niedziela, 5 marca 2017

Rozdział 1 - Powrót.

Czuła kojący spokój. Mimo, że nie otworzyła jeszcze oczu, dobrze wiedziała gdzie jest, dokąd wróciła. Rozpoznała zapach, poranny gwar i lekko się uśmiechnęła. Powoli akceptowała to kim jest, godziła się na wieczne powroty do miejsca, gdzie mogła być sobą, gdzie nie musiała udawać kogoś innego. Otworzyła oczy. Białe ściany napełniły ją nostalgią. Spojrzała w zakratowane okno i poczuła dreszcz emocji.
- Wróciłaś! – W progu jej sali stała bardzo chuda dziewczyna o kruczoczarnych włosach, której widok napawał ją tysiącem ciepłych, wręcz nostalgicznych uczuć.
- Cześć – usiadła na łóżku – tęskniłaś? – Wyciągnęła do niej ramiona.
- Wiesz, że tak. – Dziewczyna wtuliła się w Ninę głośno wzdychając.
- Moja kochana Maggie Atkins! – Pocałowała ją w policzek, po czym mocno objęła, napawając się słodkim zapachem jej włosów i skóry.
- Nina, co tym razem zrobiłaś? – Maggie patrzyła na nią czule swoimi wielkimi, ciemnymi oczyma, które były okolone przez długie, czarne rzęsy.

- To, co zawsze. – Wzruszyła ramionami i położyła się rozbawiona na łóżku. – Pobiłam dwie zołzy, ale uwierz, że naprawdę na to zasłużyły – przekonywała ją.
- Co zrobiły? - Maggie mocno w nią wtulona wypytywała z ciekawością, złakniona wieści o tym, co wydarzyło się w świecie poza miejscem, w którym się znajdowała.
- Śmiały się z dziewczyny, która nie potrafiła tańczyć, bo była o kulach – Nina zerwała się z łóżka, po czym z łatwością wskoczyła na wysoki parapet i z rozrzewnieniem obserwowała krajobraz przez zakratowane, szpitalne okno.
- Mocno dostały? – zapytała obojętnie Maggie nie reagując na jej poczynania.
- Mocno. – Zeskoczyła z parapetu i delikatnie ugryzła ją w policzek. – Co nowego?
- Przywieziono kolejną, która próbuje się zabić, widzi zmarłych. – Maggie spojrzała jej w oczy z przejęciem i wzięła głęboki oddech. - No i wróciła Frankie – powiedziała smutno opuszczając głowę.
Nina nagle całą sobą poczuła żal, jaki zawsze ją dopadał, gdy Frankie po raz kolejny odnosiła porażkę życia na zewnątrz, gdy szaleństwo brało górę nad rozsądkiem. I choć sama przechodziła przez to samo, siebie nie żałowała, ale Frankie była wyjątkowa, mądra i nie powinna była zatracać się w przeszłości tak bardzo, by powracać do tego miejsca.
- Nie można do niej wchodzić – ostrzegła Maggie.
- Bo? – Pytająco spojrzała na dziewczynę swoim wyrazem twarzy dając do zrozumienia, że żadne zakazy jej nie obchodzą.
- Nie wiem, jest na końcu korytarza w izolatce. – Zbyt długo znała Ninę, by zakładać, że cokolwiek jest w stanie ją zatrzymać.
- Chodź! – Nina zerwała się z łóżka i biegła przez długi, jasny korytarz.
Słyszała za sobą delikatne kroki Maggie. Stanęła pod drzwiami i nasłuchiwała. Wewnątrz nie było nikogo z personelu.
- Frankie – powiedziała cicho. – Jesteś tam?
Nikt nie odpowiedział.
- To ja, Nina – mówiła ściszonym głosem czujnie oglądając się za siebie, pełna obaw, by nikt ich tam nie nakrył.
W zamkniętej sali coś stuknęło.
- Zapukaj jeden raz jeśli mam zostać, dwa jeśli mam iść – instruowała.
Jedno stuknięcie.
- Maggie, daj mi swoją spinkę – powiedziała cicho do koleżanki, która posłusznie spełniła jej prośbę.
Rozejrzała się i kilkoma ruchami otworzyła drzwi, szybko wciągając skonsternowaną Maggie do środka i zamknęła je w sali.
- Frankie! – Podeszła bliżej do kobiety zapiętej w pasy. – Biedactwo... – Przetarła jej twarz mokrym ręcznikiem. – Nieźle cię naszprycowali, skoro nie masz siły krzyczeć.
Frankie zawsze krzyczała powracając do szpitala. Jej krzyk był wyrazem buntu wobec życia, które tak brutalnie z nią się obeszło.
Nina czuła wzbierający w niej gniew, gdy patrzyła na kobietę, która była tak otumaniona silnymi środkami, że nie miała siły utrzymać powiek, by spojrzeć na nią i Maggie. Nie mogła dać ujścia swoim emocjom, gdyż bezduszni lekarze za dobrze ją znali i postanowili zapanować nad jej wrzaskiem rozpaczy.
Frankie Stone od dwudziestu lat poszukiwała swojego dziecka, które zostało uprowadzone w wieku niemowlęcym. Nigdy się z tego nie podniosła. Nie rozumiała, że jej syn miałby już dwadzieścia lat. Frankie co jakiś czas uprowadzała niemowlę wierząc, że odnalazła swoje zaginione dziecko.
- Przyjdziemy do ciebie wieczorem. – Nina pocałowała ją w policzek.
Z trudem wychodziła, widząc smutek i desperację w oczach zagubionej matki, którą ktoś pozbawił sensu istnienia, a przy życiu trzymała ją tylko nadzieja, że kiedyś odnajdzie dziecko.
Później, już w sali, próbowała zmusić Maggie do zjedzenia kilku łyżek ciepłej zupy. Było to niezwykle trudnym zadaniem,
- Bo stąd wyjdę! – groziła dziewczynie cierpiącej na anoreksję.
- Nie. – Poddawała się Maggie z trudem biorąc do ust łyżkę rzadkiej zupy.
- Masz zjeść to wszystko – wskazała na rację, która dla zdrowej osoby była głodową.
Pilnowała, by wszystko w siebie wmusiła i przełknęła. Kolejne godziny chodziła za nią jak cień, by tego nie zwymiotowała.
- Co robiłaś przez ten rok? – zapytała ją Maggie, gdy Nina wieczorem rozczesywała swoje długie, kręcone, jasne włosy.
- To nie był dobry rok. – Zamyśliła się.
- Długo będziesz? – zapytała nieśmiało dziewczyna z trudem ukrywając swoje pragnienie, by ta została na zawsze.
- Nie wiem, znasz mnie. – Uśmiechnęła się smutno. – Ja nawet jak wyjdę, to wrócę.
Stęsknione trzymały się za ręce, idąc na świetlicę. Nina lekko podskakiwała, podekscytowana tym, że na nowo znalazła się w szpitalu. Uśmiechała się do znajomych przedmiotów, dotykając ich z rozrzewnieniem, jakby się z nimi witała. Czuła się tak, jakby wróciła do domu.
- Cześć – pozdrowiła głośno wszystkich wchodząc pewnie do świetlicy, w której przy czteroosobowych stolikach gromadzili się pacjenci ubrani w identyczne, jasnozielone kitle.
Patrzyła po twarzach bardzo dobrze jej znanych, zagubionych ludzi, którzy od tak wielu lat tkwili w tym miejscu. Tylko kilku nieznajomych z zaciekawieniem jej się przyglądało, pozostali bez wielkiego zaskoczenia obrzucili ją obojętnym spojrzeniem. Jej powroty na nikim już nie robiły wrażenia, nie były żadnym zaskoczeniem.
- O proszę, kogo my tu widzimy! – głośno zadrwiła gruba dziewczyna w mocnym makijażu, która cierpiała na przypadłość odwrotną niż choroba Maggie. Potrafiłaby zjeść drewno czy plastik, byle tylko zaspokoić swoje niepohamowane łaknienie.
- Wal się. – Nina przeszła obojętnie siadając przy wolnym stoliku pod ścianą, tuż obok niej usiadła wychudzona kompanka.
- Co, komplecik nam się na nowo odnalazł? – Dziewczyna zbliżała się do nich, wzbudzając odrazę swoją masywną posturą. – Wasza Frankie znów sobie dzidziusia przygruchała – kpiła przybierając pewną postawę.
- Zamknij się, Samantha – ostrzegła głośno dziewczynę Maggie, łapiąc Ninę za rękę, starając się tym samym ją uspokoić.
Nina resztkami sił zdołała trzymać nerwy na wodzy i usiedzieć przy stoliku, jednak czuła rosnącą agresję. Choć Samantha przy niej wyglądała jak monstrum, znała swoją siłę i wiedziała, że potrafi powalić ją bez trudu.
- Nina, jej właśnie o to chodzi, żeby ciebie sprowokować – uspokajała ją cicho wystraszona Maggie.
- Ja? – Samantha wciąż nad nimi stała rzucając na ścianę ogromny cień, którego kształt był nie do określenia. – Ja tylko chciałam grzecznie zapytać, kiedy twój dziadek swoimi wpływami wyciągnie ciebie z tego miejsca?
Nim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać, Nina zerwała się z krzesła. W ostatniej chwili jednak powstrzymała się i podeszła do okna, mocno oddychając. Uderzała rytmicznie w parapet próbując swoje myśli skierować na inny tor, zmusić się do opanowania.
- Zamilcz! – ostrzegła przez zęby grubą dziewczynę rzucając jej gniewne spojrzenie.
- A co? Boisz się, że już mu się znudziło, to pomaganie wariatce? Oj, jaka szkoda, a myślałam że zobaczę zombie na wózku, który dostarczy ci czerwone grejpfruty! - Samanta wydęła dolną wargę robiąc przy tym minę grubego, smutnego clowna.
Nie było już siły, która mogłaby ją powstrzymać. Nina wskoczyła na wielką dziewczynę, powalając ją szybko na ziemię.
- Żryj to! – Zaczęła jej usta napychać ziemią z doniczki. – Żryj to, wielorybie! – Nie panowała nad niczym, z furią wpychała do jej ust ziemię i kwiat, które wcześniej zdobiły okienny parapet.
Gdzieś w oddali usłyszała brzęk pękającej doniczki i przerażony krzyk Maggie.
- Warren! – krzyczała Maggie do pielęgniarza. – Warren!

Na swoich dłoniach i kostkach czuła zimne, sztywne, skórzane opaski. Odurzenie spowodowane lekami przestawało działać. Nie miała pojęcia, ile czasu spała. Powoli, z wielkim bólem głowy wracało do niej to, co zrobiła i tak, jak zawsze nie widziała w tym swojej winy.
- Cześć. – Usiadła przy niej skruszona Maggie. – Przepraszam, ale musiałam interweniować – tłumaczyła się przed nią.
- Po co? – Obróciła głowę w stronę ściany.– Zabiłabym ją wreszcie – wysyczała obrażona.
- Właśnie dlatego.
- Ile dni mnie tu już trzymają? – zapytała oschle.
- Dziś jest trzeci. – Koleżanka z troskę poprawiła jej włosy.
- Byłaś u Frankie?
- Tak, już z nią lepiej – mówiła przejęta. – Nina, nic nie wiedziałam o twoim dziadku. – zaczęła Maggie niepewnie.
Nina spojrzała na nią ze złością.
- Krzyczałaś, gdy dostałaś leki – wyjaśniła Maggie opuszczając głowę.
- Zostaw mnie – rozkazała Nina. Nie chciała słyszeć pytań, nie chciała odpowiadać.
- Jak chcesz. – Maggie wstała. – Może wieczorem razem z Frankie cię odwiedzimy? – nie ustępowała.
- Nie przychodźcie tu! – krzyknęła władczo.
- Przyjdziemy. – Dziewczyna nie zamierzała się poddać.
Gdy usłyszała zamykające się za Maggie drzwi, zacisnęła powieki i czuła, jak po jej policzkach spływają łzy. To co, że był stary? Co z tego, że żył o wiele za długo? Był jej, kochał ją, zawsze to wiedziała, a ona kochała go! Teraz go nie było. Zawsze źle znosiła straty, zawsze wtedy popadała w stan, który doprowadzał ją do tego miejsca. Do miejsca, z którego nie potrafiła się wydostać.
Wieczorem była już spokojniejsza, jednak nie miała ochoty na towarzystwo.
Frankie i Maggie nie przejmowały się tym, że nic do nich nie mówi, że nie patrzy na nie.
- Musisz się postarać, inaczej nie wyjdziesz do domu na święta – próbowała przemówić do niej Frankie. – A chyba nie chcesz, by twoja mama została sama w Boże Narodzenie?
- Zostaję tu – odezwała się wreszcie do koleżanek.
- Nie możesz! – Frankie upierała się.
Zamknęła oczy. Minęło już tyle dni, od kiedy straciła Oskara, swojego dziadka. Została jej tylko matka i ich wielki, pusty dom. Nie miała sumienia zostawić jej samej, ale też nie miała wystarczającej motywacji by walczyć, by zmierzyć się z tym wszystkim, co czekało na nią na zewnątrz majestatycznego gmachu szpitala psychiatrycznego.

Poranny szpitalny gwar zmusił ją do bolesnej pobudki. Z zadowoleniem odnotowała, że ją odpięli. Usiadła na łóżku i rozcierając nadgarstki w milczeniu obserwowała, jak niewysoka, szczupła pielęgniarka o azjatyckich rysach w skupieniu przygotowuje dla niej porcję leków.
- Masz wizytę – powiedziała stanowczo do Niny nawet na nią nie spoglądając.
- Wizytę? Normalną, czyli ktoś mnie odwiedził, czy taką, że kolejny pieprzony specjalista chce ze mną rozmawiać?
- To drugie – odpowiedziała chłodno.
- To ja dziękuję. – Nina nakryła się kołdrą.
- Radzę ci udać się na to spotkanie. – Azjatka niewzruszenie stała nad jej łóżkiem.
- No popatrz, Kazuko, a mam na dziś inne plany. – Lekceważąco przełożyła się na drugi bok.
- Jeśli sama nie wstaniesz, zawołam Warrena!
- Zaniesie mnie? – udała rozmarzoną Nina.
- Nie, zwiąże i dostaniesz dawkę na kolejne dni – zagroziła, lekkim ruchem dłoni przeczesując swoje włosy o wściekle kanarkowym odcieniu, z których Nina notorycznie się naśmiewała.
- Przecież jestem spokojna... – Nina ostentacyjnie leniwie się przeciągnęła, celowo igrając z formalistyczną pielęgniarką.
- Kogo to obchodzi? Masz pięć minut. – Kazuko wyszła z sali.
Nina była zła, ale ubrała się i wyszła. Z trudem walczyła, by nie wykrzyczeć za pielęgniarką, jak bardzo jest beznadziejna, kiedy próbuje na siłę ukryć swoje korzenie i za pomocą tandetnego, żółtego koloru włosów stać się Amerykanką, choć w swoich poczynaniach była niczym opętany kamikadze. W ostatniej chwili odpuściła. Doskonale znała wszystkie zasady, których musiała przestrzegać, jeśli chciała w spokoju przetrwać w szpitalu. Nauczyła się też dziesiątek sztuczek, jak uniknąć tych formalności, gdy tylko była tak możliwość. Była mistrzynią w irytowaniu i zwodzeniu psychologów i psychiatrów. Czasami te spotkania traktowała wręcz jak rozrywkę, czerpiąc dziwną przyjemność z wyprowadzania lekarza w pole. Z takim właśnie nastawieniem szła tego listopadowego ranka do gabinetu terapeutycznego. Nie spieszyła się zbytnio, by od początku dać jasno do zrozumienia kolejnemu specjaliście, kto będzie dyktował warunki. Po drodze zajrzała jeszcze do przyjaciółki.
- Jadłaś? – zapytała stojąc w progu sali Maggie.
- Nie – odpowiedziała ta spuszczając wzrok.
- Teraz idę do spowiedzi. – Spojrzała na nią porozumiewawczo. – Jeśli nic nie zjesz przestanę, a wtedy na nowo mnie zwiążą. Kazuko mi groziła – zaszantażowała dziewczynę.
- Zjem – obiecała przerażona Maggie.
- Frankie i tak ciebie przypilnuje – rzuciła wychodząc.
Bez pukania weszła do gabinetu. Znała go zbyt dobrze, by cokolwiek mogło ją w nim zainteresować, udała się prosto do celu, zdecydowanie przecinając go po przekątnej. Przy biurku siedziała kobieta o krótkich, starannie wystylizowanych blond włosach. Miała ładny makijaż i kremową, idealnie dopasowaną sukienkę, która doskonale kontrastowała z niebieskimi tęczówkami jej oczu. Siedziała wyprostowana w fotelu za ciemnym biurkiem i intensywnie szukała spojrzenia Niny. Gdy już je odnalazła, w skupieniu wciąż podtrzymywała kontakt wzrokowy.
- Chciała mnie pani widzieć. – Nina swobodnie rozsiadła się w fotelu.
- Nina Flyyn? – upewniła się kobieta, wciąż się w nią wpatrując.
- Nie, Woody Allen – odpowiedziała z ignorancją.
- Camilla Wegner – przedstawiła się zupełnie nie reagując na zaczepki. – Jestem tu, by zająć twoim przypadkiem.
- Mogę się nie zgodzić? – upewniła się Nina w skupieniu oglądając swoje dłonie, które zdecydowanie wymagały pielęgnacji.
- Nie radzę. Masz kłopoty – przestrzegła psycholog.
- Od zawsze, przyzwyczaiłam się. – Obojętnie wzruszyła ramionami. – No to się nie zgadzam. – Z satysfakcją spojrzała na Camillę, która, co zaskakujące, zachowywała się tak, jakby spodziewała się uników Niny.
- Grozi ci więzienie – powiedziała ze spokojem.
- Trudno. – Udała, że ją to nie poruszyło, choć tak naprawdę te słowa ją zaskoczyły. Do tej chwili żaden z psychologów nie zastosował takiej metody.
- Nie ignoruj tego. Twój dziadek nie żyje, nie wyciągnie cię stąd.
Nina czuła, jak narasta w niej gniew. Jakim prawem ta kobieta powołuje się na jej dziadka?
- Skąd wiesz o moim dziadku? – zapytała w złości, mrużąc oczy.
- Z dokumentów – odpowiedziała obojętnie Camilla. – Masz poważne problemy. Jeżeli zaczniesz ze mną współpracować, pomogę ci stąd wyjść.
- Podoba mi się tu – powiedziała dosadnie.
- W więzieniu nie będzie. – Patrzyła odważnie jej w oczy pochylając się lekko w jej kierunku.
- Co tak bardzo interesującego jest w moim przypadku?
- Wszystko. – Camilla wzruszyła ramionami. – Wiem, że mogę ci pomóc.
Nina parsknęła i z lekceważącym uśmiechem patrzyła na tę ładną kobietę za biurkiem. Próbowała rozszyfrować czy blefuje, czy też rzeczywiście zamierza wysłać ją za kratki.
- Wow! – zadrwiła. – Takich, jak ty, było już wielu.
- Takich jak ja tu nie było, zapewniam cię. To jak? – Była zbyt pewna siebie i zbyt odważnie patrzyła Ninie w oczy.
- Ile mam czasu na zastanowienie się? – Nina na nowo niezwykle żywo zainteresowała się swoimi dłońmi, próbując odsuwać skórki z płytki paznokci.
- Nie masz czasu, ale dam ci jeden dzień – łaskawie zgodziła się terapeutka.
- Ile? – Roześmiała się nie mogąc pozwolić, by ta pewna siebie kobieta choć przez chwilę miała złudzenie przewagi.
- Dwadzieścia cztery godziny – podkreśliła Camilla.
- To zapukam tu jutro. – Spojrzała na zegar z lekka przekorą. – Dokładnie o ósmej, bo jak rozumiem, minuta spóźnienia będzie zerwaniem umowy? – drwiła.
- Będę czekać.
- To do zobaczenia. – Wstała lekko. – Może – dodała na odchodne.
- Twój tatuaż – zainteresowała się Camilla. - Mogę go zobaczyć? - zatrzymała ją.
Nina podeszła i z dumą pokazała wewnętrzną stronę swojego prawego ramienia, które pokrywał zapis w dialekcie arabskim.
- Oko za oko, ząb za ząb – odczytała Camilla po chwili.
Nina nie okazała, jak wielkie wrażenie to na niej zrobiło. Nawet jej matka nie znała znaczenia tych słów, nazywając je szlaczkiem.
- Dobrze odrobione zadanie domowe – Nina pochwaliła ją mrugając szybko. – Oj, jak bardzo jestem poruszona! Trafiłam na młodą, ambitną, absolwentkę psychologii.
- Dziękuję – uśmiechnęła się szeroko psycholog odsłaniając piękne zęby. – Ale przypominam ci, że żyjemy w mieście, w którym metryka nie ma nic wspólnego z naszym wyglądem.
Nina z uwagą spojrzała na nią z bliska. Z zaskoczeniem odkryła, że jej dłonie i dekolt zdradzają coś więcej niż twarz.
- Ile miałaś operacji? – zapytała Nina rozbawiona.
- Wystarczającą ilość, by czuć się dobrze.
- Bolało? – zapytała zafascynowana tym, że ta zdradza jej tak intymne sekrety.
Camilla wzruszyła ramionami lekko się uśmiechając.
- Nina! – zawołała ją przed wyjściem. – Daj sobie tę ostatnią szansę – gdy to mówiła, ledwo dostrzegalnie puściła do Niny oko.
- Ale na co to jest szansa? – zapytała z ironią.
- Na poznanie siebie.
- Chyba nie mam na to ochoty – odburknęła i zamknęła za sobą drzwi.
Nigdy nie analizowała terapii, tym bardziej terapeutów. Camilla była inna, miała w sobie coś magnetycznego, coś, co ją intrygowało. Jednak Nina miała zasady i nie zamierzała nagle ich łamać dla wychuchanej lali, która była trochę inna niż cała reszta tych konowałów. Postanowiła wyrzucić poranne spotkanie ze swojej głowy, jednak zignorowanie Camilli nie było do końca tak łatwe, jak się Ninie zdawało, co drażniło ją dodatkowo.
- Co ci? – zapytała ją Frankie, gdy próbowały nakarmić Maggie.
- Myślisz, że jest dla nas szansa na normalność? – zamyśliła się Nina.
- Nie ma ludzi normalnych, są bardziej lub mniej zagubieni, bardziej lub mniej nad tym panujący – wygłosiła bez animuszu Frankie.
- Mądra jesteś, Frankie – wyznała Maggie z trudem łykając kęs chleba.
- Dopóki nie widzę niemowlaków. – Uśmiechnęła się smutno. – Powinnam być tu zawsze. Tu rozumiem, że mój Andy jest młodym mężczyzną, tam – wskazała na okno – zapominam o wszystkim i odbiera mi rozum na widok niebieskich śpioszków.
- Zobaczysz, znajdą go – infantylnie zapewniła ją Maggie.
- Może ma szczęśliwy dom, po co mu jeszcze matka wariatka. – Patrzyła w zakratowane okno oddzielające je od realnego życia. – Mam małe mieszkanie, nie mam pieniędzy – mówiła ze smutkiem.
- Przestań – upomniała ją Nina. – Nikt, kto kradnie dziecko, nie zasługuje na nie. Nie zasługuje na nic.
- Andy miał znamię – pokazała na swoją łopatkę Frankie – podobne do mojego, ale nigdy nie powiedziałam policji, by się tym nie kierowali. Znamię można przecież usunąć, a oni pewnie by polegali głównie na tym.
- Dlaczego teraz dopiero o tym mówisz? – Maggie zaskoczona wypluła jedzenie.
- Nie wiem – odparła smutno.
- Masz gościa. – W wejściu stała Kazuko i patrzyła na Ninę.
- Kolejny super-psycholog? – Nina nawet nie podniosła głowy, by spojrzeć na pielęgniarkę.
- Twoja mama.
- Mama! – Podniosła się szybko i pobiegła do sali odwiedzin.
Spojrzała przez szybę w drzwiach i podekscytowana czekała, aż ją wpuszczą. Niecierpliwie popędzała Warrena, by otworzył drzwi.
- Mamo. – Wtuliła się w kobietę o jasnych długich włosach.
- Kochanie – matka mocno trzymała ją w ramionach – jak się czujesz? – pytała z troską.
- Nie martw się o mnie. – Usiadła przy niej z uśmiechem przyglądając się jej.
Jej matka była kolejnym przykładem na to, że w tym mieście metryka nie jest wyrokiem. Zbliżała się do siódmej dekady, a wciąż robiła wrażenie na mężczyznach. Była uzależniona od medycyny estetycznej i choć w mniemaniu Niny była najpiękniejszą kobietą na ziemi, to nigdy nie wierzyła w zapewnienia córki z determinacją zapisując się na kolejne zabiegi.
- Trzymaj. – Podała Ninie kosmetyczkę.
- Mamo – zaśmiała się – tu maluje się tylko Wieloryb.
- To nic – machnęła ręką – masz tam krem z filtrem, bo może na spacer będziecie wychodzić. – Dla Lindy dbanie o wygląd, nawet w szpitalu psychiatrycznym było oczywistym obowiązkiem każdej kobiety.
- Tu nikt nie zwraca uwagi na moje piegi, mogą sobie być. – Nina nie kryła rozbawienia fobią matki.
- Mogą, ale nie muszą. – Nie dawała za wygraną.
- Jak się trzymasz? – Nina spoważniała, pytając matkę o to jak znosi odejście swojego ojca. I choć przez całe swoje życie odrzucała jego uczucia, Nina była pewna, że w głębi serca bardzo go kochała.
- Dziwnie. – Kobieta starała się ukryć cierpienie. - Mam zakodowane, że muszę dwa razy dziennie pojawiać się u niego w szpitalu. Kilka razy nawet się zapomniałam i tam pojechałam. – Spojrzała lekko zagubiona na córkę.
Nina z bólem patrzyła na matkę i zaczynała mieć wyrzuty sumienia, że zostawiła ją samą. W końcu była to najbardziej roztargniona i lekkomyślna osoba, jaką znała. Jedynym codziennym obowiązkiem, jaki na siebie wzięła i dopełniała go przez wiele lat, były wizyty u schorowanego ojca, które były niemal milczącym kontaktem. Linda siadała na brzegu jego łóżka i oglądali razem wiadomości w telewizji. Jednak wypełniała ten rytuał niezwykle sumiennie, bardzo rzadko pozwalając się z niego wyręczyć.
- Mamo, czy ty mu wybaczyłaś? – Z uwagą patrzyła w jej brązowe oczy.
- Tak, wybaczyłam – mówiąc to uścisnęła dłoń Niny.
- A On się o tym dowiedział? – I choć było to dla Niny niezwykle trudne dopytywać się o dziadka, to musiała tę informację wyciągnąć, by być pewną, że umierał w spokoju.
- Tak. – Pocałowała ją w rękę. – Wiem, że bardzo go kochałaś.
Nina poczuła ulgę, gdy usłyszała, że dziadek zdobył to, o co zabiegał przez wiele długich lat.
- Ale nie wrócisz do swojego imienia? – zapytała nagle Nina chcąc rozładować przygnębiający je smutek.
- Nie, ale tylko dlatego, że mi się nie podoba – zapewniła. - Lena - wzdrygnęła się wypowiadając swoje dawne imię. – To takie mało amerykańskie! – Zdegustowana zabawnie zmarszczyła nos.
- Mamo! – roześmiała się Nina.
- Kupiłam ci nowy samochód – szybko zmieniła temat.
- Nie chciałam samochodu.
- To nic, pomyślałam, że ci się przyda. – Po raz kolejny uległa swoim słabościom związanym z zakupami i nie widziała w tym nic niepokojącego.
- Nie zdążyłam się jeszcze przyzwyczaić do poprzedniego! – Nina buntowała się przed gestami matki, którymi ta ją rozpieszczała, czuła, że nie zasługuje na nie, że są jej niepotrzebne.
- Był Luke – powiedziała matka powoli, pełna obaw obserwując reakcję córki.
- Luke? – Nina poczuła narastającą tęsknotę, złość i ból. Jej oddech przyśpieszył. - Dlaczego mi to mówisz? – Z żalem spojrzała na matkę.
- Chłopcy prosili, by ci przekazać, że Trinny zamówiła stolik na jego urodziny, w Red Grapefruit.
- Suka! – Nina zacietrzewiła się. Trinny była najbardziej znienawidzoną przez nią osobą, jaka chodziła po ziemi. Nie było skali, by mogła wyrazić swoją chęć odwetu na kobiecie, która zniszczyła jej szczęście i nie było sposobu, by ją zatrzymać w dokonaniu kolejnego aktu zemsty na wrogu.
- Chłopcy grają koncert w tym dniu, chcą byś zaśpiewała z nimi.
- Naprawdę? – Poczuła jak wstępuje w nią nowa siła.
- Ona jest pewna, że ciebie nie będzie. – Matka zupełnie nieświadoma prowokowała Ninę do działania.
- Nagle chce udawać wyluzowaną żonę! – rodził się w niej plan zepsucia tego wieczoru, choć w ten sposób odkupienia cząstki szczęścia, które przed laty zabrała jej podła Trinny.
- Możesz przekazać chłopakom, że zagram z nimi. – Była podekscytowana, w jej głowie pojawiał się spektakularny akt kolejnej zemsty.
- Nie wiem, czy uda mi się ciebie do tego dnia stąd wyciągnąć, bez wpływów dziadka może być ciężko.
- Poradzę sobie – zapewniła. – Dziękuję mamo.
Następnego dnia rano zapukała do gabinetu psychologa. I choć była 08:02, Camilla wciąż na nią czekała. Ninę zirytowała mina tryumfu, jaką zdawała się widzieć na twarzy tamtej. Musiała jednak pokonać swoją dumę, by osiągnąć bardziej spektakularne zwycięstwo, niż zwyczajne upokorzenie kolejnego naiwnego psychologa.
Długo mierzyła się wzrokiem z Camillą, nie chcąc tak łatwo dać jej satysfakcji.

- Jestem aż tak ciekawym przypadkiem? – zapytała wreszcie Nina przerywając długą, pełną napięcia ciszę, dając tym kobiecie złudną nadzieję, iż może osiągnąć swój cel.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz