piątek, 24 marca 2017

Rozdział 11 - Wszystkiego najlepszego, Luke.

Nadszedł długo wyczekiwany przez Ninę dzień. Patrzyła z okna swojej sypialni na sąsiedni dom i próbowała wypatrzeć Luke'a. Wiedziała, że już jest na miejscu, gdyż rozpoznała jego samochód, a w zasadzie rejestrację ze stanu Waszyngton, gdzie pracował w głównej siedzibie NASA, spełniając swoje największe marzenie. Czuła dreszcz emocji i narastający niepokój.
Poprzedni świąteczny dzień spędziła w szpitalu psychiatrycznym, tym razem jako gość, z Frankie, której nikt nigdy nie odwiedzał. Dała jej w prezencie książkę o Nowej Zelandii i z przyjemnością obserwowała, jak Frankie z trudem walczy, by nie zacząć jej czytać przy Ninie. Nina podziwiała głód wiedzy przyjaciółki.
Poranek spędziła z Timem jednocześnie zaspokajając swoje potrzeby cielesne i motywując go do tego, by realizował jej plan.
Jedyne, co ją niepokoiło, to matka, która nagle przestała przyklaskiwać jej dzikiej żądzy zemsty, co było tym dziwniejsze, że wcześniej sama zdawała się ją podburzać.
- Chodź, pomalujesz mnie! – zawołała matkę licząc na to, że tą prośbą sprawi, że ta stanie się taka, jak zawsze.
- Nie rób głupstw! – upomniała córkę podczas nakładania makijażu Linda, pierwszy raz odkąd Nina pamiętała matka przed czymkolwiek ją ostrzegła.
- O czym ty mówisz? – odciągnęła jej rękę z pędzlem od swojej twarzy patrząc z niedowierzaniem na matkę.
- Nina – spojrzała na nią z czułością – nie wierzyłam w to więzienie, ale ono naprawdę ci grozi. Córeczko, nie narób sobie problemów, proszę cię. – Pocałowała ją w czoło.
- Mamo, nie pójdę do więzienia – zapewniła. – Nie zrobię nikomu żadnej krzywdy, w każdym bądź razie na pewno nie cielesnej. – Mrugnęła porozumiewawczo. - Chcę dziś wyglądać zjawiskowo.
- Kochanie, ty zawsze wyglądasz zjawiskowo.
- Kochana jesteś. Po koncercie jadę z Timem do domku na plaży, wrócę za dwa dni – poinformowała matkę.
- Czy jesteś szczęśliwa z Timem? – spytała poważnie.
- Nie, ale bardzo go lubię – odpowiedziała Nina szczerze, wyjątkowo zaskoczona tym pytaniem. – Błagam, maluj mnie – prosiła zniecierpliwiona.
Podejrzewała, że zachowanie matki spowodowane jest strachem, że jeżeli jej zabraknie, to zostanie sama. Linda panicznie bała się samotności. Do tej pory miała ojca, którego mogła nienawidzić, gardzić nim, złościć się na niego, udawać, że wizyty w klinice są tylko przykrym obowiązkiem, ale był. Teraz miała już tylko ją, swoją córkę. Nina zdawała sobie z tego sprawę i tym bardziej bolało ją to, że będzie musiała ją opuścić, bo odnalazła swoje miejsce, swój świat, nareszcie miała cel, do którego mogła dążyć.
Nina założyła jasną sukienkę o dziewczęcym fasonie, wręcz pretensjonalnym. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze sypialni i z dumą się uśmiechnęła. Jej jasna cera pięknie kontrastowała z mocną czerwienią ust i grubą warstwą tuszu na rzęsach. Włosy związała w dziewczęcy kucyk. Spojrzała na wysokie szpilki, które przygotowała jej matka. Nie odważyła się jednak ich włożyć. Założyła długie, sznurowane buty, dodając swojemu wizerunkowi jednocześnie infantylności i buntu. Było idealnie.

Stojąc ukryta za sceną w klubie spojrzała na swoją mantrę wyrytą we wnętrzu delikatnej części ramienia i polizała je.
Słuchała chłopców grających swoje kawałki i oddawała się temu zupełnie.
- Jest na mojej jedenastej – powiedział Tim wchodząc na zaplecze. – Wyglądasz bosko! – Pocałował ją w usta.
- Dzięki. – Uśmiechnęła się uwodzicielsko dziękując za komplement.
- Jest największym idiotą, jaki chodzi po tej ziemi. – Tym razem pocałował jej tatuaż.
- Mam nadzieję, że już wkrótce będzie tego świadomy. – Wstała pewnie. – Bastian! – zawołała na właściciela pubu, który posłusznie wstał i wszedł na scenę.
- Dobry wieczór! – Ukłonił się tłumowi oblegającemu klub. – Chciałoby się powiedzieć: „Wesołych Świąt”, ale zdaje się, że nie wypada tak zaczynać w miejscu, gdzie opary alkoholu, dym papierosów i nie tylko odbierają świadomość. Jednak dziś przyznam się do jednego – zrobił krótką pauzę - kilka dni temu uwierzyłem, że Święty Mikołaj jednak istnieje i spełnia najskrytsze marzenia. Dziś mija dziesięć lat, odkąd powstał ten klub. Nie zapomnę nigdy, jak we wrześniowe popołudnie, pełen obaw, szedłem ulicami miasta, niosąc obraz z koniem. Nagle, z ciemnej limuzyny wybiegła dziewczyna i próbowała ode mnie ten obraz na ulicy odkupić. Im bardziej się targowała, tym bardziej zyskiwał dla mnie na wartości. Nie dlatego, że był piękny, ale właśnie dlatego, że ona go pragnęła. Wyjaśniłem, że otwieram klub i ten obraz będzie jednym z wielu, jaki ozdobi wnętrze. Nagle przestał mieć dla niej znaczenie. Powiedziała, że jeżeli chcę mieć najlepszy klub w tym mieście, to ona mi pomoże. Wymyśliła nazwę, którą dobrze znacie - Red Grapefruit i ściągnęła do niego swój zespół o tej samej nazwie. I tak, jak przed dziesięciu laty, na scenie w Red Grapefruit, gra Red Grapefruit! – Spojrzał wymownie na chłopaków. - Dlaczego uwierzyłem kilka dni temu w Świętego Mikołaja? – Zaczął klaskać. – Bo ona wróciła! Ona tu jest i im głośniej będziemy klaskać, tym jej głoś na dłużej w nas pozostanie!
Nina wśród oklasków weszła na scenę i zaśpiewała „Calling you” – ulubioną piosenkę z musicalu Bagdad Cafe jedynie przy akompaniamencie gitary Tima.
Choć Tim powiedział, że Luke jest na jedenastej, była niemal pewna, że się przesiadł, gdyż czuła siłę jego spojrzenia, pożądania dokładnie przed sobą. Tak, jak sobie obiecała, nie patrzyła na publiczność, bawiła się z zespołem. Czuła całą sobą, że tu jest, że ją woła. Satysfakcja ją rozpierała.
Zeszła ze sceny, jednak tak jak się spodziewała i jak planowała, aplauz publiczności wzywał ją do kolejnego wyjścia.
- Kochanie! – zawołał ją Tim. – Błagam o „Grace”! – poprosił o piosenkę Jeffa Buckleya, którą uwielbiała śpiewać.
W odpowiedzi pocałowała go w policzek i usiadła na scenie pytająco patrząc na przyjaciela.
- Twoja jedenasta – wyszeptał coś, z czym nie potrafiła się zgodzić, jednak zaufała mu.
Spojrzała wprost w oczy Luke'a.
- Wszystkiego najlepszego, Luke – powiedziała powoli i zaczęła śpiewać nie odrywając od niego wzroku.
Nie potrafiła pojąć, dlaczego to jakiś inny punkt naprzeciwko niej ją bardziej przyciągał, nawoływał, magnetyzował. Z trudem skupiała się na Luke'u, na precyzyjnie zaplanowanej strategii.
Zeskoczyła ze sceny i podeszła do ukochanego, który zaszokowany wpatrywał się nią z zachwytem, zupełnie nie reagując na otoczenie.
- Spełnienia najskrytszych marzeń! – Pocałowała go w policzek pozostawiając na nim wyraźny, krwistoczerwony ślad swoich ust, po czym poddała się tajemniczemu przyciąganiu i szybko obróciła się. Coś umiejscowione na godzinie dwunastej tak bardzo ją przywoływało, że już nie wytrzymała. Odważnie spojrzała w tamtym kierunku.
W pierwszej chwili go nie poznała, bo przysłaniał go czarny kaptur i czapka z daszkiem.
Wstał i głęboko oddychając wpatrywał się w nią z przerażeniem, jakby się dobrze znali, jakby zobaczył ducha. Lekko uśmiechnęła się do Williama Hustlera, nie rozumiejąc jego zachowania i pobiegła na zaplecze.
- Spadamy! – Tim wziął ją za rękę i prowadził do wyjścia. – Miał orgazm, był twój. – Pocałował ją w czoło.
- Kto? – nie potrafiła zapomnieć jasnych oczu Hustlera i jego przejmującego spojrzenia. W ogóle nie interesowało ją, dlaczego tam jest, a jedynie magnetyzm, jakim ją do siebie przyciągał.
- Nina! – Tim zatrzymał się nagle i spojrzał na nią zaskoczony. – Brałaś coś?
- Nie. – Z trudem otrząsnęła się z zamyślenia. - Spadamy – rzuciła szybko i potrząsnęła głową w niedowierzaniu.
Słyszała krzyk Bastiana, przewracające się skrzynki na zapleczu, poczuła silne szarpnięcie, ktoś zatrzymał ją, łapiąc mocno za nadgarstek.
- Tasza... – William Hustler z szaleństwem w oczach wpatrywał się w nią. – Jak to możliwe? – Był tak bardzo poruszony, że drżały mu ręce.
- Nina, o co chodzi? – Tim zaniepokojony próbował ją odciągnąć od nieznajomego.
- Nie wiem. – Spojrzała w oczy Tima z zakłopotaniem. – Nie jestem Taszą – powiedziała do mężczyzny łagodnie.
Nerwowo chwycił jej rękę i oniemiały wpatrywał się w jej ramię, patrząc na tatuaż. Zdawało jej się, że szuka na nim czegoś więcej.
- To niemożliwe! – Zakłopotany zwolnił uścisk wpatrując się w jej oczy. – Kim jesteś? – zapytał zrezygnowany.
- Nina – przedstawiła się niepewnie.
Tim ciągnął ją do wyjścia, nie miała siły z nim walczyć, ale wciąż oglądała się na mężczyznę, który wyraźnie rozdarty patrzył, jak odchodzą. Czuła, jak kręci jej się w głowie. Nie miała pojęcia, kim jest Tasza, dlaczego je ze sobą pomylił, dlaczego z rozpaczą patrzył, jak odchodzi i nie miał siły jej zatrzymać.
Dlaczego chciała, by za nią biegł, by nie odpuszczał? Wskoczyła do samochodu Tima i wpatrywała się w wejście do zaplecza, przy którym stał zagubiony William Hustler. Opierał się o ścianę i oniemiały obserwował odjeżdżający samochód z desperacją i niepojętą tęsknotą.
- Zatrzymaj się! – krzyknęła nagle do Tima nie potrafiąc zostawić Hustlera. Czuła, że musi sama podjąć tę decyzję, że on nie ma siły, by walczyć.
- Zwariowałaś? – Tim jej nie słuchał.
- Wróć po niego! – rozkazała, na co Tim zareagował tak, jak się spodziewała i zawrócił.
- Co ty wyprawiasz? – Patrzył na nią zaskoczony.
- Jedziesz z nami? – zaproponowała Hustlerowi, który bez zastanowienia wskoczył na tylne siedzenie samochodu.
Obróciła się do niego i z satysfakcją uśmiechnęła. To było nierzeczywiste, a jednak na tylnym siedzeniu siedział znany aktor i patrzył na nią tak, jak żaden mężczyzna do tej pory na nią nie patrzył.
- Kim jest Tasza? – zapytała go.
- Przepraszam – Hustler powoli dochodził do siebie. – Jestem Will.
- Nina, a to Tim – mówiąc to, poklepała Tima po ramieniu. – Jedziemy do domku na plaży. – Sięgnęła po piwo, które było ustawione w skrzynce za fotelem kierowcy. Przeszła nad oparciem na tylne siedzenie i patrząc na aktora z rozbawieniem podała mu jedną z butelek, którą bez zastanowienia opróżnił.
- Nie chcę wam psuć wieczoru – powiedział bez przekonania wciąż wpatrując się w jej tatuaż.
- Żartujesz? – Klepnęła go w plecy. – Za wieczór z Williamem Hustlerem większość kobiet oddałaby życie.
Tim zaskoczony spojrzał na Williama w lusterku.
- Ty jesteś William Hustler? – wydusił z trudem.
- Tak – przytaknął zrezygnowany.
Podała mu kolejne piwo. Nie rozumiała tego, co czuje, ale paradoksalnie była przy nim niezwykle spokojna.
- Co to za imię: Tasza? Nigdy nie słyszałam takiego. – Z ciekawością mu się przyglądała.
- To zdrobnienie od Natasza – wyjaśnił.
- Tasza – zamyśliła się. - Natasza – wypowiedziała i poczuła tęsknotę, nie miała pojęcia za czym, za kim, ale to imię spowodowało, że jej ciało pokrył dreszcz. W jej głowie pojawił się nieznany dotąd kobiecy głos wołający właśnie tak. Natasza.
- Jesteś do niej niepojęcie podobna. – Patrzył na nią z zachwytem i wzruszeniem.
- Nie jestem nią. – Wzruszyła ramionami. - Czy ona ciebie zostawiła? – domyśliła się.
- Tak, zostawiła. – Spuścił wzrok i wypił do końca piwo. – Samego na tym świecie - wyszeptał.
- Nie żyje? – zapytała z przejęciem.
Zamknął oczy i nic nie odpowiedział. Oddała mu swoje do połowy wypite piwo. Znała aż za dobrze ból utraty kogoś bliskiego.
- Jeśli masz wolny wieczór i szukasz towarzystwa do wypicia i nie tylko – Tim rzucił na tylne siedzenie worek trawy – to zapraszamy.
- Tak. Dziś właśnie tego potrzebuję. – Will pytająco spojrzał na Ninę, która zachęcająco skinęła głową. – Dzięki.
Nina wybiegła z samochodu i otworzyła pilotem wjazd na działkę okalającą dom, z którego wychodziło się prosto na plażę. Dopiero gdy weszła do środka uświadomiła sobie, że zapomniała o Luke'u, o swoim triumfie. W ogóle nie cieszyło ją wieczorne zwycięstwo, zupełnie pochłonęła ją obecność Hustlera i nie dlatego, że był kimś znanym. On był jej w tej chwili niezwykle bliski.
Biegała od okna do okna podnosząc rolety. Tim i Will wnieśli skrzynki piwa i gitarę.
- Nie mamy nic do jedzenia. – Stała bezradnie przy otwartej lodówce. – Tim, dzwoń po pizzę. – Rzuciła mu swój telefon.
Wciąż czuła na sobie wzrok Willa, czuła dreszcz ekscytacji, desperacko pragnęła, by się nią zachwycał. Nie chciała być jego Nataszą, ale coraz bardziej poddawała się uczuciu jego euforii spowodowanej jej osobą.
Włączyła muzykę i zaczęła tańczyć na środku salonu.
- Tim, zagraj coś – zażądała znudzona tańcem.
- Co tylko chcesz. – Tim wyjął z futerału swój instrument.
- Co ci zaśpiewać? – Spojrzała na Willa.
- „Grace” – wyszeptał, po czym usiadł na podłodze.
- Dla nowo poznanego kolegi! – krzyczał Tim – „Grace”.
Nina uwielbiała Jeffa Buckleya, kochała śpiewać jego kawałki, „Grace” był jej ulubionym.
Chwilę później siedzieli na podłodze i jedli pizzę, popijając ją piwem.
Tim nabił lufkę trawą.
- Goście zaczynają. – Podał ją Willowi, który chętnie się zaciągnął.
- No proszę. – Nina zaśmiała się. – Bożyszcze nastolatek oddaje się niemoralnym używkom.
- Chcesz? – tym razem Tim spytał Ninę.
- Dawaj! – Zacisnęła mocno powieki, by nie widzieć tlącego się płomienia i zaciągnęła się.
- Dlaczego zamykasz oczy? – William roześmiał się, widząc jej nietypowe zachowanie.
- Boi się ognia – wyjaśnił Tim.
- Naprawdę? – zapytał z niedowierzaniem Hustler.
- Ogień w moim życiu trawi wszystko. – Położyła się na podłodze poddając się uczuciu lekkości.
- To ciekawe. – Wciąż patrzył z niedowierzaniem na nią, na jej ramię.
- Kim była dla ciebie Natasza? – Czuła niezwykłe emocje, gdy wymawiała to imię.
- Kimś ważnym, najważniejszym.- Nerwowo zacisnął zęby. Widziała, że nie potrafi o tym rozmawiać, ucieka od uczuć. Był w tym niezwykle do niej podobny.
- Kiedyś czytałam o tobie artykuł – przyznała się obojętnie. – Nie mówisz nigdy o sobie.
- Ludzie nie chcą słyszeć tego, co mógłbym im o sobie powiedzieć, chcą Hustlera takim, jakim go wykreowały na ich potrzeby media – powiedział z ironią.
Podobał jej się dystans, jaki okazywał do swojego zawodu, do tego, kim jest.
- Jaki jest William Hustler? – Przybliżyła się do niego delikatnie przesuwając się po podłodze.
- Nie jest mną. – Wpatrywał się w nią niebieskimi oczyma.
- A ty? Jaki jesteś? – Nie ustępowała pożądając prawdy o nim.
- Mało interesujący, naprawdę. – Podał jej lufkę wprost do ust. Zamknęła oczy i zaciągnęła się.
- Naprawdę jestem aż tak podobna do twojej Nataszy? – dopytywała zaciekawiona.
- Tak. – Jego oczy, twarz, głos wyrażały tysiące emocji, tęsknot. – Ale wiem, że nią nie jesteś.
- Skąd to wiesz? – droczyła się.
- Bo... – Spojrzał na jej ramię. – Bo ona nie śpiewała.
- Podoba ci się jak śpiewam? – Usiadła naprzeciw i z pełnym satysfakcji uśmiechem wpatrywała się w niego.
- Masz piękny głos. – Delikatnie dotknął jej włosów, a to sprawiło, że poczuła się spokojna, nasycona bardziej, niż dziką nocą z Timem.
Położyła się na podłodze i wpatrywała się w sufit.
- Ile masz lat, Will? – zapytała.
- Trzydzieści siedem.
- Ile lat żyjesz już bez niej?
- Ponad dziesięć. – Wstał i podszedł do okna. Wtedy dopiero dostrzegła, że Tim śpi.
- To długo. – Poszła za nim. - Ale nie na tyle by, zapomnieć. – Coś o tym wiedziała.
- Nigdy nie zapomnę. – Patrzył na ocean.
- Chodź! – Pociągnęła go w stronę plaży. Gdy zbliżyli się do brzegu, usiadła na piasku i zaczęła rozwiązywać buty.
- Lubisz pływać? – zapytała rozpuszczając włosy.
- Będziesz pływać? – nie dowierzał.
- Tak. – Rozpinała swoją sukienkę. – Lubię wodę.
Pobiegła i zanurzyła się w oceanie.
- Dawaj, Will! – nawoływała. – Rekin!!!!! – Udawała bawiąc się.
Will siedział na brzegu i śmiejąc się obserwował ją. Wybiegła z wody i zaczęła budować zamek z piasku. Zaczął wiać lekki wiatr i poczuła chłód. Will wstał, zdjął swoją bluzę i w naturalny sposób jej podał. Bez zastanowienia włożyła ją na siebie, wymownie pokazując jak bardzo jest na nią za duża. Nie musiała z nim rozmawiać, nie musiała czuć jego bliskości, wystarczało jego spojrzenie, jego uśmiech. Bawiła się jak mała dziewczynka denerwując się, gdy fala niszczyła jej pracę.
William leżał na piasku i wciąż się w nią wpatrywał. Choć wiedziała, że stara się w niej odnaleźć ukochaną, którą stracił, to jego spojrzenie dawało jej spokój, wyciszenie, którego od tak dawna nie zaznała.
- Uwierzyłbyś, że ten dzień tak się skończy? – zapytała, gdy nad ranem wracali do domu.
- Nina, czy ty naprawdę istniejesz? – zapytał zatrzymując się.
- Niestety.
- Dlaczego tak mówisz? – zapytał z wyrzutem.
- Bo tak jest i nie chciej się o tym przekonać. – Weszła na palcach do domu.
Pobiegła cicho do szafy i wyjęła koce, jeden z nich podając Willowi.
Sama wtuliła się w Tima, nakrywając siebie i jego jednym.
Gdy się zbudziła, Willa nie było. Zniknął bez słowa, bez pożegnania.

Nie była pewna czy to, co pamiętała naprawdę się zdarzyło, czy też było wytworem jej chorej głowy. Pobiegła na plażę, ale tam wszelkie ślady zmył ocean. Próbowała odnaleźć najmniejszy znak, że to, co pamiętała, zdarzyło się naprawdę. Zrezygnowana wróciła do domu. Wtedy poczuła zapach, którego nie potrafiła zidentyfikować. Spojrzała w lustro na swoje odbicie. Wtuliła się w czarną bluzę z kapturem otrzymując niezaprzeczalny dowód, że to nie był sen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz