niedziela, 5 marca 2017

Prolog

Wjechała na szesnaste piętro biurowca i pewnie wyszła z windy. Postawiła kubek z niedopitą kawą na blacie recepcji.
- Jest coś dla mnie? – zapytała obojętnie recepcjonistkę.
- Nie – uśmiechnęła się do niej dziewczyna, jednak ona nie odwzajemniła uśmiechu.
- Camilla! – zawołał ją Georg, jej przełożony. – Pozwolisz? – Zaprosił ją gestem do swojego biura.
- Dzwonił Stary i prosił, byś do niego przyjechała – wyjaśnił, gdy tylko zamknął za nią drzwi.
- Teraz? Ok. – Jak zawsze była gotowa na każde wezwanie starca.
- Powiesz mi kiedyś, o co chodzi w tych waszych spotkaniach? – zapytał uśmiechając się do niej z lekką przekorą.

- O sentymenty – odpowiedziała szybko i pewnie jak zawsze, nie zdradzając najmniejszych szczegółów ich współpracy. – Był moim pierwszym przełożonym, to on mnie tu sprowadził z zimnej Alaski – przedstawiła znany wszystkim argument.
- Sprowadził ciebie wydział – zauważył.
- To Oskar mnie odkrył, a wydział sprowadził – droczyła się z nim.
- Idź do niego, nie mam sumienia mu odmawiać. – Westchnął, mając jak wszyscy pracownicy wielki szacunek i respekt do byłego szefa wydziału.
- Jesteś o niego zazdrosny? – Odwróciła się przy wyjściu.
- O jego palce – zaśmiał się z trafności swojego dwuznacznego komentarza.
Zmierzyła go chłodnym wzrokiem nie poddając się jego rozbawieniu i pewnie ruszyła w kierunku windy.
Kochała Kalifornię, słońce, ten świat. Jej świat.
W samochodzie spojrzała w lusterko i uświadomiła sobie, że czas przestaje być dla niej łaskawy. Godziny spędzone na siłowni i basenie, co prawda pozwalały zachować młodzieńczą sprawność i sylwetkę, nie działały jednak na brutalne zmarszczki, które bezlitośnie atakowały okolice oczu i czoło. Do nich dołączyły coraz bardziej zauważalne bruzdy wokół ust i wszystko to razem okrutnie obnażało jej wiek..
Dojechała do kliniki, z trudem znalazła miejsce na parkingu. Ostatni raz spojrzała w lusterko , westchnęła .
- Dzień dobry – witała się z pielęgniarkami, które znała od wielu lat. – Jak się dziś czuje?
- Mówi, że jak nowo narodzony – zaśmiała się ciemnoskóra kobieta.
- Czyli dzień, jak co dzień – odparła i otworzyła drzwi do sali.
Uśmiechnęła się widząc Oskara z laptopem. Był stary, naprawdę stary. Znała cel jego życia, jego determinację, która kazała walczyć ze starością, ułomnością.
Pracowała dla niego już ponad 20 lat.

Pewnego dnia, gdy wychodziła ze swojego gabinetu psychoterapeutycznego, pod drzwiami zastała czekającego na nią dużo starszego od niej mężczyznę.
- Dzień dobry. Pani Camilla Wegner? – zapytał, jednak była pewna, że doskonale wie, że to właśnie ona.
- Tak – odpowiedziała mierząc nieznajomego badawczym spojrzeniem.
- Nazywam się Richard Flyyn, jestem tu na zlecenie mojego przełożonego – wyjaśnił.
- Po co? – zapytała bez zbytniej ekscytacji.
- Potrzebujemy pani w Kalifornii – powiedział wprost.
- Słucham? – Wpatrywała się lekko oszołomiona w mężczyznę i nie wiedziała czy to żart, a więc czy powinna zacząć głośno się śmiać, czy może obawiać zamiarów mężczyzny.
- Jest pani najlepszym psychologiem, jakiego udało nam się znaleźć, potrzebujemy pani w naszym wydziale – tłumaczył.
- Jakim wydziale? – z coraz większym zainteresowaniem patrzyła na Flyyna.
- Mogę? – wprosił się do jej gabinetu i zanim zdążyła otworzyć usta wszedł do środka.
- Proszę – westchnęła z rezygnacją.
- Jesteśmy jednostką rządową, tyle dziś mogę pani powiedzieć. – Usiadł przy jej biurku.
Patrzyła na mężczyznę i widziała, że ten się nie podda. Nabierała przekonania, że to wszystko nie jest niesmacznym żartem.
- I to akurat mnie potrzebujecie? W Kalifornii nie ma psychologów? – zauważyła nie rozumiejąc, dlaczego właśnie na niej im zależy.
- Proszę przyjechać na rozmowę, chodzi nam o panią, nie o osobę z dyplomem. – Był bardzo poważny i stanowczy.
- Zastanowię się – obiecała.
- Proszę zbyt długo nie analizować tej propozycji. – Podał jej wizytówkę. – Gdy już się pani zdecyduje, proszę zadzwonić pod ten numer, zorganizujemy pani podróż. Do widzenia, było mi miło panią poznać. Czekamy na telefon – pożegnał się i zdecydowanym krokiem opuścił gabinet.
Camilla siedziała na krześle nieruchomo, wpatrzona w wizytówkę.
- Oskar Erving – przeczytała na głos.
Gdy opuściła budynek, fala rześkiego, nieprzyjemnego powietrza uderzyła ją w twarz. Cała aż się zatrzęsła, nie wiedziała czy bardziej z zimna, które ją przeszywało coraz mocniej, czy z poirytowania. Wprost nie znosiła chłodu. Jak na złość, jej samochód nie chciał zapalić, nie miała ani siły, ani ochoty przemierzać w taką pogodę czterech kilometrów pieszo do domu. Wróciła do biura i zadzwoniła do baru swojego chłopaka.
- Mark możesz po mnie przyjechać? Znowu zepsuł mi się samochód – poprosiła, gdy odebrał.
- Camilla, przesadzasz, nie zachowuj się jak księżniczka – mówił lekko poirytowany.
- Piłeś – powiedziała chłodno od razu rozpoznając powód jego odmowy.
- No, wypiłem ze dwa piwka z chłopakami – przyznał obojętnie. – Ale to nie zmienia faktu, że ty się nad sobą niepotrzebnie rozczulasz.
Nie miała ochoty dłużej go słuchać, więc odłożyła słuchawkę.
Ze złością szła przez miasto, grzecznie odpowiadając na powitania ludzi, tak doskonale jej znanych, nieskomplikowanych, mało interesujących.
Było jej zimno. Od zawsze wiedziała, że miejsce, w jakim przyszła na świat, dorastała, żyła, było wielką pomyłką losu. Upewniła się, że w kieszeni nadal ma wizytówkę.
- Kalifornia – westchnęła patrząc na adres siedziby biura Oskara Ervinga.
Od dziecka miała ten dar, moc, umiejętność. Zawsze natychmiast odczytywała, gdy ktoś kłamał czy choćby nie mówił wszystkiego. Wiedziała, że stać ją na więcej, niż przyjmowanie sąsiadów, których depresję potęgowało zimno i alkohol. Kilka razy pomogła szeryfowi w przesłuchaniu świadków. Co jakiś czas zgłaszała się do niej po pomoc policja. Wtedy na krótko zaczynała czuć, że żyje, spełnia się. Już dawno dotarło do niej, że Alaska nie była w stanie zaspokoić jej potrzeb. W tym świecie kwintesencją kobiecości było rodzenie dzieci i dbanie o domowe ognisko, w żadnym wypadku nauka, kariera i ambicje. Tu wszystko było prymitywne i banalne. Chciała więcej.
- Cześć, mamo. – Weszła do domu i tupała zapamiętale na wycieraczce, chcąc się rozgrzać.
- Camilla, a co z samochodem? – Matka spojrzała na nią zaskoczona.
- To, co zawsze. – Wzruszyła ramionami.
- Wychodzisz dziś wieczorem? – zapytała z lekkim uśmiechem, pod którym czaiła się duma, że jej córka spotyka się z Markiem, właścicielem baru, dzięki czemu istnieje szansa, że pomimo zbliżającej się trzydziestki, nie zostanie starą panną.
- Nie – odpowiedziała stanowczo, obserwując zawód malujący się na twarzy matki. – Muszę zadzwonić. – Podeszła do telefonu i sięgnęła po słuchawkę, jak się później okazało, odmieniając tym swoje życie.
Po trzech dniach z podekscytowaniem patrzyła na imponujący, szklany biurowiec. Był upał, czuła jak jej ciało płonie z gorąca, a życie nabiera sensu.
- Pani Camilla Wagner – zapowiedziała ją kobieta otwierając drzwi gabinetu w końcu korytarza.
- Dzień dobry – powiedziała wchodząc do gabinetu z uwagą wpatrując się w staruszka na wózku.
- Oskar Erving – przedstawił się. Podjechał do niej na wózku i zaskoczył ją siłą swojego powitalnego uścisku dłoni. Po wieku i niepełnosprawności spodziewała się symbolicznego dotyku, ale ten starzec w dłoniach miał prawdziwą, żywą moc. – Proszę usiąść – wskazał jej miejsce.
Usiadła naprzeciwko.
- Pewnie dziwi panią, dlaczego taki starzec, jak ja jeszcze żyje, a co dopiero pracuje? – Uśmiechnął się łagodnie. – Odpowiem krótko, moje ciało jest stare, ale tu – pokazał na swoja głowę – tu się wciąż rodzi życie. – Biło od niego ciepło tak przejmujące, że nie potrafiła się mu opierać.
Próbowała go rozgryźć, zrozumieć, przeanalizować. Jedyne, czego była pewna od pierwszego spojrzenia to to, że ma do czynienia z niezwykle szczerym i dobrym człowiekiem.
- Potrzebuję psychologa. Nie dobrego, nie bardzo dobrego, ja chcę doskonałego, najlepszego. – Spojrzał pytająco w jej oczy.
Czuła, że odnalazła swoje miejsce, że jest właśnie tą osobą, o którą on się dopomina i wiedziała, że on też ma tego świadomość.
Po długiej rozmowie uśmiechnął się, a jego brązowe oczy patrzyły na nią łagodnie.
- Proszę przedstawić mi mój portret psychologiczny – poprosił z chłopięcym, przekornym uśmiechem.
- Był pan ze mną szczery – zaczęła. – Ale jest coś, o czym pan mi nie powiedział, a chce. – Była tego pewna. – Praca jest pana życiem, co nie jest wielkim odkryciem, ale determinacja, jaką pan wykazuje, ma inne podłoże.
- Czekałem na panią. – Pokiwał z zachwytem głową.
Tego dnia zaczęła pracować w tajnej jednostce rządowej, zajmującej się terroryzmem.
Przez pierwsze miesiące uczyła się. Zarywała noce, by zgłębić psychikę wojowników z dalekiego wschodu. Oskar widział w nich zagrożenie, a ona poruszona jego doświadczeniem i mądrością, na nich się koncentrowała.
Oskar przez wiele lat przewodził w Bostonie jednostce podobnej do tej w Los Angeles, tyle że zagrożeniem wówczas był wschód Europy i ZSRR.
Był dziwnym starcem. Miał obsesję związaną z komputerem.
- W tym leży przyszłość – powtarzał jej wciąż.
Przekonała się o tym dość szybko, gdy świat przestępczy wzmocnił się o siłę, jaką stał się internet. Oskar uczył ją, jak poruszać się w sieci, by nie wzbudzać sobą zainteresowania. Jak pokonywać hasła, jak włamywać się do innych komputerów. Jak znaleźć to, czego się szuka.
Już wtedy byli już przyjaciółmi. Nazywał ją swoją tajną bronią.
Oskar zaufał jej na tyle, by powierzyć jej największą ze swoich tajemnic. Stała się jedyną posiadaczką pełnej wiedzy. Przyrzekła mu pomóc.
Teraz patrzyła na niego z czułością i nie mogła wyjść z podziwu, jak jego zniedołężniałe palce sprawnie przesuwają się po klawiaturze.
- Jesteś. – Wskazał na miejsce obok swojego łóżka, odkładając laptopa.
- Słyszałam, że dziś znowu czujesz się jak nowo narodzony. – Pocałowała go w policzek na powitanie.
- Nie. – Spojrzał w jej oczy i od razu rozpoznała jego stan. – Robię się słaby.
- Masz prawo. – Starała się go wspierać.
- Camillo – dotknął jej dłoni – on ją znajdzie, prawie udało mu się mnie przechytrzyć. Jestem stary i nieuważny. – Parsknął zirytowany, nie godząc się na swoją niedołężność.
- Mam się nią zająć? – upewniła się.
- Nie wiem, ile mamy czasu, on zna jej imię, Richarda i moje – mówił pełen obaw. - Dla kogoś takiego, jak on to zdecydowanie zbyt dużo. To może wystarczyć. – Patrzył z nadzieją w jej oczy.
- Skąd je ma?
- Nie mam pojęcia – westchnął bezradnie. – Ty jej to musisz powiedzieć. – Jego oczy zawsze błyszczały, gdy wspominał o wnuczce.
- Dobrze – skinęła głową. – A co z Lindą? – zapytała o matkę dziewczyny, córkę Oskara.
- Pracuj z nią, ona też będzie ciebie potrzebowała. – Troska o córkę jednak nie była tak wielka, jak o wnuczkę.
- Może powiedz jej prawdę? – zasugerowała delikatnie. Była jednak pewna, że to znacznie ułatwiłoby jej współpracę z Lindą, przede wszystkim miałaby w niej sprzymierzeńca.
- Ma jej zbyt wiele, i tak nie radzi sobie z tym, co wie. Postaraj się ją na to jakoś przygotować.
- Kiedy mam rozpocząć pracę? – zapytała wprost.
- Jak dostaniesz informację, że plik „Gratuluję” został otwarty.
Skinęła posłusznie głową. W lot zrozumiała o co chodzi, od dawna już była wprowadzona we wszystkie zabezpieczenia tego programu.
- Ile czasu mu to zajmie, jak sądzisz? – zapytała.
- Niewiele. Masz tu jego dokumenty i wszystkie dane, to nie jest zły chłopak, on poniekąd robi to dla siebie. – Nie ukrywał sentymentu do człowieka, który zagrażał ich tajemnicy.
- Zobaczymy. – Westchnęła zgrywając z komputera plik o tytule Jack.
- Jest prawie tak dobry jak ja – zamyślił się. – Może powinien dla nas pracować? – analizował.
- Mam nadzieję przekonać się o tym jak najpóźniej. – Spojrzała w oczy przyjaciela. – Wiesz, że czeka nas z nią niełatwa i długa praca?
- Wiem, ale dbaj o nią, nie spiesz się z niczym, ona musi to wiedzieć. – Uparcie wierzył, że to uratuje dziewczynę.
- Wiesz, że chcę jej pomóc – zapewniła solennie. – I pomogę – dodała.
Oskar zmarł po trzech miesiącach od tej rozmowy. Plik „Gratuluję” został otwarty dwa tygodnie po jego pogrzebie. Miała dziwne przeczucie, że Oskar zadbał o to, by chłopak złamał wszelkie szyfry w tym właśnie czasie. By start wszelkich działań, który wiedziała, że w końcu nastąpi i na który czekała, miał miejsce zaraz po jego śmierci, gdyż podstawy do pracy pojawiły się właśnie w związku z tą smutną okolicznością.

Spojrzała w lustro i z satysfakcją odkryła, jak wielką moc ma chirurgia plastyczna.
Dopiła kawę, zgasiła papierosa, wyszła na taras swojego apartamentu, z cudowną, nieprzemijającą ekscytacją odkrywając, że jest kolejny, upalny dzień. Choć był listopad 2007 roku, na zewnątrz panowało lato.

Otwierała nowy etap. Przechodziła do nowego zadania, na które Oskar przygotowywał ją niemal dwadzieścia lat. Nigdy nie ukrywał przed nią, że istotnym powodem, dla którego została sprowadzona do słonecznej Kalifornii, była Nina. Dziś rozpoczynała z nią pracę.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz