego pana - teraz to wszystko rozumiała.
Nie rozmawiała z Antkiem o tym, co się wydarzyło, co usłyszała w telefonie. Dziewczynki potrzebowały ojca, a skoro zdecydował się zostać, nie oponowała. Zrobiła to dla nich. Udawała, że nie dostrzega jego bólu, cierpienia, wiecznego zamyślenia. Uśmiechał się do córek, jednak jego oczy były pogrążone w niebycie.
– Chcę otworzyć firmę – powiedziała do Antka, odrywając go od książki.
– Firmę? – Patrzył zaskoczony.
Przedstawiła mu swój projekt. Znalazł lokal, wykupił i wyremontował.
Musiała zbudować nowy świat. Otoczyć się osobami, do których chciała się uśmiechać, dla których mogła walczyć. I choć wiedziała, że nie jest w stanie zastąpić poprzedniego zespołu nowym, musiała na zawsze zapomnieć o tamtym świecie.
Stworzyła rytuał, by było jej łatwiej. Znalazła małą restaurację w bocznej ulicy i każdego dnia zjadała w niej obiad. Po kilku tygodniach, uśmiechnięta kelnerka, codziennie o podobnej porze, prowadziła ją do stolika na uboczu, przy którym czuła się najlepiej.
To Blanka wypatrzyła mężczyznę przy barze.
– Ale ciacho! – Z przejęciem wpatrywała się w wysokiego, ubranego na czarno mężczyznę popijającego posiłek Red Bullem. Był wysoki, miał dłuższe, ciemne włosy i zdawał się nie interesować tym, co dzieje się poza jego talerzem.
Dorota z ironią spojrzała na koleżankę. Nigdy nie zwracała uwagi na gości w restauracji, a szczególnie daleka była od oglądania się za mężczyznami. Z miejsca zakwalifikowała go do zbyt zadufanych w sobie zarozumialców, którzy niby siedzą obojętnie przy barze, ale celowo chcą zwrócić na siebie uwagę.
– No co? – Blanka obruszyła się, widząc pogardliwe spojrzenie Doroty skierowane na nieznajomego.
– Daj spokój, taki facet to „co noc zalicz inną” – skomentowała krótko.
– Ja tam nie chcę z nim zakładać rodziny, mogę być na jedną noc, żaden problem – mówiąc to wciąż ukradkiem zerkała w kierunku baru.
Dorota co jakiś czas dostrzegała bruneta przy barze, zawsze był ubrany na czarno, zawsze był sam, zawsze popijał posiłek napojem energetycznym. Raz, przez ułamek sekundy zastanowiła się, czy poza macho nie jest dla niego męcząca, ale zaraz przestała się tym zajmować, nigdy nadto nie frapował jej temat usposobienia playboyów i tego, jak sobie radzą ze swoim wizerunkiem. Taka po prostu krótka, nie znacząca nic myśl na temat tajemniczego osobnika.
Tyle, że kurtyna tajemniczości niebawem opadła za przyczyną Blanki. Dziewczyna zupełnie pozbawiła Dorotę resztek zainteresowania mężczyzną.
– Ja pierdzielę – Blanka z impetem wpadła do gabinetu Doroty – zgadnij, kim on jest? – mówiła z przejęciem.
– Kto? – spytała zaskoczona, nie mając najmniejszego pojęcia, o kim mówi.
– Jak to kto? Facet z restauracji! – Patrzyła obruszona, że ta od razu się nie domyśliła.
– No, kim? – Dorota z grzeczności spojrzała pytająco na dziewczynę, choć tak naprawdę w ogóle nie była tym zainteresowana.
– To komisarz policji, Filip Korecki – ogłosiła triumfalnie.
– Aha – odparła Dorota w zamyśleniu, przyznając w myślach, że w zasadzie pasuje on na policjanta.
– Tylko: „aha”? – Wyraźnie była zawiedziona brakiem entuzjazmu ze strony szefowej. – To ja tu dochodzenie przeprowadzam, a ty tylko: „aha”?!
– Mało mnie obchodzi, kim on jest. Zresztą dochodzenia to może zostaw jemu. – Dorota nie widziała powodu, dla którego miałaby interesować się obcym mężczyzną. Zwłaszcza dla Blanki powinno być to oczywiste, bo doskonale wiedziała, że ma rodzinę, męża. I choć jej małżeństwo było fikcją, to dziewczyna nie miała o tym pojęcia, gdyż Dorota nikogo nie wprowadzała w swój prywatny świat, a tym bardziej nie zwierzała się ze swoich traumatycznych przeżyć. O tym, co zdarzyło się w przeszłości wiedzieli tylko nieliczni, mała garstka osób, a cała reszta otoczenia mogła snuć jedynie domysły. Jednak ją zupełnie to nie obchodziło i nie zamierzała w żaden sposób i nikomu tłumaczyć się z czegokolwiek.
- A mnie owszem, to bardzo obchodzi! – Blanka podeszła do okna i patrzyła na wejście do komisariatu policji, które z okna gabinetu było doskonale widoczne. – I niezwykle ważna jest dla mnie świadomość, że tam, po drugiej stronie ulicy, mojego bezpieczeństwa strzeże ktoś taki. To sprawia, że czuję się bezpieczna.
Dorota z trudem powstrzymała się od parsknięcia i odprawiła Blankę do codziennych zajęć.
Tego dnia wchodząc do restauracji była spóźniona. Wcześniej miała pierwszą prezentację i emocje wręcz ją roznosiły, wszystko przebiegło po jej myśli, a nawet lepiej. Nie przejęła się tym, że jej stolik był zajęty. Chciała usiąść gdziekolwiek i zadzwonić do Zuzy, by podzielić się z nią sukcesem.
– Przepraszam – gdy szła za kelnerką usłyszała męski głos, ale nie odwróciła się sądząc, że to nie do niej.
– Pani Doroto – głos odezwał się ponownie.
Odwróciła się i z nieukrywanym zdziwieniem patrzyła na wysokiego bruneta.
– Tak? – zapytała zdumiona tym, że komisarz zna jej imię.
– Czy mogę się do pani dziś przysiąść? – spytał grzecznie. – Mam do pani kilka pytań.
– Proszę. – Wskazała miejsce naprzeciwko przy swoim stoliku i wpatrywała się pytająco w mężczyznę.
– Filip Korecki – przedstawił się, pokazując przy tym oznakę policyjną.
– Dorota Zacharewicz, ale zdaje się, że pan to już wie – powiedziała oschle, patrząc śmiało w brązowe oczy mężczyzny.
Nie obchodziło ją to, czego chce od niej ten policjant. Jedyne, na czym skupiała się, to moc niepamiętania. Bo poznała kiedyś chłopaka, który wiedział, jak ma na imię, był wesoły, jego oczy się śmiały. Teraz z trudem wyrzucała wspomnienie widoku jego oczu, zwłaszcza o poranku, gdy po nieprzespanej nocy podejmował wyzwanie przetrwania kolejnego dnia. Nie poruszała ją jego bezsenność, znała źródło tego stanu i nie żałując go, ze spokojem zasypiała. Nie reagowała już na jego nocne wędrówki, wzdychania, niespokojne przekładanie się z boku na bok. Powróciła do rozmowy z policjantem, skupiając się na tym, że jego oczy są ciemne, a spojrzenie poważne.
– Słucham pana? – Patrzyła wyczekująco na policjanta zła na siebie, że pozwoliła sobie na chwilę słabości w ciągu dnia i pomyślała o mężu, czego starała się nie robić.
– Ustaliłem, że pracowała pani w Hotelu Zimmer – powiedział oficjalnie.
W żaden sposób nie mogła przygotować się na taki cios. Z trudem opanowała emocje, jakie wywołało w niej to stwierdzenie. Na tyle skutecznie, że zdawało jej się, że policjant nie zauważył jej chwilowego szoku. Jedyne, co było pocieszające, to fakt, że siedziała.
– Jak pan słusznie zauważył - pracowałam – wymownie podkreśliła ostatnie słowo, nie okazując już cienia emocji.
– Czy w trakcie pani pracy żadni goście nie wzbudzali pani podejrzeń?
– Gdy pracowałam – ponownie podkreśliła to słowo – byłam dyrektorem personalnym, nie miałam kontaktu z klientami – starała się być obojętna.
– Rozumiem, ale czy pracownicy nie przekazywali pani niczego niepokojącego? – drążył temat.
– Panie Korecki – była już lekko rozdrażniona – nie było takich sytuacji. – Dorota miała już dość pytań, ale nie wiedziała, że on dopiero zaczął je zadawać.
– Rozumiem. Absolutnie nic nie wzbudzało pani podejrzeń? – nie ustępował dręcząc ją.
Dorota w duchu zadrwiła ze swojej spostrzegawczości. Jak mogła zauważyć cokolwiek, kiedy nie widziała tego, co miała na dłoni. Wzruszyła ramionami, nie mając ochoty wciąż odpowiadać na jedno i to samo pytanie, jasno tym sugerując, że nie.
– Nie interesuje panią, dlaczego o to pytam? – zauważył.
– A powinno?
– Czy zgodzi się pani zeznać to w komisariacie?
– Co?! – Spojrzała zaskoczona. – Mam zeznać, że nie zauważyłam niczego podejrzanego? – obruszyła się drwiąco. – Nie może pan tego odnotować teraz?
– Prowadzę dochodzenie związane z zaginięciem Bernarda Protowicza – wyjaśnił.
Dorota przypomniała sobie Ulkę i jej przejęcie, że będzie musiała wracać do koszmaru. Doskonale pamiętała ten poranek. Przez rok udawało jej się nie myśleć, nie wspominać tamtego czasu, życia, ludzi, a ten bezduszny mężczyzna w kilka chwil na nowo ją z nimi zjednał.
– Jeżeli próbuje pan w jakikolwiek sposób połączyć z tą sprawą Urszulę Górską, to proszę się nie trudzić. – Musiała stanąć w jej obronie. Nie potrafiła inaczej.
– Rozumiem. – Był jakby nieco zdziwiony jej słowami i ich gwałtownością. – A czy może obiło się pani o uszy nazwisko Jokiel? Chodzi o Bonifacego Jokiela – uważnie jej się przyglądał – mówią na niego również Bolek.
– Nie – odpowiedziała bez zająknięcia, bez zawahania.
Choć mogła powiedzieć wszystko, nie potrafiła. Nie chciała do niczego wracać, niczego pamiętać. Jak głupia, chcąc chronić tamtą przed przerażającym Bonifacym, kazała Antkowi jej strzec. Jaką była idiotką, naiwną kretynką. Wracaj, wracaj – karciła się w myślach, starając się tego nie rozpamiętywać.
– Przepraszam za moje zdenerwowanie. – Pomyślała, że musi logicznie wytłumaczyć swoje zachowanie. – Mój mąż ma restaurację w hotelu.
– Pan Karol? – zapytał przyjaźnie.
– Nie, Antoni. Karol jest jego wspólnikiem – wyjaśniła.
– Nie miałem okazji poznać – przyznał.
– Nie przebywa w hotelu – tłumaczyła rozdrażniona. – Zajmuje się restauracją w centrum.
Pragnęła zakończyć tę rozmowę, pozbyć się policjanta, przestać opowiadać o świecie, który nie istniał.
– Przepraszam. – Wstała i bez słowa wyjaśnienia wyszła.
Zamknęła się w swoim biurze, nalała sobie whisky i nerwowo chodziła od ściany do ściany. Czy kiedyś uda jej się zapanować nad emocjami, nad wspomnieniami? Czy kiedyś ludzie, którzy teraz mieli tworzyć jej świat, będą w stanie zastąpić tamtych? Stała ukryta za żaluzjami. Widziała, jak komisarz wraca. Pewnie wbiegał po schodach. Nagle zatrzymał się na chwilę i spojrzał prosto w jej okna. Choć nie mógł jej zobaczyć, poczuła wstyd. Odłożyła szklankę.
Gdy kolejnego dnia Filip Korecki stanął nad jej stolikiem wiedziała, że niestety będzie zmuszona znaleźć nowe miejsce dla swoich rytuałów.
– Przepraszam, zdaje się, że wczoraj popsułem pani posiłek – powiedział, po czym przysiadł się bez zaproszenia.
– I zamierza to pan powtórzyć? – zapytała z sarkazmem.
– Nie. Planuję to naprawić. – Uśmiechnął się przyjaźnie.
– Niby jak? – odpowiedziała, lekko spuszczając z nieprzyjaznego tonu.
– Stawiam obiad – zaproponował, jakby nie zauważał jej niechęci.
– Jem obiad – wskazała na talerz.
– Ja zapłacę – nie ustępował.
– Nie ma mowy – roześmiała się, nie mogąc pojąć zachowania natrętnego policjanta.
– Nalegam – patrzył jej w oczy, lekko się uśmiechając.
– Jestem twarda – pozwoliła sobie na swobodny ton.
– Nie wątpię, ale potrafię być bardzo upierdliwy, co pewnie pani już odczuła, więc proszę nie walczyć. – Był wyraźnie pewny swego.
– To nie walka, to zasady – droczyła się z nim coraz odważniej.
– To proszę jutro zostawić je w biurze – poprosił.
– Zasad się nie zostawia – udała obruszoną.
– Proszę spróbować – patrzył z przekorą w jej oczy.
– Zobaczymy, co da się zrobić – obiecała i odkryła, że naprawdę bawi ją ta sytuacja.
– Wierzę w panią. – Jego ton stał się delikatnie uwodzicielski.
– A ja w swoje zasady.
Pierwsze spotkania były tylko po to, by zobaczyć, jak to jest. I choć początkowo spotykała się z nim na obiadach, by coś sobie udowodnić, to coraz bardziej zaczynała zapominać o swojej cichej zemście. Filip Korecki nie był Jackiem, co początkowo, zupełnie paradoksalnie ją męczyło. Bo się uśmiechał, bo pytał, co robiła, co lubi, czego słucha. Nie buczał pod nosem. Nie rzucał złośliwych uwag pod adresem każdego, oprócz niej. Nie był brzydki, nie miał okularów i nie garbił się. Nie mówił zdawkowego: –„Ta” – na odczepne, mówił pełnymi zdaniami zawsze dążąc do kompromisu. Nie wiedziała nawet, kiedy przestała o tym myśleć. Kiedy te obiady, a po nich kawa, stały się czymś, za czym zaczynała tęsknić. Opowiadał jej zabawne historie z pracy. Ona jemu - o wpadkach na prezentacjach. Wciąż się śmiali. Czasami odpływała, zastanawiała się, porównywała. Przestała zestawiać cechy jego i Jacka, a zaczynała dostrzegać coraz więcej zarówno różnic, jak i podobieństw pomiędzy Filipem i Antkiem, z czasem do jej rozważań doszła tamta. Czy z nimi też tak było? Czy to wszystko zaczynało się tak niewinnie, zwyczajnie? Kiedy zaczynała za nim tęsknić, kiedy zauważyła, że jego wzrok, niby beztroskie dotknięcie, robiło na niej wrażenie? I gdy tak się w tym pogrążała ogarniała ją złość, bo chciała wiedzieć wszystko: kiedy się zaczęło, czy się bronili, gdzie się spotykali. Nie, nie mogła tego chcieć. Cokolwiek się wtedy działo, było złe, było za nią. Musiała w to wierzyć.
Nie rozmawiali o niczym osobistym, a zdawało jej się, że zna go doskonale. Nie nosił obrączki, nie wspominał o domu, żonie, dzieciach.
– Jesteś żonaty? – zapytała, gdy spacerowali po parku. Czuła, że ma do tego prawo.
– Nie. A to ma jakieś znaczenie? – po tonie jego odpowiedzi rozpoznała, że zaskoczyła go tym pytaniem, gdyż w zasadzie unikali tematów osobistych, a ona tę linię przekroczyła.
– Nie. – Wzruszyła ramionami, nie czując się ani zawstydzona, ani niegrzeczna.
– Było, ale się zmyło – dodał.
– Pan rozwodnik – zaśmiała się.
– Nie każdemu udaje się zestarzeć wspólnie z pierwszym małżonkiem. – Poprawił jej szalik naturalnym, spontanicznym gestem.
– Oj, pewnie są tacy,którym się zdarza – od razu zaczęła się z nim przekomarzać.
– Myślisz o sobie? – zapytał z uwagą jej się przyglądając, ale nie odpowiedziała. – Pewnie teraz snujesz teorie, co ze mnie za frajer – dodał po chwili.
– Nie snuję żadnych teorii – odpowiedziała spokojnie.
– Zostawiła mnie, bo poniekąd sobie na to zasłużyłem – wyjaśnił swobodnie, dając tym jasno do zrozumienia, że jest z tą sytuacją zupełnie pogodzony.
– Kobiety raczej nie odchodzą bez powodu – zaznaczyła.
– Za dużo pracowałem, teraz to wiem. Nie rozumiałem wiecznych pretensji o moją obecność, a w zasadzie jej brak. Tłumaczyłem, że robię to dla nas, że kolejne odwołane wakacje są ostatnimi, że nieobecność w święta to standard w życiu policjanta. Za późno sobie uświadomiłem, że staram się być dobrym gliną, a nie dobrym mężem. Gdy zacząłem walczyć o małżeństwo, było za późno. Nawet nie chciała dać nam jakiejkolwiek szansy.
– Mówisz, jakby specjalnie cię to nie bolało – zauważyła.
– Minęło trochę czasu. Miałem kryzys, zacząłem pić, ale to nie było rozwiązanie. Kiedyś pewna kobieta, którą przesłuchiwałem... – zamyślił się, jakby coś odkrył, ale zrezygnował z wyjawienia co to takiego.
– Co z tą kobietą? – wyraźnie zaciekawił ją ten wątek.
– Powiedziała, że jest taki świetny lek: nazywa się czas, goi najgorsze rany – wyznał w zamyśleniu.
Choć bardzo chciała w to wierzyć, nie potrafiła. Znała człowieka, co do którego nie miała złudzeń, nie liczyła na to, że jego rany kiedykolwiek zagoi czas. Nie wierzyła też, że jej samej kiedyś pomoże.
Wróciła do biura. Była emocjonalnie wypompowana. Zrezygnowana położyła głowę na biurku.
Śniła o dwójce starszych ludzi. Spacerowali po parku i żadna para nie przykuwała tak uwagi gapiów, jak ci dwoje. Jego zielono-brązowe oczy z czułością i radością wpatrywały się w towarzyszkę. A ona się śmiała. Zdjęła ciemne okulary i odsłoniła niebieskie oczy, które prawiły te same wyznania, co jego. Nie musieli nic mówić, przecież wszyscy to widzieli. Miała mocno pomalowane usta i choć jej twarz pokrywały zmarszczki, była niezwykle piękna. Otworzyła mocno podkreślone usta i powiedziała:

- Zuza.
Dorota wyrwana z parku, oszołomiona, patrzyła na Blankę, stojącą w drzwiach jej gabinetu, zapowiadającą przybycie Su.

Dorota patrzyła przez okno w kuchni. Obserwowała Antka, próbującego nauczyć Elę jeździć na rowerze. Kasia z Olą i Mileną siedziały na kocu i rozmawiały o czymś z zaangażowaniem.
Po kolejnym upadku Ela nagle wstała z ziemi z płaczem, i wbiegła do domu.
– Mamo, jestem do niczego – stwierdziła i usiadła zrezygnowana na krześle.
– Kochanie – ukucnęła przy niej – każdy musi kilka razy upaść, by się nauczyć – tłumaczyła jej z troską, rozczulona jej zachowaniem.
– Nie, tata mnie źle uczy. – Patrzyła ze złością na stojącego w drzwiach Antka. – Ty mnie naucz. – Wyczekująco spojrzała na matkę.
– Nie dziś. – Pogłaskała córkę. – Muszę jechać do pracy.
– Dziś jest sobota – zarzuciła jej.
– Wiem, przepraszam – przytuliła Elę – tata z wami zostanie. – Spojrzała na męża.
– Ela, chodź, spróbujemy jeszcze raz – zachęcał.
– Nie. – Przeszła obrażona obok niego.
– Postaram się szybko wrócić! – krzyknęła za córką, ta jej jednak nie odpowiedziała.
Jadąc do Wrocławia zastanawiała się, czy on też miał aż tak wielkie wyrzuty jak ona teraz, zostawiając je w domu. Jadąc do niej, zostając na noc.
Filip poprosił ją o spotkanie. Choć była sobota, jej ciekawość i potrzeba były ponad wszystkim. Znali się od ponad roku, spotykali prawie codziennie, jednak nazywali to przyjaźnią.
– Cześć! – Usiadła przy stoliku, wcześniej delikatnie całując go w policzek. – Coś się stało?
– Nie. Tak. – Był podenerwowany.
– Słucham? – zapytała w napięciu.
– Próbuję ci to powiedzieć od dłuższego czasu, ale wciąż się boję popsuć to, co jest pomiędzy nami. – Dotknął jej dłoni i nabrał powietrza. – Kocham cię – powiedział naturalnie i szczerze, jakby nie było to tym, czym było naprawdę.
Patrzyła na niego, nie potrafiąc nic powiedzieć, nic zrobić. Czy tego się spodziewała, jadąc na spotkanie? Czy na to właśnie liczyła? Czuła dziwne emocje. Coś niespotykanego. Coś, co z jednej strony ją podniecało, a z drugiej przerażało.
– Powiesz coś? – zapytał po długiej chwili, gdy ona próbowała rozpoznać i nazwać to wszystko, co czuła.
- Nie wiem co. – Patrzyła mu w oczy z przejęciem.
Nie była pewna, czy była gotowa to usłyszeć. Choć w sumie nie zaskoczyło ją to, nie umiała się tym cieszyć, tak, jakby chciała. Jak wydawało się jej, że powinna. Bała się tego wyznania. Ktoś jej już kiedyś to powiedział. Ona bardzo uwierzyła. Teraz czekał na nią w domu z trzema jasnowłosymi dziewczynkami. Jego oczy były martwe, ale on żył. Cokolwiek ich łączyło, jakkolwiek wyglądało, było. Patrzyła w ciemne oczy Filipa i nie rozumiała, co się dzieje. Jego oczy żyły dla niej. Bała się tego bardzo.
– Czasami was spotykam – powiedział. – Wiem, że bardzo kochasz córki, widuję was czasami w zoo, w parku. Widzę, jak się z nimi bawisz, śmiejesz. Jesteś cudowną matką.
– Mam też męża – zaznaczyła.
– Dorota, czy naprawdę jesteś z nim szczęśliwa? – Spojrzał na nią, jasno dając jej do zrozumienia, że jego nie oszuka.
Nie odpowiedziała. Zupełnie nie rozumiała swojej postawy. Tego, że chroni coś, co nie istnieje.
– Mijam go czasami. On ciebie przytłacza. Nie tylko nie sprawia, że się śmiejesz, ale przez niego gaśniesz! Przy nim nie kręcisz biodrami, nie patrzysz mu zadziornie w oczy. Byłem wczoraj w restauracji. On z nikim nie rozmawia, nawet z twoją przyjaciółką. On na nikogo nie patrzy. Czy ty nie widzisz, jak bardzo do ciebie nie pasuje? – przedstawiał jej argumenty mające na celu osłabić jej więź z mężem, jednak to wszystko wywoływało w niej zupełnie odwrotny skutek. Nie rozumiała swoich uczuć, emocji. Była na siebie zła, ale nie potrafiła inaczej, to było od niej silniejsze, zbyt mocne, by mogła to poskromić.
– Nie jesteś w stanie tego pojąć! – wzburzyła się. – Co ty możesz wiedzieć? – Czuła, jak łzy napływają jej do oczu. – Nie wiesz, jakie dramaty mogą człowieka takim uczynić! – Wstała od stołu i wybiegła z restauracji.
Nie wiedziała, dokąd jedzie. Jedyne, czego była pewna to to, że nie może pojawić się w domu.
Skręciła w las. Bez zastanowienia jechała drogą, nie myśląc w ogóle o tym, dokąd prowadzi.
Ścierała łzy, próbowała opanować płacz. Pierwszy płacz od tak dawna. Zatrzymała się na polanie.
Chodziła bez celu, obijając się o drzewa. Dlaczego to powiedziała? Nie potrafiła tego wytłumaczyć. To był absurd, a jednak to zrobiła. Osłoniła Antka przed atakiem.
– Dramaty! – próbowała zakpić, wywołać w sobie złość, bunt. – Ty przeżyłaś dramat, ty! – przekonywała siebie, jednak bezskutecznie.
Nie mogła się złamać. Nie mogła mu współczuć. Przecież dopuścił się czegoś tak ohydnego!` Był gotowy zostawić rodzinę, porzucić je. Nie kupił jej nawet tych cholernych herbacianych róż! Ze złością kopnęła drzewo. Przyglądała się wgłębieniu w nim. To był jakiś napis, kilka liczb, które z trudem odczytała. 16.04.2006. Cokolwiek ta data oznaczała, poczuła dziwny smutek. Bo wtedy była szczęśliwa, beztroska. Wszyscy tacy byli.
– A teraz nie są! – Zawzięła się. – Nie, nie wybaczę mu tego nigdy! – Rozejrzała się po drzewach tak, jakby to przed nimi się zobowiązywała.
Nie słyszała śmiechu drzew, tego, jak las wyśmiewał jej zobowiązanie. Bo las był stary i mądry. Słyszał zbyt wiele takich przyrzeczeń. I widział jak wszystkie, wcześniej czy później, były łamane. Tak, jak zobowiązanie tej dziewczyny o niebieskich oczach, której śmiech, płacz i krzyk obijał się echem o każde z nich.
Dorota spojrzała na las. Był trochę dziwny. Było pusto, a jednak nie miała w sobie cienia strachu, nawet obawy. Drzewa w skupieniu stały wokół. I dlaczego miała wrażenie, że czegoś im brak?
– Zaczynam wariować – stwierdziła i zrezygnowana wsiadła do Hammera.
Spojrzała na śpiącego w salonie Antka. Podeszła i nakryła go kocem. Zajrzała do dziewczynek, spały spokojnie.
Zeszła na dół, nalała sobie lampkę wina i obserwowała go, jak śpi. Podniosła książkę, która mu wypadła z ręki.
– „Amerykańscy Bogowie” – przeczytała obojętnie kładąc ją na stół.
Weszła do sypialni i włączyła komputer.
„Przepraszam. Sądziłem, że jestem dobrym gliną, że potrafię rozgryźć ludzi z daleka. Jestem idiotą. Przepraszam, że obraziłem twoją rodzinę. Nie zakładałem dramatów. Proszę, wybacz mi. Filip”.
„Zapomnijmy o dzisiejszym dniu. W poniedziałek stawiam obiad. Dorota”.

Trudno było udawać, że nic się nie stało, że nic nie słyszała, że nie było tego dnia, tej rozmowy.
Patrzyła na Filipa i wciąż słyszała wyznanie. Pragnęła je usłyszeć ponownie. Byli lekko zawstydzeni. W końcu on zaczął się śmiać.
– Jak ci się spało? – zapytał z rozbawieniem.
– Nie spałam. – Uśmiechnęła się lekko zażenowana tym chyba zbyt odważnym wyznaniem.
– Tyle mi wystarczy – powiedział spokojnie, wpatrując się w jej oczy.Bo teraz to ona nie mogła spać. Wciąż myślała, wciąż bała się decyzji. Obiecała sobie nie myśleć o Antku. Były dziewczynki. Czy pozwoli jej odejść wraz z nimi? Czy miała odwagę zostawić go zupełnie samego? Przecież on nawet nie zauważy, że jest sam - ironizowała. Jednak coś ją trzymało, coś nie pozwalało go opuścić.

Pomimo, że był październik i wiał silny wiatr, mocno świeciło słońce. Siedzieli w restauracji. Od długich tygodni nie wracali do tamtej rozmowy, choć ona za tym coraz bardziej tęskniła.
– Co byś zrobił, gdybym wtedy zerwała z tobą kontakt? – zapytała zawstydzona.
– Chyba nie dopuszczałem takiego scenariusza – uśmiechnął się.
– Jak to? – nie zrozumiała jego pewności.
– Ja wyłożyłem karty na stół, jest mi z tym dużo lżej, a ty się męcz – wyznał.
– Myślisz, że się męczę? – udała, że jest zdziwiona jego założeniami.
– Jakbyś się nie męczyła, to nie zaczęłabyś tej rozmowy – wyjaśnił.
– Możliwe. – Spuściła głowę.
– Decyzja należy do ciebie. Wiesz, co czuję, staram się zrozumieć, że z mężem łączy cię coś silnie dramatycznego. Chcę, byś była szczęśliwa, a z którym z nas, sama zadecyduj. Poznałaś mnie. Wiesz, że potrafię z tobą rozmawiać, wyciągnąć cię ze złego nastroju, sprawić, byś się śmiała. Jeżeli boisz się o dzieci, to zapewniam, że świetnie potrafię się z nimi dogadywać. Dojrzałem do tego, by mieć rodzinę, zadbać o was wszystkie.
– Ja to wiem. – Była wzruszona.
– Codziennie, zanim wejdę do budynku, patrzę w twoje okno. To takie głupie, ale gdzieś tam wierzę, że któregoś dnia w nim będziesz, że zadzwonisz, że umówisz się ze mną na kolację. – Patrzył na nią tak, jak dawno żaden mężczyzna na nią nie patrzył. Nawet wtedy, gdy prosił ją o rękę, nie było w nim tyle pasji, tyle emocji, co w ciemnych oczach Filipa.
Jego telefon uporczywie dzwonił pomimo odrzucania rozmowy.
– Halo? – Wreszcie poirytowany przyłożył słuchawkę do ucha. – Za jakieś trzydzieści minut. – Spojrzał na zegar. – No trudno, niech czeka… A co mnie to obchodzi? Ja się na nią wystarczająco naczekałem. A niech się denerwuje, w dupie to mam. Nie, będę za trzydzieści minut. – Rozłączył się.
– Praca? – domyśliła się.
- Tak, to nieważne.
Złapał jej dłoń, przyciągnął ją do ust i delikatnie pocałował, patrząc jej w oczy.
Czuła, jak płonie. Jak subtelny pocałunek budzi jej kobiecość, jej potrzeby. Zasługiwała na to, nie umiała, nie chciała się przed tym bronić.
– Muszę wracać – powiedziała cicho.
– Nie musisz – przytrzymał ją.
– Proszę. – Nie potrafiła sobie poradzić z napięciem, jakie wytworzyło się między nimi.
– Zjesz dziś ze mną kolację? – Nie odrywał od niej oczu, przyciągając jej wzrok jak magnes.
– Sprawdź to. – Uśmiechnęła się wstając od stołu, podeszła i delikatnie pocałowała go w policzek.
Teraz stała przy oknie i odliczała minuty do swojego nowego życia. Jej serce waliło jak oszalałe. Zauważyła go pierwsza. Wiał mocny wiatr, a on starał się przed nim uchronić, nastawiając kołnierz swojej kurtki. Lekko pokonał kilka stopni prowadzących do budynku. Powinien się już odwrócić, jego głowa kierowała się w kierunku jej okna. Ale tego dnia nie spojrzał.
Zanim ją dostrzegł, ktoś go zawołał i zwrócił się w tamtym kierunku.
Z rąk wypadła jej komórka, z której miała wybrać jego numer.
Z samochodu wysiadła ona. Krzyczała z daleka do Filipa, podchodząc bliżej. Obojętnie coś odpowiedział. Spojrzała mu w oczy i był jej. Uśmiechnął się lekko, miała go. Nie dziwiła się mu wcale. Jedyne, czego teraz pragnęła, to tam być, być nim. Patrzeć na jej usta pokryte ciemną czerwienią i w niebieskie oczy, otoczone ciemnymi rzęsami. Chciała czuć ich moc, siłę. Tak bardzo za nimi tęskniła. Dlaczego pozwalał, by wiatr rozwiewał jej włosy? Pragnęła je ugłaskać, ochronić, poprawić zsuwające się okulary. Przepuścił ją w drzwiach. Dlaczego nie wtulił się w nią? Ona by to zrobiła. Pragnęła poczuć zapach jej perfum: mocny i orientalny.
Gdy zniknęli, była zła. Nie czuła żalu, bólu, goryczy. Nie było pogardy ani cierpienia, jakie pojawiało się, gdy ona przychodziła w zabijanych na siłę wspomnieniach. Powoli do niej docierało, powoli zaczynała rozumieć. To, co zawsze czuła, to była tęsknota, tak wielka i niedorzeczna. Ta moc, którą ją trzymała przy Antku, to była Agata. Bo nie mogła mu pozwolić, by był z nią szczęśliwy, to miała być kara za to, że ją jej zabrał.
Musiała opanować swój płacz, by widzieć jak wychodzi, by móc ją jeszcze zobaczyć. Niczym narkoman na głodzie wyczekiwała, kiedy się pojawi.
Wreszcie zbiegła zmysłowo ze schodów. Tak, jak tylko ona potrafiła. Tak, że każdy chciał na to patrzeć już zawsze. Założyła okulary. Oparta o samochód zapaliła papierosa i w pośpiechu wyciągnęła telefon. Wiatr rozwiewał jej włosy. Dorota poczuła dziwny smutek, niedorzeczny zawód. Bo ona żyła, rozmawiała, poruszała się. A on nie. Dlaczego funkcjonowała bez niego? Miała o to żal. Agata wsiadła do samochodu i wyciągnęła skrawek kartki. Miała pióro, cholerne pióro Burberry, to samo, w cholerną kratkę. Tak, to na pewno było ono. Dorota z niedowierzaniem wpatrywała się w nie. Dlaczego przestała pisać, dlaczego jej wypadło, dlaczego zaczęła się trząść? Wpatrywała się w jeden punkt. Na parkingu, kilka metrów od jej granatowego samochodu stał Antek. Dziewczynki kucały przy małym psie, on cierpliwie czekał. Nie widział jej, bo odkąd zniknęła, niczego nie dostrzegał. Wtedy w panice odkryła, że oni idą do niej.
– Blanka! – zawołała swoją asystentkę. – Antek tu idzie – powiedziała z paniką. Zatrzymaj ich, nie mogą tu wejść! – krzyczała.
– Dorota, co się stało?
– Biegnij! – Rozkazała zaskoczonej dziewczynie.
Podbiegła do okna z nadzieją, ale nikogo już nie było. Zniknęła. Dorota czuła pustkę, tak wielką, że chciała krzyczeć.
Widziała dziewczynki biegnące z powrotem w kierunku samochodu. Antek stał na parkingu i się rozglądał, czegoś szukał. Chodził otępiały. Ale tego już nie było, a przecież dokładnie w tym miejscu stała. Może czuł jeszcze zapach jej perfum.


Siedziała ze szklanką whisky, co chwilę ją dopełniając. W budynku już nikogo nie było, tylko ona i strażnik.
– Dorota. – Filip stał w drzwiach i patrzył na smutny obraz, jaki sobą prezentowała.
– Napijesz się? – zapytała zrezygnowana.
– Co się stało? – Podszedł do niej bliżej, zatroskany stanem, w jakim się znajdowała.
– Czas niczego nie leczy. – Patrzyła na niego z wyrzutem.
– Dorota, o czym ty mówisz? – Uklęknął przed nią.
– O życiu, moim życiu, moim małżeństwie, o świecie, za którym tęsknię, a on już nie wróci – mówiła, choć wiedziała, że to, co mówi, jest żałosne i bez ładu. Ale nie potrafiła inaczej.
Nalał sobie whisky i usiadł obok.
– Opowiedz mi. – Przytulił ją.
– To ty mi opowiedz. – Wpatrywała się w niego, wyczekując szczegółów, złakniona tego, co on wiedział.
– Nie rozumiem? – patrzył zdezorientowany.
– Co powiedziała, że się uśmiechnąłeś? Czy pachniała tak, jak zawsze? Czy jej spojrzenie było okalające? Czy pragnąłeś, by już została na zawsze?
– O czym ty mówisz? – Nie krył tego, że jej postawa zaczyna go przerażać.
– O Agacie. – Ścierała łzy, wzruszona dźwiękiem wypowiedzianego imienia, gotowa wypowiadać je w nieskończoność.
– Pietrowej?
– Nie, Zimmer – Spojrzała zaskoczona, czując wzmagający się niepokój.
– Zmieniła nazwisko – wyjaśnił.
– Wyszła za mąż? – Patrzyła z przerażeniem, czując jak traci grunt.
– Nie, po prostu zmieniła nazwisko. – Obserwował ją uważnie.
– By jej nie znalazł, by dał te cholerne róże – mówiła sama do siebie. – By kochał nas zamiast niej – wyznawała zamyślona.
– Jakie róże? – Marszczył czoło, w ogóle nie odnajdując sensu w wypowiadanych przez nią słowach.
– Herbaciane – odpowiedziała. – Wiesz, to moje ulubione. – Uśmiechnęła się do niego nostalgicznie.
– Nie, nie wiedziałem – przyznał.
– Ona wiedziała. – Wzruszona starła łzę spływającą po jej policzku.
– To miłe.
– To tragiczne. – Spojrzała z wyrzutem. – Na pewno chcesz poznać nasz dramat?
Nareszcie stawała się wolna, czysta i spokojna. Powiedziała mu wszystko. Wypłakała swój ból. I choć nie spodziewała się tego, on wciąż patrzył na nią tak samo, jak w południe. Nie było w nim litości, była zaduma.
– Mogę dziś z tobą zostać? – zapytała.
– Jesteś tego pewna? – patrzył z nadzieją.
- Tak.Wyjęła swój telefon i zadzwoniła do domu.
– Antek, dziś zostanę we Wrocławiu – powiedziała spokojnie. – Nie jesteś zły? – zapytała. – Do zobaczenia, do jutra – pożegnała się.

Filip patrzył na scenę, którą odegrała. Ale musiała, była mu to dłużna. On zawsze dzwonił, gdy nie wracał i zawsze pytał, czy nie jest zła. Zawsze też mówił: do zobaczenia, do jutra. Nawet jeżeli jutro miał zadzwonić ponownie, by powiedzieć, że nie wróci również kolejnego dnia. Ale wolała to, niż patrzeć, jak się w nocy męczy, jak nie śpi. Teraz wiedziała, czym była jego bezsenność, jakie nosiła imię. Jak piękne były jej oczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz