niedziela, 5 marca 2017

Rozdział 4 - Terapia.

Bez pukania otworzyła drzwi gabinetu. Camilla lekko się do niej uśmiechnęła wskazując na skórzany fotel. Nina powoli odkrywała słabość terapeutki do sukienek podkreślających jej zgrabną sylwetkę.
Camilla zamknęła skórzany notes i ponownie spojrzała na Ninę.
- Bardzo chcesz opuścić ośrodek? – zapytała z powagą.
- Ośrodek! – zakpiła Nina. – Mówisz o tym domu wariatów jak jakimś o kurorcie.
- Nie jesteś tu przez pomyłkę.
- Wiem że jestem wariatką, ale muszę wyjść! – Nie lubiła ustępować, ale musiała dawać jej choć złudzenie przewagi.

- W takim razie musimy zwiększyć częstotliwość naszych spotkań – postawiła warunek.
- Po co? – obruszyła się zakładając, że ta wykorzystując sposobność, będzie teraz ją codziennie nękać, jak to czynili inni specjaliści.
- Muszę czymś argumentować wystąpienie o wcześniejsze wypuszczenie – tłumaczyła.
- To coś tam napisz – burknęła obrażona Nina.
- Nie mam zamiaru oszukiwać. – Camilla ostro zmierzyła Ninę, która musiała się temu poddać. Sama nie znosiła kłamstwa i teraz już była pewna, że nie trafiła na kolejnego, przypadkowego terapeutę.
- Ale tylko do mojego wyjścia? – musiała stawiać warunki, choć tak naprawdę ani myślała kontynuować terapię po wyjściu ze szpitala.
- Tak – zapewniła.
- O czym chcesz dziś rozmawiać? – Nina nie ukrywała, że jest zła.
- O tobie – uśmiechnęła się. – Co robiłaś przez ten tydzień?
- Byłam na świetnej imprezie, w kinie, czterech koncertach, przespałam się z kilkoma kolesiami przypadkowo poznanymi w pubie – wymieniając przewracała oczami i patrzyła ze złością na Camillę. – Po co to idiotyczne pytanie?
- Czy coś ciekawego oglądałaś, czytałaś, przeżyłaś? – Camilla nie dawała się prowokować.
- Przeczytałam horoskop, oglądałam Samanthę, która sikała do aktora w gazecie, próbowałam zmusić Maggie do jedzenia – tylko ostatnie słowa wypowiedziała z powagą.
- Czy Maggie jest twoją przyjaciółką?
- Nie wiem – zamyśliła się. - Chyba nie potrafię tego zdefiniować, dopasować takiej osoby do mojego życia. – Naprawdę nie potrafiła odpowiedzieć na to z pozoru oczywiste pytanie.
- Nie miałaś nigdy przyjaciółki? – w głosie kobiety nie było słychać zaskoczenia, jedynie chęć upewnienia się.
- Jedną – spojrzała na Camillę – siebie w wersji Nina 2.
- Opowiedz mi o Maggie.
Ninę zaskoczyło to, że woli rozmawiać z nią o rzeczywistości aniżeli o jej wymyślonej przyjaciółce. Przecież jej wyimaginowany świat powinien chyba bardziej ją niepokoić.
- Maggie ma trzydzieści lat, cierpi na anoreksję, nie lubi jeść, nie lubi swojego ciała, ma obsesję na punkcie higieny, zawsze ładnie pachnie, kocha kolor różowy i jest słodka. To prawdziwa dama. – Uśmiechnęła się nostalgicznie rozczulona przypominając sobie niewinną dziewczynę.
- Uważasz, że jest ładna?
- Tak – przyznała bez zastanowienia. – Ale byłaby ładniejsza, gdyby nabrała ciała.
- Dlaczego chcesz, by jadła?
- Nie rozumiem twojego pytania – obruszyła się. Przecież to było oczywiste.
- Dlaczego o nią się troszczysz? – dopytywała.
- Bo ona mnie słucha. Mnie i Frankie. Potrafimy ją nakarmić, tylko nam się udaje, wepchnąć jej do ust tych kilka kęsów posiłku, by nie musiała być dokarmiana kroplówkami – objaśniła. – Choć to i tak wciąż za mało.
- Chcesz, by była zdrowa? – upewniła się Camilla.
- Wiadomo. – Nina z niedowierzaniem patrzyła na terapeutkę nie rozumiejąc, dlaczego może mieć co do tego jakiekolwiek wątpliwości.
- Od dawna ją znasz?
- Tak. – Skupiła się, by przypomnieć sobie, kiedy miało miejsce ich pierwsze spotkanie. – Poznałam ją w tym ekskluzywnym kurorcie – próbowała być Niną buntowniczką poniewierającą terapeutkę, jednak miała świadomość, że przy tej kobiecie staje się dość żałosna i wygląda to raczej jak bezsensowne rzucanie się ryby złapanej w sieć. - Gdy skończyłam liceum, ona tu była. Jeszcze wtedy można było wspólnie mieszkać w pokoju.
- Dobrze ci się z nią mieszkało?
- Tak – przytaknęła z pełnym przekonaniem. Pamiętała swoje pierwsze obruszenie, gdy spojrzała na Maggie, której powierzchowność zupełnie nie pasowała do tego miejsca. Pierwsze minuty, gdy swoją współlokatorkę postrzegała jako idiotkę o manierach księżniczki tak różną od siebie. I wtedy Maggie starannie układając przed obiadem chusteczkę na kolanach spojrzała na Ninę i powiedziała: – Jeżeli zacznę przeginać, możesz wbić mi widelec w serce i pozwolić, by Samanta wchłonęła moje resztki. – Ten sarkazm, dystans do siebie i otaczającej ją abstrakcyjnej rzeczywistości sprawił, że Nina nie miała najmniejszych oporów w zaakceptowaniu tej wychudzonej dziewczyny.
- Kontaktowałyście się, gdy byłyście na zewnątrz?
- Nie. Maggie nawet jak wychodzi, bardzo szybko wraca, jeszcze szybciej niż ja. – Nina kilkakrotnie próbowała kontaktować się z Maggie po wyjściu ze szpitala. Niestety Maggie udawało się być poza murami szpitala zaledwie kilka miesięcy, po tym czasie zwykle miewała myśli samobójcze i sama prosiła o zamknięcie jej. Kiedyś tłumaczyła Ninie, że żyje tylko po to, by jej rodzice nie cierpieli jeszcze bardziej.
- Znasz jej rodzinę?
- Tak, troszczą się o nią bardzo. Jej rodzice i siostry bardzo często ją odwiedzają. – Lubiła rodzinę Atkins. W relacjach, jakie udawało się Ninie zaobserwować, widać było niezwykłe oddanie. Widziała w ich postawie poniekąd swoich bliskich, rodziców i dziadka, którzy pomimo problemów, jakie wciąż im przysparzała, nigdy nie odwrócili się od niej. Zawsze byli w trudnych chwilach, z troską ją wspierając. Nigdy jej nie oceniali.
- Lubisz jej rodzinę?
- Nie wiem, ale raczej tak, bo starają się jej pomóc, chcą dla niej dobrze.
- Kogo bardziej lubisz: Maggie czy Frankie?
- Nie wiem, a muszę którąś lubić bardziej? – Nie potrafiła dokonać wyboru, nie chciała.
- Nie, nie musisz.
- Lubię je tak samo - dodała.
- Dlaczego lubisz Frankie?
- Bo jest mądra, choć jest wariatką – powiedziała pewnie. Nie potrafiła opisać Frankie tak, by ująć wszystko, co o niej myślała. Nigdy nie godziła się na to, by kwalifikować tę kobietę, tak brutalnie obdartą z macierzyństwa jako kogoś gorszego. Frankie była niezwykła, ale nie każdy miał możliwość tego doświadczyć, poznać jej niebagatelną osobowość.
- Podoba ci się Frankie?
- Nie. – Tu musiała być sprawiedliwa. - Frankie nie dba o siebie, zapomina o kąpieli, nie ma dla niej znaczenia to, jak wygląda, w co się ubiera, nigdy by nawet nie pomyślała, by poprawić swoje zmarszczki – tu zrobiła pauzę i wymownie spojrzała na Camillę – ale to mi w niej wcale nie przeszkadza.
- Dlaczego uważasz, że jest mądra?
- Ja to wiem. Wie dużo o świecie, kiedyś była podróżniczką, zna kilka języków i w ogóle... jest mądra – mówiąc to poczuła smutek i złość, bo ktoś to wszystko Frankie odebrał, jakby ukradł razem z dzieckiem. Zabrał jej wszystko, kim była.
- Ile byś oddała, by Frankie i Maggie były zdrowe?
- Frankie byłaby zdrowa, gdyby ktoś nie zabrał jej dziecka, Maggie, gdyby nie porzucił jej chłopak – głośno analizowała. – Ale mówimy o tym, że Frankie nigdy nie straciłaby dziecka, a Maggie nigdy o sobie źle nie pomyślała? – sprecyzowała sens zadanego pytania.
- Tak.
- Oddałabym życie. – Spojrzała z odwagą i dumą w oczy Camilli.
Tak, zrobiłaby to. Nie obnosiła się z tym tylko dlatego, że wiedziała, iż czasu nie można cofnąć, ale naprawdę była na to gotowa.
- Opowiedz mi o swojej rodzinie. – Camilla przerwała jej zamyślenie nie okazując wielkiego poruszenia tym odważnym wyznaniem.
- Teraz mam tylko mamę – odpowiedziała z obawą, doskonale zdając sobie sprawę z tego, dokąd to pytanie ją prowadzi.
- Nie masz innych krewnych?
- Nie, moja mama była jedynaczką, ojciec również, ja też. – Wzruszyła ramionami.
- A dziadek?
Nina nabrała powietrza, czuła, jak ogarnia ją tak znajome i bolesne uczucie wielkiej straty.
- Nie chcę o nim dziś rozmawiać – powiedziała po chwili. Miała do tego prawo i z niego skorzystała. Nie było strategii, celu, dla którego mogłaby się zdobyć na rozmawianie o Oskarze.
- Dobrze, pomówmy o twoich rodzicach – bez nacisku zgodziła się terapeutka.
- Co chcesz wiedzieć?
- Jaki był twój ojciec?
- Często go nie było w domu, taką miał pracę. – To najbardziej doskwierało jej w relacji z ojcem, że nie miała go tyle, ile naprawdę potrzebowała.
- Co możesz powiedzieć o waszych stosunkach?
- Czasami miałam wrażenie, że zna mnie lepiej niż matka, a czasami, że go zawodzę, był moim przyjacielem.
- Co znaczy, że znał ciebie lepiej niż matka?
- Rozpoznawał moje emocje – nie dodała już tego, że był wręcz wyczulony na jej zachowania, że wyczuwał najmniejsze chwile załamania, które starała się ukryć przed całym światem. Gdy siadała w ogrodzie i patrzyła na liście, próbując się wyciszyć, on, jeśli był w domu, od razu pojawiał się przy niej.
- Kiedy uważasz, że go zawodziłaś?
- Najbardziej chyba, gdy przefarbowałam swoje naturalnie rude włosy na blond. – Uśmiechnęła się na wspomnienie ojca, który z furią na nią krzyczał. Często z czułością dotykał jej włosów, nawijał sobie na palce jej loki.
- Dlaczego to zrobiłaś?
- Chciałam być ładna, jak mama – odpowiedziała bez zastanowienia.
- Kiedy jeszcze zdawało ci się, że go zawodzisz?
- Gdy nie chciałam rysować. To było dość dziwne, ale często starał mi się wmówić, że powinnam rysować. Kupował mi kartki, farby, ołówki, kredki. Twierdził, że to mnie wyciszy, odstresuje. – Jej mina bardzo dokładnie oddawała zdziwienie, jakie żywiła wobec teorii ojca.
- Nie lubiłaś malować, rysować?
- Nudziło mnie to, choć wiele osób mi mówiło, że dobrze sobie z tym radzę.
- Co czułaś, gdy zginął twój ojciec?
- Byłam na niego zła, byłam zła na cały świat. Zawsze mnie wkurzał, gdy szybko jeździł, ta brawura go zabiła. Chciałam krzyczeć: „Masz za swoje!”, tyle że on zginął, a konsekwencje odczuwałam ja – powiedziała podniesionym głosem. Teraz, gdy o tym myślała, złość na ojca była taka samo silna. Gdyby nie jego bezmyślność, miałaby go przy sobie.
- Pomówmy o twojej mamie. – Camilla szybko zmieniła temat.
- Moja mama... – Uśmiechnęła się rozbawiona. – Może ją znasz, możliwe, że chodzicie do tego samego chirurga plastycznego. – Z lekką przekorą spojrzała na jasnowłosą kobietę.
- Czy twoja mama ciebie rozumie? – Camilla strzegła prawidłowego toku rozmowy.
- Nie – zaśmiała się. – Ale to mi nigdy nie przeszkadzało, wcale tego od niej nie oczekuję, w zasadzie swoją postawą często mnie rozbawia, w sposób bardzo pozytywny. Jest zupełnie nieprzewidywalna – wyznała, a w jej głosie słychać było wielki sentyment, jakim darzyła matkę.
- Nie martwi cię jej nieobliczalność?
- Nie, jest cudowna, choć kiedyś zdarzało mi się zastanawiać, czy na pewno jest moją matką – rzuciła lekko.
- Miałaś obawy, że nie jest? – zainteresowała się nagle Camilla.
- Nie mogę mieć co do tego wątpliwości, jestem do niej tak bardzo podobna. Mówi, że jestem jej kopią, tyle że ona jest o niebo ładniejsza – szybko sprostowała. Nikt nie mógł mieć wątpliwości co do ich pokrewieństwa. Oczy odziedziczone po dziadku, lekko zadarte nosy, usta, dołki w policzkach, były bez najmniejszych wątpliwości matką i córką, z tym, że Nina miała rude włosy, jaśniejszą cerę i tendencję do piegów, przez co czuła się brzydszą od swojej matki, której skóra była nieskazitelna.
- Czy obwiniasz swoich rodziców o to, jaka jesteś?
Milczała.
- Nina – przywołała ją Camilla.
- Czasami. – Czuła się wyraźnie zawstydzona tym, co mówi.
- Powiesz mi?
- Pozwalali mi w zasadzie na wszystko, nigdy nie obwiniali, nie oskarżali. Robili wszystko, bym była szczęśliwa, ale nie rozumieli, że nie na tym to polega. – Czasami bywała zmęczona swoją bezkarnością. Zazdrościła znajomym ze szkoły tego, że rodzice za niestosowne zachowania karzą ich szlabanem na wyjścia, na kieszonkowe. Ona nigdy nie doświadczyła kary od swoich bliskich. W najbardziej absurdalnych sytuacjach zawsze ją wspierali.
- Zastanawiało ciebie, dlaczego?
- Kiedyś znalazłam dokumenty mojej mamy, jakieś testy, z których wynikało, że nie może mieć dzieci. Pokazałam jej to, a ona powiedziała, że byłam ich największym cudem. Okazałam się zaprzeczeniem wieloletnich badań medycznych, to tłumaczyło ich oddanie, jednak wiedziałam, że na to nie zasługuję.
- Czy myślałaś kiedyś o sobie jako o matce?
- Ja? Chyba sobie żartujesz? – obruszyła się. – Nie.
- Ja nie pytam, czy chcesz mieć teraz dziecko. Pytam, czy wyobrażałaś sobie, że kiedyś mogłabyś być matką?
- Nie – zaryzykowała pewnym stwierdzeniem.
- Nina. – Camilla spojrzała na nią, a ta się poddała.
- Pomyślałam, że gdybym kiedyś urodziła dziecko, oddałabym je Frankie – powiedziała szybko, jednak w myślach starała się dociec, jak ta cholerna kobieta z krótkiego, stanowczego – „nie” potrafiła wyłapać, że jest to kłamstwo.
- Dlaczego?
- Bo Frankie byłaby doskonałą mamą. – Skoro już musiała zdradzić swoje myśli, odważnie wyjawiła ich dalsze konsekwencje.
- Oddałabyś własne dziecko? – w głosie Camilli nie było oburzenia, a znów pytaniem doprowadzała do tego, że do Niny coraz bardziej docierały jej własne odpowiedzi.
- Bo wiem, że nie byłabym w stanie go wychować, bo jestem wariatką.
- Frankie też jest.
- To nic, ona by mu krzywdy nie zrobiła – zaczęła powoli się niecierpliwić. Zdecydowanie za dużo jej wyjawiła jak na jedno spotkanie i siedzenie w fotelu zaczynało ją irytować.
- Chcesz kończyć? – rozpoznała Camilla.
- Tak, nudzi mi się.
- Dobrze, zobaczymy się za tydzień.
- Mam nadzieję, że nie wysterujesz mnie z tym wyjściem – upewniła się wychodząc.
- To zależy tylko od ciebie. - Camilla odprowadziła ją do drzwi.
Dziwnym psychologiem jest ta Camilla - śmiało w myślach stwierdziła Nina. Tak inna od tych wcześniejszych naburmuszonych, uduchowionych konowałów. Nie wałkowała w nieskończoność jednego zdarzenia, nie zmuszała jej do poszukiwania i nazywania emocji, jakie nią kierowały. Sprawiała wrażenie, jakby interesowało ją wszystko, co miało miejsce w jej życiu i podczas rozmowy Nina niepytana zdradzała jej szczegóły, jakich wcześniej nie wyjawiała nikomu. Jako jedyna zostawała w jej pamięci po zamknięciu drzwi gabinetu, a przebieg każdej sesji Nina odtwarzała w głowie przez kilka kolejnych dni.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz