sobota, 28 grudnia 2013

Papier, kamień czy nożyce (część 1)

Postanowiłam przybliżyć nasz projekt „od kuchni”, czyli jak to się stało, że powstała książka oraz jak nawiązaliśmy współpracę i jak się zaczęła cała nasza zabawa w „papier, kamień czy nożyce”.
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu osób zaskoczeniem jest fakt, że wzięłam się za pisanie. Nie ukrywam, że dla mnie samej jest to również wielką niespodzianką.
Odkąd pamiętam pochłaniałam książki. W tym miejscu przypomina mi się scena z liceum, kiedy z moją przyjaciółką (Anną S.) na lekcji języka polskiego z trudem panowałyśmy nad naszą mimiką, bo zawsze pod podręcznikami, miałyśmy inne książki, które namiętnie czytałyśmy nie zawracając sobie głowy omawianym tematem. Wielkie było moje zdumienie, gdy oglądałam sfilmowane „Przedwiośnie”, które okazało się nie tak zabawne, jak je zapamiętałam z książki. Wówczas przypomniałam sobie, że lektura owszem była na ławce szkolnej, ale pod nią leżał „Lesio” uwielbianej wówczas przez nas Joanny Chmielewskiej.

No tak, ale miliony ludzi czytają książki (z tego grona wyrzucamy Bobby'ego, on się tym brzydzi) jednak nie jest to jednoznaczne z tym, że sami zaczynają pisać.
Mnie jednak dopadło pewne natręctwo, które skutecznie utrudniało czytanie, a mianowicie zaczynałam w swojej głowie modyfikować fabuły; snuć alternatywne losy bohaterów, zmieniać fakty (nieuleczalne tworzenie historii w historii). Natręctwo nie mijało, a wręcz nasilało się. Powoli w mojej głowie zaczynała pojawiać się nieśmiała myśl, że może powinnam spróbować coś napisać, ale w chwilę po niej kolejna, że „Jestem chyba nienormalna! Gdzie ja i pisanie?!”. Dość długo toczył się mój wewnętrzny dialog. Może toczyłby się do dziś, gdyby historia sama nie zaczęła układać się w mojej głowie. Najpierw pojawili się bohaterowie, potem poszczególne sceny, następnie całe dialogi, ale gdy wszystko połączyło się w jedną całość, a dokładnie w trzy części jednej historii, zaczęłam mieć coraz większe obawy, czy moja głowa to wytrzyma. Musiałam przecież oddelegować część mózgu do zmagania się z rzeczywistością, jak każdy :).
I wtedy przemogłam się i powiedziałam – bo wiesz ja bym chciała… chciałabym…. netbooka… bo chcę pisać…
I nie jest ważne do kogo padły te słowa, nieważne kiedy, nieważne jaka była reakcja, nieważne… ważne, że netbooka dostałam.
Było to najlepsze lekarstwo na ból głowy. Zniknęłam na osiem miesięcy. No niezupełnie, ponieważ w rzeczywistości byłam bytem, który tylko przyjmował z kosmosu lampkę wina (właściwie to był kufel piwa, ale „wino” brzmi lepiej :) ) i odgrodzony od świata zewnętrznego słuchawkami na uszach zagłuszającymi muzyką odgłosy domu, z psem grzejącym nogi uwalniałam napęczniałą głowę od historii.
Przez cały ten czas moja mama była wiernym, pełnym zachwytu, czytelnikiem, niestety bezkrytycznym. Potrzebowałam jeszcze innych odbiorców. Zdecydowałam się na trzy bliskie mi osoby. W ten sposób historia Agaty trafiła na koniec świata - do mojej przyjaciółki z Sydney. Australijska przyjaciółka, którą poprosiłam o szczerość, oznajmiła, że nie potrafi być obiektywna, ponieważ zachwyca ją już sam fakt, że ja to napisałam. Od razu znalazła rozwiązanie; poprosiła swoją koleżankę Andzię (zapaloną czytelniczkę książek w ojczystym języku), by ta przeczytała moją powieść i wypowiedziała się. Tym sposobem zdobyłam cztery kolejne czytelniczki, które oznajmiły zgodnie, że im się bardzo podoba. Oczywiście wskazały, że są pewne błędy; a to literówki, a to niedoskonałości stylistyczne, a to… jakieś tam, ale dla mnie najważniejszy był fakt, że sama historia się podoba.
Zapadła decyzja, że skoro się podobało (aż pięciu osobom!), to trzeba coś z tym zrobić. No właśnie coś… i nastąpiło zawieszenie, no bo niby co? I nagle podpowiedź przyszła z końca świata od Andzi, która ma siostrę, która to z kolei mieszka w Londynie i która wreszcie jest korektorem książek. To było COŚ!!!Tak oto Halina, w trakcie londyńskiej przeprowadzki, pewnego wiosennego dnia dostała maila najpierw od siostry, a po kilku dniach ode mnie.
Nawiązałyśmy mailowy kontakt, po czym posłałam na próbę jeden z moich wypielęgnowanych rozdziałów, który uważałam za wręcz doskonały i trudno byłoby się do czegokolwiek przyczepić. Po kilku dniach Halina odesłała mi go i już wiedziałam, że potrzebuję jej bardziej niż byłam w stanie przypuszczać. Rozdział wrócił do mnie w zasadzie cały w czerwieni (kolor, którym posługiwała się Halina). Nie było zdania, w którym nie naniosłaby zmiany, choćby małego czerwonego przecinka, nie mówiąc już o komentarzach, które stanowiły zupełnie odrębną treść i z trudem mieściły się na, wcale nie tak wąskim, marginesie. Na pocieszenie dodała mi, że nie jest źle. Hmmm…, naprawdę nie byłam w stanie wyobrazić sobie, że może być coś bardziej czerwonego niż mój „wypieszczony rozdział”.
I tutaj rozegrał się kolejny etap gry „papier, kamień i nożyce”. Otóż Halina uważa, że pomysł spodobał się jej od razu i gotowa była wejść w ten projekt, natomiast ja uważam, że musiałam ją przekonywać i nad nią pracować, by się jednak zgodziła.
Po ustaleniu, na czym ma polegać nasza współpraca zaczęłyśmy działać. Wtedy okazało się, że stworzyłam nie powieść, a scenariusz, gdzie dialog goni dialog, bohaterowie zbytnio nie myślą, a już na pewno nie okazują emocji w rozmowach. Zrozumiałam, że nie jestem wybitną pisarką (chociaż pięć osób - przypominam! ;) - mnie o tym z ogromnym entuzjazmem przekonywało), a zwyczajną „pisaczką” (walczę z cholernym słownikiem worda, który z uporem maniaka zmienia mi to słowo na „pijaczka”), która wymyśliła historię i nieumiejętnie ją zapisała.
I tak rozpoczęłyśmy pracę na zasadzie „papier, kamień i nożyce”, ponieważ na wiele aspektów mojej książki miałyśmy zupełnie inne spojrzenie i próbowałyśmy jakoś dojść do porozumienia.

Dla mnie była to przygoda życia, choć niejednokrotnie zawalałam noce, dnie oraz życie osobiste.  
cdn...(część 2)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz